niedziela, 8 grudnia 2013

Nowa konstrukcja Gowina

Właśnie byliśmy świadkami powstania nowego tworu politycznego: Polska Razem Jarosława Gowina. Powstaje pytanie czy to coś zmienia na naszej scenie politycznej i czy ta inicjatywa może odnieść sukces.
Teoretycznie jest to możliwe, problem w tym że nowe ugrupowanie ma tak wiele wewnętrznych sprzeczności, że trudno będzie stworzyć jednolity program, a to program ma być mocną stroną tego ugrupowania.
Przyjrzyjmy sie dwóm głównym ugrupowaniom tworzącym Polskę Razem, PJN oraz Republikanie Wiplera. Pierwsze jest ugrupowaniem raczej centrowym i stosunkowo liberalnym oraz w ograniczony sposób proeuropejskim. Drugie natomiast skrajnie prawicowe, raczej antyliberalne i antyeuropejskie i nacjonalistyczne. Niewiele jest tu punktów wspólnych. Jedyne co łączy oba ugrupowania i Gowina to konserwatywne poglądy obyczajowe. Nie wiem czy to  nie za mało żeby wybudować coś nowego, coś co w sposób zdecydowany zagrozi dominacji PO i PiS.
Właśnie. W kim nowe ugrupowanie upatruje swoich wyborców. Trudno powiedzieć. Wyborców PJN i Republikanów są śladowe ilości. Nowe ugrupowanie samo deklaruje sie jako skrajnie konserwatywne obyczajowo, więc zdecydowana większość wyborców PO raczej ich nie poprze. Głównym adresatem wydają sie wyborcy PiS, jednak póki PiS może liczyć na nieoficjalne wsparcie kościoła i Radia Maryja nie można się tu raczej spodziewać żadnych przepływów. Wygląda na to że nowe ugrupowanie jest w bardzo trudnej sytuacji. Czy to się może zmienić?
Tak. Wszystko zależy od proponowanej polityki gospodarczej. Niestety w ostatnich latach PO mocno straciło na tym polu. Biznes odbiera działania rządu jako dążenie do coraz mocniejszej fiskalizacji. Sam Gowin deklaruje że ma wsparcie biznesu i pieniądze na kampanie i tworzenie struktur. Wynik wyborczy w znacznej części jest funkcją pieniędzy. Jeśli faktycznie tak jest to nowe ugrupowanie, nawet mimo konserwatyzmu, może znaleźć swoich zwolenników wśród wyborców PO. Niestety jak dotąd Gowin mówił niewiele o gospodarce i przedstawiał realnych rozwiązań. Jeśli tego nie zrobi, to marzenia o sukcesie mogą pozostać tylko marzeniami.
Ostatnie posunięcia nie dają powodu do optymizmu. Po pierwsze sam wybór nazwy i znaku. Nazwa oprócz Gowina z niczym się nie kojarzy ani nie posiada elementów które mogły by skupiać wyborców wokół nowej partii. Logo... Cóż.. Zastanawiam się czy Apple nie wystąpi na drogę prawną. W końcu taki znak już chyba opatentowano. A jeśli nie, to i tak kojarzy się jednoznacznie i niekoniecznie w sposób porządny dla partii politycznej. Także ostatnie pomysły Gowina na temat głosowania "rodzinnego" raczej wystawią zarówno jego jak i całe ugrupowanie na pośmiewisko.
Na razie Polska Razem nie stanowi raczej zagrożenia dla obecnych graczy na scenie politycznej. Gowin jest na tyle silna osobowoscia ze na pewno bedzie skupiał uwage opinii publicznej. Czy starczy to na sukces polityczny? Czas pokaże. Na razie rozmienia swój kapitał na drobne. Zamiast szarżowac w ciemno niech skonsultuje się z zawodowcem, jak na przykład Marek Migalski, którego ma w swoich szeregach.

czwartek, 21 listopada 2013

Rekonstrukcja rządu - komentarz po.

No i mamy juz po rekonstrukcji. Jest kilka niespodzianek. Dla mnie dwie. Po pierwsze rezygnacja/odwołanie Rostowskiego. Pozycja byłego już wicepremiera wydawała się niezagrożona, mimo fatalnych sondaży i tego że minister był po prostu nielubiany. Na pewno znajdzie to odbicie w notowaniach rządu, choć nie podejrzewam żeby aż takie na jakie liczy premier.
Druga niespodzianka, dla mnie osobiście dość przyjemna, że na 7 nominacji ministerialnych, tylko jedna, a w zasadzie dwie (Biernat i Kluzik Rostkowska) to nominacje polityczne - ludzi wg klucza partyjnego. Reszta ministrów to technokraci - specjaliści którzy znają sie na tym co robią. Do tej grupy także można zaliczyć posła Trzaskowskiego, bo na IT wydaje się znać, choć nie jestem pewien jak sobie poradzi z administracją. Też nie do końca jestem czy specjalista od finansów będzie dobrym ministrem środowiska. Na pewno będzie dobrym ministrem, bo praktykę urzędniczą ma sporą.
Nowy minister finansów jest dla mnie tajemnicą. Jednak to co podnoszą media, to ze pochodzi z duzej instytucji finansowej, ma być wadą uważam za dość solidny idiotyzm. Każdy zarządzający finansami amerykańskimi od lat pochodzi z któregoś z dużych banków, i całkiem nieźle radzą sobie. Jestem pewien ze ING stanowiska głównego ekonomisty nie daje byle komu i dlatego jestem dość spokojny o umiejętności ministra Szczurka. Co do samej jego polityki , był bym raczej zaskoczony, gdyby kontynuował w całej rozciągłości politykę Rostowskiego. Co do OFE zapewne w krótkim terminie nic się nie zmieni. Rząd po prostu nie ma wyjścia. Jednak w dłuższej perspektywie wydaje mi się że minister raczej będzie działał na rzecz racjonalizacji i wzmocnienia OFE.
Na pewno świetnym posunięciem było mianowanie minister Bieńkowskiej na ministra transportu i wicepremiera. Jeśli poradzi sobie tak w ministerstwie Rozwoju regionalnego, to Sławomir Nowak raczej nie będzie miał do czego wracać i po co wracać, a nie wątpię że poradzi sobie znakomicie.
Prasa nawet mówi o niej "następca Tuska". Czy naprawdę byłoby to możliwe? Sama siebie określa jako technokratę, stroniła dotąd od polityki, trzymając się z dala od struktur PO. Bez wsparcia politycznego, byłoby trudno zostac premierem, choć mielismy juz prezesów rady ministrów technokratów - nie szukając daleko premier Belka. Wszystko wiec jest możliwe. Jeśli minister Bieńkowska po raz kolejny udowodni swoja skuteczność i efektywność, nie wykluczałbym jej dalszej kariery, mimo ze nie lubi tego słowa, politycznej.
Największe wątpliwości mam co do minister edukacji, pani Kluzik Rostkowskiej. Nie wiem jakie do końca sa jej opinie o naszej edukacji. Siła rzeczy, taka polityka rządu, broni idei 6-cio latków w szkołach. Z kolei jest przeciwna idei powrotu do systemu 8+4 który znajduje coraz więcej zwolenników w naszym społeczeństwie. Niestety jej argumentacja jest absolutnie nieprzekonująca. Za powrotem starego systemu, co sama przyznaje, przemawiają badania które mówią że nie powinno wyrywać się dzieci w najtrudniejszym wieku (14-15 lat) z grupy w której się wychowują, bo powoduje to problemy które znamy z gimnazjów. Pani minister twierdzi że jest to dobry argument, jednak w małych miastach szkoła i gimnazjum sę razem, więc nikogo sie na siłę nie wyrywa. Przeciw powrotowi starego systemu ma przemawiać kwestia 6-cio latków, którzy wg słów pani minister nie powinni być w jednej szkole z 14-15 latkami. Czy nie ma tu sprzeczności? Czy w chwili obecnej owe maluchy, w mniejszych miastach nie będą musiały być w tej samej szkole z 14, 15 a nawet 16 latkami?? Wg. mnie to się kupy nie trzyma.
Wracajac do samej rekonstrukcji. Pierwszy krok, mianowanie nowych ministrów, mamy za sobą. Drugi, ważniejszy, nowy program, w sobotę. To on zdecyduje czy plan rekonstrukcji znajdzie uznanie wśród Polaków. Jak wskazuje CBOS, głównym czynnikiem w jaki nasze społeczeństwo będzie oceniać posunięcia rządu jest sytuacja materialna. Jeśli nowy program da widoczne szansę na poprawę sytuacji materialnej Polaków, notowania pójdą w górę, jeśli nie, sytuacja premiera Tuska raczej sie nie poprawi. Może, w dłuższym okresie czasu, jeśli posunięcia nowych ministrów okażą sie spektakularnymi sukcesami, pojawi sie druga szansa dla rządu i dla premiera. Pierwsze odpowiedzi w sobotę.

poniedziałek, 18 listopada 2013

11 listopada czyli jak się ośmieszyć.

Emocje po ostatnich obchodach 11 listopada nieco opadły i można pokusić się próbę podsumowania.
Niemal przez cały rok trwały poważne dyskusje o rosnącej sile i wpływach ugrupowań narodowych. Na tym blogu, w czerwcu o tym pisałem, wyjaśniając w jakiej sytuacji mogłyby stanowić prawdziwa silę na polskiej scenie politycznej, na co mieli szansę. Część komentatorów widziała w nich realne zagrożenie dla PiS, zapominając trochę że to rok temu, zaangażowanie PiS w marsz niepodległości nadało mu powagi w pewien sposób legitymizowało wobec prawicowego elektoratu. W tym roku PiS oficjalnie w obchodach nie uczestniczył. Narodowcy sami mieli zorganizować i odpowiadać za marsz. Jak się skończyło wszyscy widzieliśmy. Z pokazu siły Ruchu Narodowego wyszła farsa.
Może nie do końca wszyscy zdają sobie sprawę jak poważne straty wizerunkowe ponieśli narodowcy. Po zajściach w świadomości społecznej zostanie głównie obraz "narodowców" wyrywających z bliżej nie znanych powodów drzewka, zresztą bez powodzenia, i może jeszcze płonąca tęcza na placu zbawiciela. Tęcza której symboliki nie znają ani narodowcy ani szczerze mówiąc znaczna część społeczeństwa. Zapamiętany zostanie bezmyślny akt wandalizmu. Już po sieci krążą "nowe" hasła polskich narodowców: "drzewa na drzewa" czy też "polska nie zielona tylko biało czerwona". Są śmieszni. Ośmieszyli nie tylko siebie ale też i święto 11 listopada. Po tych wydarzeniach określenie "narodowiec" jest synonimem bezmózga w kolorowej kominiarce. Bezmózga i nieudacznika który nawet rachitycznemu drzewku nie potrafi dać rady. Te memy będą krążyć długo. Szansę jaka miał Ruch Narodowy zaprzepaszczono i to wydaje się na lata. Nie podejrzewam żeby taki a nie inny przebieg marszu był w planach organizatorów. Jednak całkowity brak kontroli nad nim, nad sowimi "sympatykami", też nie świadczy dobrze o przywódcach ruchu narodowego. Także absolutny brak zrozumienia tego co się stało.
Zajścia pod ambasadą rosyjską nie były ważne. Dla wizerunku Polski były katastrofalne, jednak samym narodowcom w naszym w znacznej części rusofobicznym społeczeństwie, uszłaby nawet próba podpalenia samej ambasady. Jednak z tego dnia pamiętane będą tylko nieszczęsne drzewka przed squatem. I hasłem Ruchu narodowego na długo zostanie "drzewa na drzewo".
Na pewno teraz znów zostaną zepchnięci na margines polityki. Raczej PiS nie będzie chciał oficjalnie z nimi utrzymywać kontaktów. Pewnie jeszcze dojdzie do jakiś wybryków czy tez burd z udziałem ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, które tylko spowodują ponowne wyciągniecie "drzewek" i ponowne ośmieszenie i ruchów i idei.  Czy się z tego podniosą? Jak pisałem w poprzednim tekście - maja ogromne szanse, jednak muszą zmienić w sposób zasadniczy podejście i mentalność, szczególnie przywódcy. Inaczej na ruch narodowy na dłużej będzie dla polaków synonimem "mordeczki" w kominiarce targającej drzewko.

sobota, 9 listopada 2013

Rekonstrukcja rządu - o co w tym wszystkim chodzi.

Premier zapowiedział na listopad rekonstrukcje rządu. Jak wszyscy wiemy rekonstrukcja polega na wymianie niektórych ministrów. Połączona jest też często ze zmianami programowymi bądź tez z oficjalna zmianą kierunku polityki ekipy.
Z powodów oczywistych rekonstrukcje rządów inicjowane są po zmianach w koalicjach rządzących. Gdy ubywa bądź przybywa koalicjant. Najczęściej przydarzają się w ustrojach wielopartyjnych. Kiedyś w Europie były domeną państw śródziemnomorskich w szczególności Włoch.
W USA nierzadko prezydent przed drugą kadencją wymienia część ekipy, by zasygnalizować nowy poczatek, nowe otwarcie, nowe cele przed którymi będzie stał kraj i ekipa u steru.
Rekonstrukcje urządza się także po skandalach politycznych które zamieszani są ministrowie. Chodzi o jak najszybsze odcięcie się od skandalu i osób w niego zamieszanych, tak by ograniczyć straty i jak najmniej skompromitować ekipę rządzącą Tak było w Polsce po "aferze hazardowej".
Rekonstrukcja z która mamy do czynienia ma połączyć korzyści dwóch ostatnich rodzajów. Po pierwsze ogłosić "Nowy Początek" - od tego momentu wszystko będzie nowe i lepsze. Ma to odnowić kredyt zaufania jakim wyborcy obdarzają rządzących, a który wraz ze sprawowaniem władzy się wyczerpuje.
Po drugie wyzbyć się członków rządu którzy sa postrzegani negatywnie i źle wpływają na słupki poparcia. Wyeliminowanie ich ma poprawić postrzeganie rządu w społeczeństwie.
Tego typu rekonstrukcja ma poprawić oceny rządzących wśród wyborców. Zarządzana jest gdy słupki poparcia spadają i kierownictwo ugrupowań rządzących poszukuje sposobów na odwrócenie trendu.
Czy to działa? Oczywiście, jednak tylko do pewnego stopnia.
W 2009 po "aferze hazardowej" zaufanie do PO było na tyle duże że szybka wymiana ministrów zaowocowała utrzymaniem wysokich wyników sondaży. Po wyborach 2011 i ogłoszeniu "Nowego Otwarcia" umożliwił start rządu Tuska z wysokim poparciem społecznym. Czy obecna rekonstrukcja da szansę na złapanie "oddechu" Platformie? Wszystko zależy jak głębokie będą zmiany w rządzie i w polityce rządu.
Jest kilku ministrów których Polacy  nie lubią lub nie szanują. Na pierwszym miejscu można wymienić wicepremiera Rostowskiego. Jest on co prawda jednym z członków rządu który ma stosunkowo wysoki wskaźnik zaufania, jednak ma też bardzo wysoki wskaźnik nieufności. Co najważniejsze, w długim okresie daje sie zauważyć trend wyraźnego spadku zaufania do wicepremiera oraz wzrostu nieufności. Związane jest to zapewne z problemami budżetowymi oraz źle rozgrywaną kwestią OFE, która przez większość społeczeństwa po prostu nie jest zrozumiała. Jednak pan Rostowski ma na tyle silna pozycję że raczej nie bedzie podlegał "rekonstrukcji". Często pod kątem rekonstrukcji wymienia się ministrów Arłukowicza i Muchę. Jeśli minister Arłukowicz cierpi z powodu stanu całej służby zdrowia i za ów stan do pewnego stopnia odpowiada (choć w jego obronie można powiedzieć że chyba nie ma kraju w którym działałaby dobrze), to minister Mucha odpowiada w większości nie za swoje winy. Po pierwsze większość kibiców, czyli męskiej części społeczeństwa, jest do niej negatywnie nastawiona, ponieważ jest ona kobieta i co najważniejsze, nie zna się na sporcie, czego zresztą nie ukrywa. Dla sporej części fanatycznych kibiców jest to niewybaczalne. Po za tym spada na jej głowę odpowiedzialność za porażki naszych sportowców. Na to akurat pani minister ma akurat niewielki wpływ gdyż bezpośrednim szkoleniem zajmują się związki na które ministerstwo ma w zasadzie wpływ teoretyczny. Źle postrzegana jest takze minister Szumilas, szczególnie za reformę sześciolatków. Czy zmiana ministrów przyniesie poprawę notowań rządu? Raczej nie.
Po poprzedniej rekonstrukcji, entuzjazmu społeczeństwa wystarczyło ledwie na kilka miesięcy. Od tego czasu notowania premiera i rządu oraz ich polityki są niezmiennie negatywne. Badania pokazują ze związane jest to przede wszystkim z negatywną oceną własnej sytuacji materialnej przez Polaków. Nie chodzi tylko o to ze sytuacja ta jest zła, raczej o to że niedostatecznie szybko się poprawia. Wymiana kilku ministrów tego nie zmieni.
Polityka "ciepłej wody w kranach", skuteczna w pierwszej kadencji, obecnie wyczerpała się. Szok po rządach PiS już minął. Po dwóch latach chaosu jaki zafundował społeczeństwu PiS oczekiwano jedynie normalności i stabilizacji. PO w pierwszej kadencji spełniła te oczekiwania. Jednak po 6 latach rządów, stabilizacja jest już odbierana jako stagnacja. Polacy nie chcą już tylko "ciepłej wody w kranach". Ona już jest. Chcą lepszej pracy, płacy, wymienić samochód. Bez ogłoszenia programu reform, który, chociaż teoretycznie, skutkowałby poprawą materialnego bytu Polaków nie wydaje się możliwe poprawienie notowań rządu. Ogłaszanie działań dzięki którym "nie będzie gorzej", zupełnie nie trafia do społeczeństwa, jak na przykład reforma OFE. Ma być lepiej i to w przewidywalnej przyszłości. Bez ogłoszenia tego typu planu, kosmetyczne zmiany w rządzie w niczym nie pomogą

wtorek, 5 listopada 2013

Rozpad Platformy? Wcześniejsze Wybory?

Po awanturze w trakcie wyborów do władz dolnośląskiej PO, pojawiły się głosy wieszczące rozpad tego ugrupowania oraz także wcześniejsze wybory. Czy do tego dojdzie?
Uważam ze mimo wzajemnego nagrywania i dziwnych wyborów PO przetrwa. Widoczne to było na radzie krajowej gdzie oczekiwano mocnego wystąpienia "schetynowców" i... nic się nie stało. Porażka na Dolnym Śląsku była bolesna dla Schetyny, ale to tylko porażka. Do starcia z Tuskiem doszło szybciej niż przewidywał i okazało się ze nie był do tego starcia przygotowany. Niewątpliwie jego pozycja jest słabsza, ale wciąż mocna. Najprawdopodobniej teraz opozycja wewnętrzna w PO nieco przycichnie, w oczekiwaniu na kolejne wybory. Jeśli ze względu na swoja specyfikę wybory samorządowe nie będą miały aż takiego wpływu na pozycje premiera, to jednak możliwa porażka w wyborach do europarlamentu będzie sygnałem do kolejnych ataków na Tuska. Potencjalna porażka w wyborach parlamentarnych wywoła kolejna próbę rozliczenia premiera. I wtedy będzie miał poważne problemy. Schetyna teraz tylko musi grać na przeczekanie i czekać na wybory. Wszystko wskazuje na to ze wtedy nadejdzie jego czas. Uważam ze jest tego świadomy. Dlatego raczej PO się nie rozpadnie. Za taką diagnozą przemawia też rozpowszechniona w PO teza że poza głównymi partiami nie ma życia politycznego. Odejście z PO oznacza odejście w niebyt. Dlatego zdecydują się na trwanie w obecnej formie licząc na rewanż maksymalnie za dwa lata.
Co do wcześniejszych wyborów sprawa jest nieco inna. Obecna przewaga koalicji to tylko jeden poseł. Przez te 2 lata czeka nas szereg trudnych głosowań, których rezultaty trudno przewidzieć. Dobrym przykładem jest tutaj kwestia referendum w sprawie 6ciolatków. W samej PO opinie sa podzielone, PSL nie jest nichętne sprawie referendum. W retoryce PO zapędziła się tak daleko że w sumie błaha sprawa może doprowadzić do problemów z utrzymaniem koalicji. Stracie o projekt ministra który w samej PO jest oceniany słabo, i generalnie nie jest lubiany. Zapędzono się w sytuacje bez wyjścia. Jeśli referendum przejdzie oznacza to utratę kontroli nad sejmem i widoczną słabość PO i rządu, jeśli nie przejdzie PO zostanie przypięta łatka ugrupowania niedemokratycznego który nie pozwala się społeczeństwu wypowiedzieć w sprawach dla niego ważnych. I łatkę tę z satysfakcją przypnie platformie PiS, żeby było zabawniej. Jeśli koalicja przetrwa to głosowanie to w kolejnych latach czeka nas szereg podobnych prób i to w sprawach o niebo ważniejszych.
Co ciekawe, uważam ze wcześniejszymi wyborami są zainteresowani głównie PiS i SLD oraz po części PO. PiS, ponieważ liczy że wygra następne wybory. Jeśliby byli zainteresowani odwlekaniem terminu, to licząc na to że PO wkopie się jeszcze bardziej. Jest na co czekać, gdyż wyborcy zniechęceni do Platformy, tracą zainteresowanie polityką i deklarują brak chęci głosowania. To wzmacnia siłę żelaznego elektoratu PiS. Dlatego prezes Kaczyński grając na utrzymanie obecnego parlamentu jak najdłużej, może liczyć na zwycięstwo i samodzielne rządy, nie zdobywając ani jednego nowego głosu.
Z kolei SLD wierzy że w wypadku wcześniejszych wyborów PO będzie musiało utworzyć z nimi koalicję, by PiS nie rządziło. Nie jestem pewien czy optymizm Leszka Millera jest uzasadniony.
PSL wie że swoje zawsze ugra. Nie boją się wcześniejszych wyborów, choć możliwość zwycięstwa PiS ich na pewno niepokoi. Świadom losu Samoobrony, nie uśmiecha im się koalicja z PiS. Bycie w rządzie daje dostęp do szeregu ważnych stanowisk na których PSL zależy. Dlatego raczej do otwartego starcia z PO dążyć nie będą. Pozostałe ugrupowania, w tym ugrupowanie Palikota, raczej nie są zainteresowane wyborami gdyż oznaczają dla nich natychmiastowy niebyt polityczny. Paradoksalnie wczesnymi wyborami moze być zainteresowana część działaczy PO, ponieważ przegrana będzie oznaczać możliwość rozliczenia Tuska. Studzi ich zapał możliwość utraty władzy, gdyż dostęp do wielu synekur mógłby zostać odcięty. Dalszy los rządu zależał będzie jak zręcznym politykiem, szczególnie w polityce wewnatrzpartyjnej będzie premier. Czy uda mu się, odpowiednimi "nadaniami" zachować spokój w partii i przetrwać nadchodzące lata. Jak się skończy, trudno powiedzieć. Pamietajmy ze rząd Suchockiej upadł bo jeden z posłów zatrzasnął się w toalecie. Przewaga koalicji to jeden głos

piątek, 25 października 2013

Kto kogo podsłuchuje

Najnowsza afera podłuchowa, która żyje świat, czyli jak USA kanclerz Niemiec podsłuchiwało, jest wg. mnie trochę dziwna. Większość komentarzy, wygląda tak jakby do końca nie zrozumiano o co chodzi.
Po pierwsze, nie ma w tym nic dziwnego że USA szpiegują Niemców, czy tez inny kraj europejski. Jak jeden z klasyków napisał: "Wiem co myśli o mnie mój wróg, niepokoi mnie co naprawdę myslą o mnie przyjaciele". To że ktoś jest czyimś sojusznikiem nie oznacza ze jest zawsze do końca szczery. Na przykład USA musza być pewne czy deklaracje o czyjejś gotowości bojowej są zgodne z prawdą i czy naprawdę na sojusznika można liczyć i co nie mniej ważne, czy warto. To działa także w drugą stronę. Europa szpieguje USA by wiedzieć co amerykanie mogą jeszcze wywinąć i w jaka kabałę wpakować swoich sojuszników.
Jednak obie strony czynią to dyskretnie. Od czasu do czasu wyłapując nawzajem swoich szpiegów i po cichu wymieniając ich na swoich złapanych przez drugą stronę. Jeśli wychodzi to na jaw to w sprawach szpiegostwa przemysłowego, gdzie zaangażowane sa strony trzecie. I tak jest to wtedy załatwiane dyskretnie i po cichu z nikłym echem w mediach. Czasem afery były większe, jak na przykład szpieg izraelski Jonathan Pollard, w wywiadzie marynarki amerykańskiej.
Co ciekawe w dyskusjach o katastrofie smoleńskiej, gdy zastanawiano się o czym była ostatnia rozmowa prezydenta z bratem, jako coś oczywistego przyjęto ze takie informacje będą mieli amerykanie. nasi komentatorzy uważali z normalne ze USA podsłuchują Prezydenta Polski , i pewnie uda sie coś od służb amerykańskich dowiedzieć. Udawanie zaskoczenia teraz, kiedy okazuje sie ze naprawdę to robili, zakrawa na pewnego rodzaju paranoję.
Głównym problemem jest, ze sprawa w ogóle wypłynęła. Oznacza to że rządy musza się w oficjalny sposób odnieść do czegoś co jest tajemnicą poliszynela. Nikt nie może sobie pozwolić na stanowisko "I co z tego? My robimy to samo". Konieczne jest pokazanie wyborcom swojego świętego oburzenia. Po za tym, amerykanie nie sa specjalnie lubiani, więc na takim srożeniu się w krótkim terminie można nawet coś ugrać w polityce wewnętrznej.
A długofalowo nic się nie zmieni. Po ostrych notach oficjalnych, ostrzejszych nieoficjalnych - by jak coś robią to robili to profesjonalnie a skutków nie oddawali prasie, sprawy wrócą w dawne tory. Tak jak stosunki Izraela z USA po aferze Pollarda. Ponieważ w zasadzie nic się nie stało, i jak napisałem wyżej, robią to wszyscy. Tak na marginesie nie oczekiwali by państwo po polskim wywiadzie żeby miał kilku dobrze umocowanych agentów w Berlinie czy Waszyngtonie? Bo ja tak. Raczej nie bedzie żadnych realnych konsekwencji tej sprawy, ponieważ szkodziły by one wszystkim zainteresowanym. Sprawa będzie musiała zostać "zapomniana". Srożenie się Europy niestety jest tylko dla prasy. Obecne układ Europa-USA, czy tez układy w NATO sa takie że to Europa potrzebuje USA, nie odwrotnie. W chwili obecnej prezydent USA mógłby powiedzieć: "Szpiegowaliśmy sojuszników, szpiegujemy i będziemy szpiegować, bo od tego zależy bezpieczeństwo ameryki" i Europa musiałaby to przełknąć. Czasy kiedy państwa europejskie w kwestii bezpieczeństwa były partnerami USA dawno minęły. W zasadzie żadne z państw NATO nie jest w stanie dokonać projekcji siły gdzieś poza Europą. Może Francja w ograniczonym zakresie. Większość państw NATO liczy wyłącznie na pomoc USA, nawet w obronie swojego własnego terytorium. Europa jest potrzeba Stanom tylko i wyłącznie jako element legitymizujący wątpliwe posunięcia USA jako przedsięwzięcia międzynarodowe. I bez względu na aktualne oburzenie stolic europejskich, to się nie zmieni.

wtorek, 22 października 2013

Dorwać Hofmana

Podobno jest to nowy trend w PiS. Zobaczymy czy sie utrwali. Warto się jednak zastanowić dlaczego sie pojawił, i dokąd on te partie może poprowadzić.
Hofamn oskarżany jest głównie o porażkę w referendum w Warszawie. I juz tutaj mamy trudność. W oficjalnej retoryce PiS twierdzi ze to był sukces. Do pewnego stopnia z oficjalna linia mogę sie zgodzić. PiS owi udało się zmobilizować znacznie więcej wyborców niz w poprzednich wyborach, czy to parlamentarnych czy to samorządowych. Oczywiście nie wszyscy uczestniczący w referendum popierali PiS, jednak liczba ich sympatyków była największa, co sugerują niektóre interpretacje exit pools. Czyli udało zmobilizować własnych wyborców oraz uzyskać nowych. Czyli sukces?
Jednak nie. PiS tak mocno zaangażował sie w kampanię, tyle sił i środków, ze oczekiwania wewnątrzpartyjne były bardzo duże, a buńczuczna retoryka, której autorem był głównie Hofman, budowała atmosferę rychłego ogólnokrajowego sukcesu PiS. Profesor Gliński był już przyszłym kandydatem na prezydenta miasta, rozważano dalszy program dla stolicy oraz jak ten sukces przekuć na skale ogólnopolską. Referendum się nie powiodło i z lokalnej porażki która niewątpliwie mogłoby być, przy większej rezerwie PiS, wyszła pełnowymiarowa klęska.
Pierwszym błędem PiS było zaangażowanie sie na taką skalę. Doprowadzenie do sytuacji wóz albo przewóz. Nie pozostawienie sobie żadnej drogi odwrotu. Jeśli o tym decydował poseł Hofman, to niewątpliwie jest za co go rozliczać. Przy centralizacji PiS szczerze wątpię aby takie decyzje mógł Hofman samodzielnie podejmować. Taką decyzje mogła podjąć jedynie osoba z definicji nieomylna, czyli prezes. Oznacza to ze Hofman jest ustawiany jako kozioł ofiarny.
Hofmanowi zarzuca sie źle skonstruowaną kampanie refrendalna. Jest w tym sporo racji. Odnosiłem wrazenie ze nie do końca wiedziano jaka jest grupa docelowa i jak do niej trafić. Wizerunkowo kampanii na pewno zaszkodziła sprawa symbolu Polski Walczącej. Czy przyniosło to zakładane efekty? W ogóle jakiś zysk? Według mnie nie do końca. Grupy dla których ten znak jest rozpoznawalny i niesie określony przekaz maja dość ugruntowane poglądy polityczne, więc raczej nie przekonaniu wielu, a część potencjalnych wyborców PiS dla których ten znak niesie ogromny ładunek znaczeniowy i sentymentalny mogło po prostu zniechęcić. Niestety niemal 70 lat po zakończeniu wojny dla znacznej części naszego społeczeństwa symbol Polski Walczącej jest w zasadzie nierozpoznawalny, wiec i jego uzycie mija się z celem, tak wiec niewątpliwie PiS na tym więcej stracił niz zyskał. Tutaj niewątpliwie jest wina Hofmana. Jednak szczerze mówiąc, nie do końca panował on nad sama kampanią, i mówiąc serio nie było to nawet wykonalne. Tyle rożnego rodzaju ugrupowań i środowisk zaangażowało sie w referendum, ze nie było można anie tego opanować ani koordynować. Wiele działań podejmowanych przez inne ugrupowania i tak szły na "konto" PiS bo oni krzyczeli najgłośniej. Szły na konto niestety z całym dobrodziejstwem inwentarza. Angażowanie się w coś czego nie można kontrolować, zwłaszcza jesli od tego zależy twoje dobre imię, było dużym błędem.
Ale czy za to można rozliczać Hofmana. Po części tak. Jednak główny błąd był w założeniach strategicznych za które, jak mi się wydaje Hofman nie odpowiadał. Jako że w filozofii PiS ktoś musi być winny, wygląda na to ze padło na niego. Zresztą jest to chyba element walki wewnętrznej w PiS. Za Hofmanem są całe szeregi działaczy których jego silna pozycja przy prezesie szczególnie irytowała. Teraz, czując nadarzającą się okazję, usiłują go w najlepszym razie osłabić, wyciągając mu wszystko od kampanii po przechwałki o własnym "wyposażeniu". Czy im sie uda zalezy wyłącznie od decyzji prezesa Kaczyńskiego. On decyduje o rolach w jego partii. Nie zdziwiłbym się gdyby dał posłuch tej wewnętrznej opozycji. Juz od jakiegoś czasu Hofman raczej nie wnosił nic szczególnie pozytywnego w wizerunku PiS, a tak szczerze mówiąc ani w PiS ani poza nim nie jest szczególnie lubiany.

wtorek, 15 października 2013

No i po referendum

Referendum za nami, zaczęły się dyskusje jakim wynikiem się zakończyło. PKW mówi ze jest nie ważne, ale pytanie kto na referendum wygrał padają.
PO i pani nadal prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz nie przegrała referendum. Mówić natomiast że wygrali referendum byłoby według mnie pewnym nadużyciem. Przede wszystkim udało sie utrzymać pozycję, co jest jakimś sukcesem i w jakiś sposób wyhamować ofensywę PiSu i opozycji. Wyhamować ale nie zatrzymać. Pozycja pani Hanny będzie na pewno słabsza, a wyniki referendum w którym aż 95% biorących w nim udział było za jej odwołaniem będzie wykorzystywany jako podstawę do ataków na nią osobiście jak i na PO. Przez cały najbliższy rok będzie musiała na co dzień udowadniać że ma mandat do rządzenia Warszawą. Nie będzie to łatwe zadanie. Za odwołaniem głosowało niemal tyle samo osób ile w 2010 głosowało za panią Hanna Gronkiewicz-Waltz. To połowa wyborców z zeszłych wyborów. Jest to ogromny elektorat negatywny i z tym w ciągu roku będzie bardzo trudno sobie poradzić. Szczególnie przy takich wpadkach jak dzisiejszy początek remontu trasy toruńskiej.
Biorąc pod uwagę wyniki można stwierdzić że przyjęte założenia kampanii były słuszne i należało grać na nieważność referendum. Przy tak dużym elektoracie negatywnym, o sukces mogłoby być ciężko. Chociaż uważam ze mimo wszystko PO powinna zawalczyć o Warszawę i pójść na całość w referendum. Zagrywka byłaby pokerowa, jednak zysk ze zwycięstwa był by tak duży ze rekompensował by ryzyko. Teraz wygląda trochę tak jakby PO nie wierzyło we własnych wyborców. Z właściwie przeprowadzona kampanią można by powalczyć o zwycięstwo. W mediach pani Gronkiewicz-Waltz chwalona jest za swoja kampanię. Trudno mi ją oceniać z odległości, nie było mnie w tym czasie w Warszawie, a to co widać i czuć na ulicach liczy sie najbardziej w trakcie kampanii.
Spójrzmy na liczby. Za odwołaniem głosowało 322 tys mieszkańców, przy 619 tys głosujących w 2010 to trochę ponad połowa. Za Hanną Gronkiewicz-Waltz głosowało w 2010 głosowało 345 tys głosów, czyli obecna pani prezydent na pewno utraciła około 50 tys głosów i co za tym idzie mozliwosć wygranej w pierwszej turze. Co w drugiej? Zależeć wiele będzie od kontrkandydata.
Co z samą PO? W 2010 zdobyła 278 tys głosów to jest 44% głosów a w wyborach parlamentarnych 498 tys co stanowiło 49% głosów. Procentowo różnica niewielka jednak w liczbach bezwzględnych różnica ogromna. PO mogła liczyć na niemal pół miliona głosów, a wydaje się że teraz nie wierzy nawet w połowę tego. Potencjał dla PO jest. Tych ludzi udało się przekonać. Teraz trzeba to powtórzyć. W exit pools po referendum aż 14% wyborców twierdziło ze jest wybocami PO. To oznacza że platforma nie może na nich liczyć w wyborach samorządowych. Nie wiadomo jak sie zachowają w wyborach parlamentarnych. Plusem jest że nadal sie do Platformy przyznają, to oznacza pewną identyfikację, jednak głosowali wbrew linii partii.
Spójrzmy na opozycję. Niewątpliwie w kampanii referendalnej zyskała. Te 50 tys głosów które straciła pani Hanna przechodzi na pewno do opozycji. Ale do kogo?
Twierdzenie że kampania PiS odstraszyła kogokolwiek można miedzy bajki włożyć. W wyborach samorządowych w 2010 zdobyli 151 tys głosów (24%) a w parlamentarnych, przy maksymalnej mobilizacji 277 tys (27%). Ewidentnie widać że licznie do referendum poszli wyborcy innych partii.  Szczególnie z exit pools gdzie do popierania PiS przyznało się zaledwie około 7% glosujących. Biorąc pod uwagę spora liczbę odmów udzielenia odpowiedzi na pytanie ankieterów, co jest charakterystyczne dla wyborcy PiS oraz przyjmując ze zasadniczy elektorat PO do referendum nie poszedł, poparcie dla PiS na tej podstawie można szacować nadal na około 25%-29% w Warszawie.  Tak wiec z kolei buńczuczne zapewnienia prezesa o sukcesie i ofensywie wśród wykształconych wyborców także mijają się z prawdą. Wszyscy sprzeciwiający się rządom Hanny Gronkiewicz Waltz w warszawie sumiennie odwalili swoja robotę i poszli głosować. Nie jest to szczególny sukces PiS, raczej medialna porażka, biorąc pod uwagę ilość zaangażowanych sił i środków.
Co nam daje wynik referendum? Pozwala dokładnie oszacować siły występujące przeciw Platformie, oraz określić jakie przez ostatni okres poniesiono straty. Niestety nie pozwala stwierdzić jakie jest realne wsparcie dla PO w Warszawie, gdyż zniechęcony elektorat PO ma tendencje nie do przepływanie do innych ugrupowań ale do rezygnacji z angażowania się w politykę. Pozostaje wyciągnąć wnioski i wdrożyć program działań zaradczych. Byle szybko. Do wyborów samorządowych rok, do parlamentarnych dwa lata. W literaturze dotyczącej marketingu politycznego pisze się ze dwa lata to optymalny czas na przygotowanie kampanii wyborczej. Na wybory samorządowe pozostaje mało czasu, może na parlamentarne? Obawiam się, ze jak zwykle, wszyscy (i Po i PiS) wszystko zostawią na ostatnią chwilę.

sobota, 12 października 2013

PR czyli czego brak.

Kolejny raz pisze o czymś czego nie ma , czyli o polityce PR rządu. Panuje dość powszechna opinia że nasz rząd nic nie robi i generalnie, podobnie jak cała PO zajmuje sie sobą. A jednak coś robią, oczywiście poza wysłuchiwaniem wielogodzinnych wystąpień opozycji :). Trafiłem na to w porannym programie TVN24. Chyba nie mieli czym wypełnić ramówki bo później już sie nie pojawiło. Chodzi o wiadomość że zajmujemy szóste miejsce w UE pod względem długości autostrad i dróg szybkiego ruchu. W przeciągu dwóch lat przesuniemy się na miejsce piąte wyprzedzając Wielką Brytanię. I gdyby nie czysty przypadek wiadomość ta uszłaby mojej uwagi. Co oznacza że większość naszego społeczeństwa nie ma o tym bladego pojęcia.
Prosze zobaczyć jaki piękny news. Nic tylko na jakiejś budowie zrobić konferencje prasową, podrzucić prasie jakąś ładna wizualizację, przedstawić mniej lub bardziej abstrakcyjne plany, byle z rozmachem. I co? I nic. Premier Kaczyński z rozmachem potrafił otwierać 200m autostrady. Miller otwierał z pompą 3.5 km Zakopianki. Obecny rząd miałby nawet co otwierać, ale jakoś po Euro zupełnie tego nie wykorzystuje. Nie wiem jak można nie próbować ograć na własną korzyść pojawienia sie naszego kraju w europejskiej czołówce zwłaszcza w tak drażliwej dziedzinie jaka jest dla polaków drogownictwo.
Jest to dla mnie jedna z najbardziej niezrozumiałych rzeczy, jak ugrupowanie które miało tak dobry PR, świetnie przygotowane reklamy i spójne kampanie, całkowicie to porzuciło. Obecnie chyba nawet PiS ma lepszy i bardziej profesjonalny PR. Bez tego nie można funkcjonować, ani skutecznie rządzić. Bynajmniej nie chodzi mi o PRowskie sztuczki, służące manipulacji opinia publiczną. Oczywiście są i takie metody, ale porzucono podstawy PR, czyli komunikację, przekazywanie wiadomości, własnych opinii, osiągnięć. Bez tego PO w zasadzie może sobie darować wybory za dwa lata i od razu przekazać władzę PiS. Naprawdę nie wiem co biuro prasowe rządu i zatrudniane przez rząd lub PO firmy PR robią. Dedykuję premierowi cytat z filmu "Złoto dla Zuchwałych" (Kelly's Heroes). Niezapomniany generał Colt:
"What's the sense of having a communications officer who can't communicate?"

piątek, 11 października 2013

"Żyjemy w kraju zawiści" - to raczej nie niespodzianka.

Trafiłem dziś na bardzo interesujący artykuł na temat polskiego społeczeństwa. Jak niemal wszystko co pisze prof. Czapiński zmusza do przemyślenia i refleksji. Chociaz tytułu, który podsumowuje tylko skromna część artykułu, nie opatrywałbym wykrzyknikiem, bo jest to raczej wiedza powszechna. Choć szczerze mówiąc mimo ze generalnie zgadzam z tym co pisze profesor, to jednak uważam że tego typu badania nie do końca oddają to co naprawdę myślą Polacy. Dlaczego? Ponieważ mamy o sobie jak najgorszą opinię. Gorsza od tego jacy jesteśmy naprawdę. Dlaczego tak siebie nie lubimy?
Lata temu, trafiłem na artykuł, bodajże w Polityce, potem temat kilkukrotnie wypływał przy róznych okazjach. Szybkie poszukiwanie w sieci także pozwoliły na znalezienie krótkiego resume.
Po prostu Polska a własciwie Polacy po wiekach zaborów a później okupacji czy to niemieckiej czy tez sowieckiej, wykształcili w sobie mentalność postkolonialną - charakterystyczną dla krajów które wyzwoliły spod jarzma kolonializmu. Oczywiście na ta tezę szczególnie wściekle reagują środowiska skrajnie prawicowe uważając że jest to jakaś obraza czy ujma, nieświadomie ją potwierdzając. To skutkiem właśnie "rozbiorowego kolonializmu" nie potrafimy z dystansem podchodzić do siebie, wszystkie uwagi bierzemy "do siebie" i uważamy za próbę ataku czy to na nas czy też na nasz kraj w szczególności, nasze specyficzne czarnowidztwo czy też nieufność wobec wszystkich i wszystkiego połaczone z fascynacją tym co za granicą. No i coś co mnie osobiście wkurza, resentymenty i doprowadziły do tego że naszym narodowym sportem jest uzalanie sie nad sobą i świętowanie porażek. Stąd też wzajemna pogarda "moherów" i "wykształciuchów". Bo z przeciwnikiem nie można sie tylko nie zgadzać, trzeba go nienawidzić i pogardzać.
Dlaczego o tym piszę. Ponieważ stan społecznej postkolonialnosci nie jest dany raz na zawsze. Da się z tego wyleczyć i żyć normalnie jak w "normalnym kraju". Nie jestesmy jedynym krajem poskolnialnym w europie. W artykule przytoczonym powyżej wymienia sie miedzy innymi Finów. Oni do tego podeszli bardzo fachowo i rzeczowo walcząc z tym co szwedzka i rosyjska okupacja pozostawiła. Trzeba tak jak oni, nie walczyć z pojęciem, tylko zaakceptować fakt i walczyć ze skutkami mentalności postkolonialnej, tak by obraz malowany przez profesora Czapińskiego się nie ziścił.
Jestem pewny że nam sie to uda. Dowodem jest to jak otwarcie respondenci rozmawiali z profesorem, trafnie diagnozując przyczyny swoich niepowodzeń, oraz przemiany na scenie politycznej w naszym kraju. Można powiedzieć że politycy nie nadążaja za zmianami mentalności społeczeństwa. To odwrócenie sie społeczeństwa od polityki, o którym pisałem wcześniej, to nie jest zobojętnienie, tylko wyraz zniecierpliwienia i swoiste wotum nieufności wobec polityki prowadzonej obecnie. Większość naszego społeczeństwa chce po prostu żyć normalnie. Nie chcą interesować się tym kto jest z kim, kto był na styropianie a kto nie, kto miał dziadka w Wehrmachcie, ani, szczerze mówiąc, co to był Wehrmacht. Dla większości ludzi nie ma znaczenia czy dany rząd ma wyższość moralna nad innym, tylko czy dobrze i skutecznie rządzi. Są po prostu zmęczeni trwającą wojną "na górze" i po prostu przestała ich obchodzić. Większość emigrantów w Londynie jako główną zaletę życia tam wymienia na pierwszym miejscu, nie pieniądze, ale stabilizację. Brak zawieruch fundowanych im przez polityków i możliwość normalnego życia. Tyle tylko, i aż tyle wymagamy od naszych polityków.
Wbrew temu, co pisze profesor, możemy być szczęśliwsi, jak tylko uporamy się z brzemieniem przeszłości. Społeczeństwo wydaje się być gotowe, mam nadzieję że politycy nadążą. Polska nie powinna być "Winkelridem narodów", tylko szczęśliwym krajem szczęśliwych i dumnych ze swojego kraju obywateli.
Na zakończenie motyw który pojawia sie literaturze anglosaskiej diametralnie rożni się od naszej manii cierpiętnictwa: " Nie ma nic pięknego w śmierci za swój kraj. Należy dopilnować aby to oni (wrogowie) zginęli za swój". Oraz "Obywatel nie powinien umierać dla kraju. Powinien dla niego pracować i żyć szczęśliwie". Pamiętacie Państwo Pozytywizm? Najbardziej chyba niedoceniany okres w naszej literaturze.

czwartek, 10 października 2013

Odwołajmy Prezydent! Niech żyje nowy Prezydent! Zaraz...

Z dużym niedowierzaniem czytałem dzisiejszą prasę. Chodzi o nowy pomysł PO. Mianowicie jesli uda sie w referendum odwołać prezydent Warszawy to zorganizują przedterminowe wybory bo pani Hanna Gronkiewicz-Waltz ma największe szanse na wybór... Jest to pewien abstrakt...
Po pierwsze, sondaż sondażowi nie równy. Jak to jest że w jednym sondażu odwołania obecnej pani prezydent chce ponad 70% respondentów a w drugim ponad 50% (druga tura) wybrałoby ta samą pania prezydent na ten sam stołek? Chodzi o dobór grupy oraz o zadane pytanie. Niekoniecznie pytani musieli byc warszawiakami, ba podobno w stolicy o "słoika" nie trudno ;) Już w tym momencie uzyskujemy nieco inny wynik. Następnie pytanie i w jakim kontekscie zostało zadane. Skutkiem faktycznie może być ze nawet ten sam człowiek który deklaruje chęć odwołania pani Hanny moze zadeklarować ze w wyborach zagłosuje na nią. Niestety to nas nie zbliża do rozwiązania.
Po drugie sondaz nie bierze pod uwagę że Hanna Gronkiewicz-Waltz została odwołana ze stanowiska czyli PRZEGRAŁA referendum. Nawet jesli takie przypuszczenie jest w pytaniu, nadal w śiadomości wyborcy pani Hanna funkcjonuje jako obecny prezydent stolicy. Prawdziwą odpowiedź otrzymamy dopiero po referendum. Czy moze byc inna? Oczywiście.
Dochodzimy tutaj do kwestii przegranej w polityce. Jak przegrana polityka wpływa na percepcję danego polityka u wyborców. Wpływa i to znacznie. Nie jest tajemnica ze ludzie lubią wygranych i trzymać z wygranymi. Lubią być w tym "lepszym obozie", z tymi którzy mają rację. Oczywiście są ludzie którzy sa głęboko zaangazowani w sprawę i niezaleznie od wyniku wyborów bedą głosowac na swoich jedynie właściwych wybrańców. jednak jest ich niewielki procent. Zasadnicza część społeczeństwa, czyli większość głosujących, chciałaby by być ze zwycięzcami, czuć ze mieli na coś wpływ. Stąd cisza wyborcza by w ostatniej chwili wahających się nie przekonać sondażem by mogli załapać sie do zwycięzców.
W polityce amerykańskiej niemal aksjomatem jest odstawienie na boczny tor tych którzy przegrali wybory, niezależnie od szczebla. Po przegranej ląduje na głębokich tyłach partyjnych i musi mocno się napracować by zmazać odium przegranej. Nawet okazjonalny obserwator amerykańskiej sceny politycznej zauważa jak znikają z ekranów i z pamięci kontrkandydaci prezydentów USA. Są oczywiście wyjątki (na przykład Nixon) jednak potwierdzają one regułę: na przegranego się nie stawia.
Jak to wygląda u nas? Jak zwykle zabawnie. Zasada trzymania ze zwycięzcą obowiązuje, jest to bowiem zasad psychologiczna wynikająca z naszej konstrukcji psychicznej a nie z takich czy innych cech narodowych. Jednak nasi poltycy nie chcą jej uznać za obowiązującą i próbują co rusz powracać. najweselej było w latach 90. kiedy po przegranej tworzyło sie nowe ugrupowanie i pod nowym sztandarem ci sami po raz kolejny próbowali przekonać do siebie wyborców. Tak później powstało PO i PiS. Czasem ludzie sie na to nabierają, czasem nie. Wystarczy spojrzeć w biogramy niektórych polityków i liczba ugrupowań w których działali może powodować zawrót głowy.
Ciekawym przykładem może byc Leszek Miller. Po sukcesie wyborów z 2001 kiedy SLD zdobywa włądze z ponad 40% poparcie nadchodzi klęska jego rządu i rozpad SLD w 2005, i de facto wyrzucenie go z partii w 2007. Startuje nawet z list Samoobrony w 2007 - bez sukcesu. W 2008 zakłada własną partie z której odchodzi w 2010. W SLD ponownie od 2010. Dostaje sie do parlamentu jednak nie ze "swojej" Łodzi tylko z Gdyni. Potem zręcznymi zagraniami w trakcie walki wewnątrzpartyjnej zostaje przewodniczącym SLD (ponownie). Czy ludzie znów mu ufają? A czy SLD ma 40% poparcia? SLD nadal działa tylko swojemu żelaznemu elektoratowi który daje mu ledwie kilka procent poparcia. Nie zapominajmy ze SLD w latach 90. mógł liczyć mniej więcej na 20% głosów - zawsze w każdych wyborach. Dopiero katastrofalne rządy Millera sprowadziły tę partie do ledwie kilku procent poparcia i balansowanie na granicy progu wyborczego. Miller raczej nie poprowadzi lewicy do władzy. Jeśli będą rządzić to tylko i wyłącznie z łaski koalicjanta.
Wracając do Warszawy. PO z lubością wyciąga prezesowi Kaczyńskiemu ile wyborów przegrał. Zastanawiające że teraz przegrana w referendum ma stanowić dobry zadatek na wygraną w wyborach. Ewentualna przegrana w referendum w sposób znaczący zmniejszy szanse Gronkiewicz-Waltz na reelekcję czy we wcześniejszych wyborach czy też w terminowych. Tych kilku (nastu) procent głosów może zabraknąć i dzięki strategii PO prezydentem Warszawy zostanie Ryszard Kalisz.
Strategii, czy raczej braku takowej. Bowiem działania, zwłaszcza w polityce powinny realizować szerszy plan, strategię, i prowadzić do określonego celu. Tego nie widać w obecnych działaniach. Jest to raczej działanie ad-hoc. Realizowanie rożnych pomysłów które rożnym działaczom przychodzą do głowy. Jeśli PO na poważnie myśli o wyborach samorządowych to powinni iść na całość w referendum i je po prostu wygrać. Nic nie podbija pozycji polityka tak jak wygrana. Po wygranym referendum, wybory w 2014 w Warszawie byłyby czystą formalnością. Podejrzewam nawet że wygrana byłaby w pierwszej turze. Zdecydowano się na formę, jak uważają niektórzy, bezpieczniejszą. Gramy na nieważność referendum. Jest to może i bezpieczniejsze, ale niczego nie gwarantuje. Nie trzeba wygrywać wystarczy nie przegrać. Ustawia to jednak prezydent Warszawy w defensywnej pozycji i wystawia ja na ataki przez następny rok. W końcu, niezależnie od ważności referendum, to głosowanie pani Hanna przegra. Będzie to amunicja do ataków na nią przez cały kolejny rok. Jej pozycja w wyborach w 2014 będzie znacznie słabsza, a i sama Platforma Obywatelska traci sporo na wizerunku wzywając obywateli do zachowań nie do końca obywatelskich. Więc w obecnej sytuacji niezależnie od wyniku referendum wygranymi są jego pomysłodawcy. Nie przegranie nie oznacza zwyciestwa.

środa, 9 października 2013

Nowe otwarcie w listopadzie

Przynajmniej tak twierdzi premier. Zobaczymy. PO bardzo potrzebuje nowego otwarcia. Może ono dać nowy kredyt zaufania rządowi i zahamować spadek poparcia ugrupowania i dać nadzieje na sukces w nadchodzących wyborach. Obawiam się że trochę zbyt późno owo otwarcie nadchodzi. Społeczeństwo oczekuje zmiany od dłuższego czasu. Nie żeby oczekiwania społeczne były sprecyzowane. Raczej oczekuje się żeby było "inaczej" a rząd w końcu zaczął "rządzić. Niestety koniec października i początek listopada upłynie pod znakiem wojny domowej w PO i starcia lokalnych "baronów" o władze w regionach, jeszcze bardziej podkopując i tak wątłe zaufanie do Platformy. W tej sytuacji nowe otwarcie może przejść niezauważona albo wypaść po prostu blado. Ludzie coraz bardziej zirytowani są tym że PO zajmuje się wyłącznie sama sobą. Tak przynajmniej wygląda na zewnątrz. Nie jestem pewien ale mam wrażenie że znów i władze i media skupią się na sprawach personalnych, podczas gdy ludzie oczekują raczej spektakularnych działań - reform - oczekują zmian. Oczywiście każdy innych zmian, jednak nie zmienia to atmosfery wyczekiwania. To jest do pewnego stopnia fascynujące, jak partia która słynęła z dobrego PR, sukcesywnie sama gotuje sobie kolejne klęski marketingowe, pogrążając się nie tylko w oczach wyborców ale także wśród własnych członków którzy po prostu tego nie rozumieją. Zapowiada się że zarówno wybory w PO jak i "nowe otwarcie" będą kolejnymi w ciągu klęskami PRowymi.

wtorek, 8 października 2013

Tam gdzie bieleją kości poprzedników

Tytułowe sformułowanie to cytat z Leszka Millera. Mówił o Gowinie, o jego decyzji wyjścia z PO, porównując go do innych "rozłamowców" m.in Kalisza. Czy faktycznie nie ma życia politycznego poza głównymi partiami? Co się zmieniło od lat 90. kiedy nowe ugrupowania mogły liczyć na ciepłe zainteresowanie wyborców?
Niestety obecnie nie ma życia poza główną czwórką partii politycznych. Jeśli polityk chce się liczyć musi być członkiem tej czwórki. Z pełna premedytacja piszę czwórki. Nie uwzględniam Palikota i Twojego Ruchu z pełna świadomością. Po pierwsze minął okres romantyczny w naszej polityce kiedy po odzyskaniu niepodległości wszyscy żyli polityką i chcieli korzystać z wolności politycznej jak najpełniej. Każda nowa opcja, alternatywa spotykała sie z żywą odpowiedzią wyborców, niemal każdy miał szansę zaistnieć. Stad mieliśmy miedzy innymi Polską Partie Przyjaciół Piwa, Stana Tymińskiego i liczny kolorowy plankton polityczny. Scena polityczna nie była stabilna ale na pewno wesoła. By jakoś to okiełznać wprowadzono progi wyborcze, co sytuacje nieco poprawiło ale i tak zdarzało się zupełnie inne partie zaczynały kadencje sejmu a inne kończyły. Okres romantyczny skończył się dla wyborców prawicowych podwójnym szokiem najpierw klęską rządów AWSu a potem klęska POPiSu. Wtedy wielu z sympatyków prawicy straciło serce do polityki. Wyborców lewicy z kolei czekał szok końca rządów Millera. Już więcej nie udało sie zgromadzić wyborców "za kimś", czy raczej "za jakimś programem". Udało sie zmobilizować wyborców "przeciw". Najpierw przeciw PiS. Szok dwuletnich rządów PiS był tak duży dla społeczeństwa że nadal lęk przed ich powrotem do władzy moze byc silnym czynnikiem decydujacym o wyniku wyborów.  Potem był sprzeciw przeciwko klasie politycznej którego wynikiem był sukces Ruchu Palikota. Można odnieść wrażenie że skutkami obu sprzeciwów społeczeństwo jest rozczarowane. Niestety nie poszukuje alternatywy. Uważa się ze po prostu polityki i polityków nie da sie zmienić niezależnie od opcji, a słowo polityka z roku na rok ma coraz bardziej pejoratywny wydźwięk. Co najciekawsze, wygląda na to ze klasa polityczna pogodziła sie z tym i raczej zastanawia się jak ta sytuacje wykorzystać niż ja zmienić. Dlatego tez uważam ze dużym sukcesem Palikota będzie utrzymanie sie w parlamencie, w co raczej nie wierzę.
Dlaczego akurat cztery główne ugrupowania trwają? Ponieważ są wysoko zinstytucjonalizowane. Głosy członków tych ugrupowań wraz z rodzinami wystarczają by "załapać się" do parlamentu. Oczywiście dofinansowanie z budżetu pomaga ale nie jest decydujące. Wile ugrupowań było finansowanych z budżetu a teraz "ich kosci bieleją".  O przetrwaniu tych partii bedą oczywiście decydowały rozłamy i odejścia, ale przykład PiS świadczy że członkowie szeregowi ugrupowań są znacznie bardziej lojalni niż ich przywódcy. Dlatego po odejście kolejnych liderów z PiS w zasadzie nie odchodzili członkowie partii a poparcie się nie zmieniało. Podobnie będzie w przypadku Gowina. Mimo ze wielu członków PO uważało ze Gowin ma rację (blisko co czwarty) to jednak pozostaną w partii, ponieważ czuja się z nią związani. Jeśli trwające obecnie wybory w PO nie pogłębią podziałów wewnętrznych, czy raczej nie stworzą realnych podziałów, to PO mimo odejścia Gowina może czuć się bezpieczne. Ponadto przyglądając sie samym ruchom Gowina oraz jacy ludzie wyrazili zainteresowanie jego możliwym ugrupowaniem, tym bardziej można być pewnym jego niepowodzenia. Parafrazując Millera, jest realne niebezpieczeństwo ze  kosci Gowina dołącza do kości poprzedników.

poniedziałek, 23 września 2013

Syria - konflikt bez rozwiązania.

Po wakacyjnej przerwie, dla odmiany, sprawy zagraniczne - konflikt syryjski. Konflikt który trwa od kilku lat i mimo wszystko nie widać jego końca. Uważam że jeszcze długo rozwiązania tego konfliktu nie będzie. najwyżej będziemy mogli oglądać dalsza "libanizację" - termin kiedyś modny- konfliktu. Dlaczego? Ponieważ obecnie jakiekolwiek rozwiązanie konfliktu jest nie do zaakceptowania przez zarówno społeczność międzynarodową jak i ugrupowania walczące. Przyjrzyjmy się możliwym rozwiązaniom. Zwycięstwo reżimu nie jest do zaakceptowanie dla społeczności międzynarodowej gdyż będzie oznaczało brutalne rozliczenie sie z opozycja i represje o rozmiarze trudnym do wyobrażenia. Byłaby to zgoda na ludobójstwo na największych grupach etnicznych i religijnych w kraju. Gdyby Assadaowi "groziło" zwycięstwo najprawdopodobniej bylibyśmy świadkami interwencji zbrojnej. Podobnie zwycięstwo opozycji jest trudne do przyjęcia. Pomińmy pytanie jakiej opozycji - czy mówimy o Armii Wolnej Syrii, czy też o licznych ugrupowaniach islamistycznych z Al-kaidą na czele. Zwycięstwo opozycji oznacza z kolei czystki etniczne i likwidację obecnych syryjskich mniejszości które wspierały w ten czy w inny sposób reżim. Chodzi tu nie tylko o allawitów ale na przykład o chrześcijan. Takie rozwiązanie też nie będzie przyjęte. Może rozmowy? Może, jak powiedział prezydent Obama, rozwiązanie tego konfliktu jest przy stole negocjacyjnym? Bardzo w to wątpię. Jesli reżim Assada jest bardzo skłonny do rozmów, czy szczerze to inna sprawa, to nie ma partnera po drugiej stronie. Jeśli ugrupowania świeckie syryjskiej opozycji byłyby w stanie się nawet porozumieć i zacząć rozmawiać to jednak znaczącą część opozycji stanowią rożnej maści islamiści którzy nie chcą rozmawiać. Co ważniejsze nie widzą powodu do rozmów ich mocodawcy, szejkowie z Zatoki Perskiej, którzy finansują i uzbrajają te ugrupowania. W takiej sytuacji jakiekolwiek porozumienie z góry skazane jest na niepowodzenie.
Co pozostaje? Interwencja z zewnątrz? Wątpliwe. Kto miałby interweniować? Dla państw zachodu, z wyjątkiem może Francji, Syria nie przedstawia żadnej wartości strategicznej czy ekonomicznej. Nie posiada godnych uwagi złóż, Wojska amerykańskie mają swoje bazy lub przynajmniej doradców niemal we wszystkich krajach ościennych. Interwencja zbrojna dla zachodu nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Pozbawienie możliwości korzystania z syryjskich baz Rosji, zwłaszcza biorąc pod uwagę w jakim stanie znajduje się rosyjska marynarka, nie jest warte jakiegokolwiek wysiłku. Obama jak i zachód zagalopował sie wyznaczając "czerwona linię" - użycie broni chemicznej- jako powód do interwencji. Liczyli zapewne na zdrowy rozsądek walczących, co z kolei pozwoli stać nadal z założonymi rękami. Stało się inaczej broni chemicznej użyto. Przez kilka dni widmo interwencji wisiało nad Syria jednak jak tylko pojawił się polsko-rosyjska inicjatywa, skwapliwie ja wykorzystano by nadal nic nie robić. Teraz czekają nas dalsze miesiące spotkań, propozycji, planów, wysyłania ekspertów. Jedynym krajem zachodu który w jakimś zakresie jest zainteresowany interwencja jest Francja. Syria to jej była kolonia. Francja zachowała jeszcze jakieś powiązania ekonomiczne, tez pewna ilość syryjskich emigrantów zamieszkuje we Francji. Paryż jednak nie zdecyduje sie na samodzielną interwencję. Kto wie, politycznie może byłaby i wola, jednak Francja nie posiada możliwości wojskowych aby skutecznie taką operację przeprowadzić. Syria to nie Libia czy Mali. Posiada duże ilości w miarę nowoczesnego uzbrojenia, które w walce z partyzantami są bezużyteczne, jednak w starciu z nowoczesna armią mogą okazać się groźne. Nie twierdzę że Francja nie jest w stanie pokonać Syrię. Francuzi mogą to zrobić i nawet bez specjalnych problemów. Chodzi o koszty. Przy silnym uderzeniu wojsk koalicyjnych, szybko można wyeliminować główne centra obrony, i sparaliżować siły przeciwnika. Kiedy robi sie to samemu trwa to znacznie dłużej, i kosztuje znacznie więcej - ludzi i pieniędzy. We współczesnym świecie w dobie "wojen medialnych" współczesne zachodnie społeczeństwo nie jest w stanie udźwignąć obrazu strat i konfliktu. Śmierć jednego żołnierza na misji wywołuje długie dyskusje na temat sensowności i powodów zaangażowania. Co by było gdyby takie obrazy docierały codziennie i dotyczyły dziesiątek, nawet setek żołnierzy? Jak potrafi być to destrukcyjne udowodniła rola mediów w Wietnamie, a w chwili obecnej media są o wiele potężniejsze. Dlatego Francja sama nic nie zrobi. Dodatkowo zachód zniechęca dość wojownicza retoryka Iranu, który sugeruje swoje zaangażowanie w wypadku zachodniej interwencji, a tego nikt nie chce.
Pozostaje jeszcze Turcja. Jest to obszar znajdujący się w jej strefie zainteresowania, Turcja jest niewątpliwie mocarstwem regionalnym i mogłaby taka operacje z łatwością przeprowadzić. Rozdzieliłaby walczące strony wprowadzając pokój i stabilność. Nie nastąpiłby rzezie które grożą w wypadku zwycięstwa którejkolwiek ze stron. Rozwiązanie idealne. No może nie do końca. Po pierwsze Turcja ma własne problemy wewnętrzne. Może i zaznaczenia swojej mocarstwowości miło by połechtało polityków w Ankarze, jednak wojna jest kosztowna i póki ktoś (czyli zachód) za nią nie zapłaci, na pewno się nie ruszą. Rozmowy zapewne takie trwają, jednak chyba cena Ankary jest dość wysoka. Musi być. Turcy nie bezpodstawnie podejrzewają że ich interwencja co prawda zakończy wojnę domową i zjednoczy społeczeństwo syryjskie. Zjednoczy przeciw nim. Przeciągająca się wojna partyzancka to nie jest coś o czym Ankara marzy. Maja co prawda bogate doświadczenia po konflikcie kurdyjskim, nie po to jednak jedną wojnę z trudem zakończyli by po raz drugi w coś takiego się pakować. Dodatkowo mogą być pewni ze cały świat arabski stanie przeciw nim. Częściowo sam z siebie - "Zagrożenie Tureckie Powraca"- a przede wszystkim zachęcony pieniędzmi Arabii Saudyjskiej i szejków z Zatoki. Dlatego Turcję będzie trzeba długo przekonywać do takiego działania.
Co pozostaje? Niewiele. Państwa Zatoki raczej sie bezpośrednio nie zaangażują. Może wyślą instruktorów wojskowych, jednak będą dążyć by wojnę dla nich wygrały ich pieniądze. Dlatego konflikt ten będzie trwał, gdyz obecna sytuacja jest dla wszystkich najwygodniejsza. Jesli nic sie nie stanie, za kilka lat w Syrii powstanie państwo islamskie, moze nawet kalifat. W dłuższym terminie czasowym wojnę domowa wygrają islamiści. Nie dlatego że popiera ich syryjskie społeczeństwo, ale dlatego ze tylko oni otrzymują realną pomoc. Broń, pieniądze, ochotników. Gdy umrze dość syryjczyków, Świat będzie musiał zaakceptować drugi Afganistan u progów europy.
Tak na marginesie zastanawia mnie jak długo USA będą akceptować w sytuacji gdy ich najlepsi sojusznicy na bliskim wschodzie, Arabia Saudyjska i kraje Zatoki, wprost niemal na każdym krańcu świata występują przeciw działaniom i interesom Waszyngtonu, wspierając i finansując wszelkiego rodzaju ruchy antyamerykańskie. Al-Kaida została stworzona przez saudyjczyków. Ba! Nadal jest przez nich finansowana...

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kampania w Platformie

Własnie kończy się kampania wyborcza w PO. Trochę nudna i chyba nikt się nie spodziewa innego wyniku jak zwycięstwo Tuska. Sądząc po spotkaniach Gowina i jego kampanii, sam chyba nie jest szczególnie przekonany co do szans swojej kandydatury. Szkoda bo rozpoczął interesującą dyskusję na temat priorytetów PO. Dyskusję której nikt nie podjął. Czy więc w ogóle szopka z wyborami miała sens?
Okazuje się że miała. Jak zauważył jeden z dziennikarzy, partia wewnętrznie podzielona, zwarła szeregi - przeciw Gowinowi. Krytyka byłego ministra pogodziła wszystkie frakcje, które niemal jak jeden mąż krytykowały jego wystąpienia.Dawno nie widzieliśmy Platformy tak zjednoczonej. Najzabawniejsze jest to że krytyka nie do końca dotyczyła tego co mówił Gowin. Ba! Większość tego co mówił przeszła całkowicie niezauważona. Dlaczego? Dawno nie widziałem gorzej zorganizowanej kampanii niż Gowina.nawet gdyby Tusk chciałby zrobić kampanię dla swojego kontrkandydata, ni mógł by go bardziej pogrążyć niż ludzie byłego ministra.
Gowin jako polityk dotychczas był postacią bardzo wyrazistą i kreującym się jako osoba silna z zasadami. Z kampanii było widać polityka trochę niezdecydowanego, wręcz skamlącego o zainteresowanie a przede wszystkim słabego. Zmarnowano cały potencjał jaki przez lata swojej działalności wybudował. Dawno nie widziałem bardziej żałosnych zdjęć jak te Gowina z Sopotu. Samotny na molo z uciekającymi przed nim turystami - trudno o bardziej deprymujący przekaz. Zakopane wypadło trochę lepiej, ale wynikało to raczej ze specyfiki miejsca. Potraktowano go jako "Misia na Krupówkach" atrakcje turystyczną dla gawiedzi. Nie jestem pewien czy o to ministrowi chodziło. Indolencja doradców Gowina zniszczyła lata tworzenia jego wizerunku i zamiast bezkompromisowego polityka z zasadami, stworzyli słabego, niezdecydowanego aparatczyka, który może chce dobrze. Czy w ogóle Gowin ma jakiś pozytywny przekaz który mógłby trafić do jego platformerskich wyborców? O dziwo, tak!
Byłem świadkiem jednego ze spotkań Gowina z członkami PO. Początkowo sala była wrogo do niego nastawiona, jednak z czasem zmieniała nastawienie. Nie można powiedzieć żeby zdobył głosy. Większość obecnych na pewno zagłosowała na Tuska, jednak zdobył ich sympatię i w pewien sposób zrozumienie. Własnie tych rzeczy o których mówił brakło w przekazie jego kampanii. na przykład że nie widzi żadnych możliwości porozumienia PO i PiS "Są jak ogień i woda". Tak samotnie widział możliwości by sam mógł znaleźć się w PiS. Tak samo powiedział wprost że nie jest przeciw in vitro - tylko że nie akceptuje niektórych metod. tego przekazu zabrakło. Gowin i jego ludzie pozwolili aby był przedstawiany jako skrajny i co najważniejsze nietolerancyjny konserwatysta. I tak przez kilka tygodni zmarnowano to co stworzył przez kilka ostatnich lat swojej działalności publicznej.
Zwycięstwo Tuska nie rozwiązuje problemów wewnętrznych PO. Daje Platformie więcej czasu. należy mieć nadzieję ze PO ten czas wykorzysta, w co jednak pozwolę sobie wątpić. Na pewno kilka następnych tygodni poświecą na deliberację zo zrobić z Gowinem. Pozbycie sie go z partii byłoby błędem. Nie dlatego że stoi za nim obóz konserwatywny w PO. Takiego obozu nie ma. jest kilku posłów z których większość, bez względu na los Gowina potwierdzi swoja lojalność wobec Tuska.Gowin jest bardzo wyrazistym i mimo wszystko popularnym i rozpoznawalnym politykiem, może nie do końca wygodnym do rozgrywek w stolicy, ale może być nieocenionym narzędziem dla PO w Małopolsce, gdzie platforma zawsze miała problemy.
Co do samej partii na pewno przeciwnicy Tuska nieco przycichną czekając na jego potknięcia, by w wybranym momencie spróbować rzucić mus się do gardła. Co ciekawe, słuchając działaczy platformy, nie są do końca przejęci notowaniami partii. Panuje opinia ze nawet jeśli PiS wygra wybory to i tak nie będzie w stanie stworzyć rządu - oznacza to że i tak PO pozostanie u władzy bez względu na wynik wyborczy. Taki typ myślenia jest niebezpieczny nie tylko dla przyszłości Platformy

wtorek, 25 czerwca 2013

Paraliż Platformy

W tym blogu miałem wyjaśniać pewne zjawiska polityczne. Niestety tego co obecnie robi rząd i PO wyjaśnić nie potrafię. I Rząd jak i PO w obliczu kryzysu wizerunkowego partii nie robią nic. Partia która słynęła ze świetnego PR, jakby zapomniała jak sie tych narzędzi używa. Wyglądają trochę jak zając w światłach reflektorów.. Początkowa ofensywa premiera sprzed kilku dni nie była złym pomysłem, jednak realizacja... tematy które poruszał i forma w jaki to robił, narobiła więcej szkód niz pożytku. Jego komentarze były raczej źle odbierane. Po za tym premier wygląda... rozpaczliwie samotnie. W brew pozorom to go osłabia. Powinien występować częściej z ministrami i częściej odnosić się do aktualnej działalności rządu i jego sukcesów (realnych czy też stworzonych dla potrzeb chwili). Zła ocena rządu wynika raczej nie ze złych rządów jako takich - specyfika naszego społeczeństwa jest taka ze dla polaka rząd z definicji nie może dobrze rządzić- ale raczej z powodu braku uczucia ze polska, Polacy "sa rządzeni". Społeczeństwo potrzebuje widocznych działań rządzących. Działań i wizji. także wizją, było Euro 2012 i związana z nim modernizacja. Oczywiście spora część społeczeństwa utyskiwała, nie wierzyła ze sie uda, ale jednak była zaangażowana w sukces tej imprezy. Po Euro, nie ma na co czekać, nie ma wizji przyszłości. Oczywiście cokolwiek by premier powiedział, zostałoby natychmiast wyśmiane, taka nasza natura, jednak społeczeństwo polskie potrzebuje wizji. Nawet ta "druga Irlandia", jakże wyśmiewana, spełniła swoja rolę. Dała cel, zanim nie rozkręcono Euro. Rząd i premier muszą pokazać że działają i działają według planu. Sam plan jest drugorzędny. Ważne że idziemy i rządzący wiedzą dokąd. Mówiąc obrazowo: wycieczka może się kłócić o cel, ale chce być pewna że przewodnik wie gdzie idzie.
Obecne działania rządu nie dają takiej pewności. Rząd "sobie" działa. Przez ostatnie kilka lat wytworzono szereg dokumentów planistycznych, dla potrzeb wewnętrznych jak i zewnętrznych, które można by do stworzenia wizji dla społeczeństwa użyć.
kolejnym przykładem działania bez sensu to obecna sprawa Elbląga. mam nadzieje że PO przeprowadziła odpowiednie badania socjologiczne dlaczego w dwa lata po wyborach straciła w referendum prezydenta miasta. Czemu "w mateczniku PO" ich wyborcy wystąpili przeciwko nim, i na czym naprawdę zależy mieszkańcom Elbląga. Bez odpowiedzi na te pytania trudno będzie wygrać, dlatego mam nadzieję że badania które dałyby odpowiedzi na te pytania zostały przeprowadzone. trochę w to wątpię ze względu na ostatnie wypowiedzi i działania PO i premiera. Nie jestem z tego rejonu i trudno mi powiedzieć, czy przekopu przez Mierzeję Wiślana naprawdę pragną elblążanie. Znając przypadki inwestycji o podobnym znaczeniu w innych rejonach kraju był bym skłonny powiedzieć że są zainteresowani. Dlaczego więc i premier jak i obecna kandydatka PO do elbląskiego fotela, starają sie albo tematu unikać albo bagatelizować, albo sugerować że nie jest to miastu potrzebne? Jeśli mieszkańcy tego chcą to jest to strzał w stopę. Jeśli nie chcą, trzeba o tym głośno krzyczeć, przyprowadzić ekologów którzy udowodnią jak to jest szkodliwe, oraz plączącego Rosjanina że Elbląg chce ich zabić. W sytuacji gdy zarówno premier jak i pani kandydatka kilka lat wcześniej walczyli o przekop to obecne niewyraźne stanowisko jest ze wszech miar szkodliwe. Premier po prostu traci wiarygodność, nie tylko w oczach mieszkańców Elblaga, ale dzięki mediom, w oczach mieszkańców kraju. A to ze o przekopie mówi PiS? Żaden problem. Mozna argument zabrać bezczelnie, metoda pisową - tzn. My byliśmy pierwsi i my zawsze o tym mówiliśmy o to własnie nasi oponenci kradną nam pomysły.
Nie wiem kto doradza Tuskowi w zakresie PR, ale raczej nie robi tego dobrze. Premier powinien zmienić albo doradców albo firme PR, bo bez radykalnych zmian,, będzie następowała dalsza erozja poparcia.
A czy PO wygra najbliższe wybory? Wybory wygra ten kto skuteczniej nastraszy wyborców. Dotąd straszono PiSem i nadal jest to samograj, jednak czy przy obecnym dziwnym odrętwieniu PO będzie w stanie to zrobić?

wtorek, 11 czerwca 2013

Ruch Narodowy - alternatywa na prawicy czy folklor polityczny

Po oficjalnym powstaniu Ruchu Narodowego pojawiły się głosy że może on być realnym zagrożeniem dla obecnie istniejących partii politycznych, w szczególności dla PiS, i będzie mógł realnie powalczyć nie tylko o miejsce w parlamencie, ale nawet o władzę. Politycy PiS bagatelizują nową formację, kreując sie na jedyną "właściwą" prawicę, z kolei PO usiłuje straszyć. Pierwsze sondaże dają Ruchowi Narodowemu na razie 2% poparcia. Nie jest to wiele, jednak jak na pozaparlamentarne ugrupowanie powstałe z innych ugrupowań pozaparlamentarnych widać ze posiada już pewną rozpoznawalność. Jest więc z czym i nad czym pracować.
Czy Ruch Narodowy ma szansę na parlament czy nawet rządzenie? Jest to skomplikowana kwestia. W obecnej postaci i z tak rozłożonymi akcentami w swojej retoryce, nie ma żadnych szans i z góry spisuje sie na wegetację na marginesie. Jednak nawet niewielka zmiana akcentów, nawet nie retoryki, tylko zmiana głównych jej elementów, może w krótkim czasie skutkować tym ze RN stanie sie główną partią polityczną jeśli nie w kraju, to na pewno na prawicy. Jak tego dokonać? Bardzo prosto, jednak na początek kilka słów wstępu.
Polska jest dla ugrupowań narodowych a nawet nacjonalistycznych idealnym miejscem do działania. Tego typu formacje stawiają w swojej retoryce głównie na rolę narodu, państwa narodowego oraz ich siły.Przez ostatnie sto lat nasz naród był poddawany indoktrynacji na temat szczególnej roli Narodu i Państwa Polskiego, oraz konieczności zajęcia przez Polskę należnego jej miejsca na arenie światowej. Było to w rozmaitych okresach czynione z rożnych pobudek politycznych, jedna ogólny przekaz był ten sam - jesteśmy silni i potężni i świat powinien się z nami liczyć. Zarówno przed jak i po drugiej wojnie światowej często odwoływano się do retoryki mocarstwowej. Przekaz ten znajdował sie także w programach szkolnych. Skutkiem tego jest obecne społeczeństwo polskie, które co prawda strasznie narzeka na nasz kraj, ale wciąż marzy i myśli o Wielkiej Rzeczpospolitej. Mówiąc w skrócie, Polacy chcą aby Polska była krajem silnym i znaczącym a także są przekonani o swojej narodowej wyjątkowości. Wszystkie ostatnie wybory parlamentarne zostały wygrane po kampaniach w których podkreślano potrzebę dumy Polski i jej osiągnięć. Można powiedzieć że za przegraną PiS w 2007 stał nie chaos w kraju tylko świadomość że "wszyscy sie z nas śmieją  - kampania PO oczywiście ustawiona była na hasła dumy narodowej -"znów chcemy być dumni z naszego kraju"
Dlaczego więc, kiedy większość społeczeństwa zgadza sie z głównym przesłaniem narodowców, to pełnią oni od lat rolę folkloru na prawicy? Chodzi tu o całkowicie nieprzystającą retorykę do warunków w kraju. W swoich wystąpieniach nie mówią o Narodzie, Polsce, dumie narodowej, tylko , wystarczy spojrzeć na ich stronę, walce z lewactwem i pedalstwem. Po pierwsze część społeczeństwa która rozumie termin lewak, odrzuci ten przekaz ze względu na formę, ta która nie rozumie też będzie miała problem - trudno budować coś jedynie na haśle walki z homoseksualizmem. W ogóle nie odnoszą sie do tematów ważnych dla społeczeństwa. Dlatego zmiana retoryki po pierwsza na nieco mniej agresywną, a po drugie skupiającą się na pryncypiach, jakimi są naród i państwo, przyniosłoby znacznie lepsze skutki. Zdystansowanie się oficjalne od retoryki nienawiści, oraz podkreślanie konieczności zajęcia "należnej dla Polski pozycji w Europie" poprawiłoby natychmiast pozycję Ruchu na arenie politycznej w kraju.
Oczywiście, ugrupowaniu wodzowskiemu przydałby się charyzmatyczny wódz, który nie tylko porwałby członków partii ale i większość polaków. Na razie, z osób pokazujących sie na ekranach telewizorów, trudno wybrać takiego kandydata. 
Jak na razie PiS może spać spokojnie, przynajmniej do czasu w którym narodowcy stwierdzą że pora może skończyć z "polowaniem na pedała" i zaczną się przymierzać na poważnie do uczestnictwa w grze politycznej.

niedziela, 26 maja 2013

Co z ta Platformą?

Nikt chyba trafniej nie ujął obecnej sytuacji PO jak minister Nowak: Platforma ma głównie problem sama ze sobą. Nie bardzo wiadomo dokąd iść. Jak zauważono we wcześniejszym poście PO jest głównie definiowane przez PiS. Przy względnej pasywności PiS, inicjatywa jest po stronie Platformy i... nie bardzo wiadomo co robić. Oczywiście wiele się mówi o reformach. O nich pisze minister Gowin. Problem zaczyna sie gdy próbujemy sobie odpowiedzieć co i jak reformować. Już teraz związki zawodowe grożą strajkiem a jest to jeden z obszarów gdzie zostało wiele do zreformowania. Większość propozycji zamyka się w dwóch propozycjach, obniżyć podatki, zwiększyć wydatki budżetowe. Zwiększyć bo dofinansowanie służby zdrowia, edukacji, infrastruktury, służb mundurowych (to kilka z najczęściej wymienianych) trzeba jakoś sfinansować. Nawet gdyby zredukować o połowę wydatki na administrację to i tak nastąpiłby znaczący wzrost wydatków budżetowych. A skąd na to wszystko zdobyć pieniądze, skoro mamy obniżyć podatki? I to jest kluczowy problem w polityce - skąd wziąć pieniądze. Czy jak najlepiej powiedział to lata temu minister Kołodko: "Komu zabrać?". Ktoś musi ponieść koszty. PO nie wie i nie może się zdecydować, kto ma ponosić koszty i dlaczego. Opozycja może mówić ze starczy dla wszystkich. To oczywiście nieprawda, ale, jak z kolei powiedział były premier Miller, "to bandyckie prawo opozycji", z którego korzysta, zresztą nie tylko u nas. Platforma jako partia centrowa, stara się żeby wszyscy byli zadowoleni. Oczywiście jest to niemożliwe i prowadzi to do sytuacji drugiej: wszyscy są niezadowoleni. Stąd niskie notowania rządu. Z drugiej strony większość polaków aktualnie wie, że nie ma alternatywy, stąd z kolei stosunkowo wysokie notowania premiera. Generalnie Polacy chcą żeby było inaczej, choć nie bardzo wiedzą jak.
Z tymi echami zmaga się platforma. Większość członków PO także oczekuje zmian, choć też nie byłaby w stanie powiedzieć jakich. Tu jest główny problem Platformy. Co zrobić dalej? Chcemy zmiany ale z Tuskiem na czele. Grupa Schetyny oczywiście skłonna byłaby przejąć stery, ale dokładnie zdają sobie sprawę, że tego nie chcą nawet działacze PO, nie mówiąc o społeczeństwie jako całości. Będą musieli nadal czekać do momentu kiedy większość będzie miała dość nie PO ale własnie premiera Tuska, do czego jeszcze daleko. Wielu komentatorów dopatrywało się w Gowinie i w grupie konserwatywnej jakiejś alternatywy czy przeciwwagi dla obecnych stronnictw w Platformie. Jest to ciekawy problem, zwłaszcza że komuś bardzo zależy na stworzeniu wrażenia, że stronnictwo konserwatywne, owe 40 szabel, naprawdę istnieje w Platformie i ma jakiekolwiek znaczenie. Wystarczy spojrzeć na listę owych konserwatywnych posłów, i orientując się co nieco w układach wewnętrznych w PO wiedzieć, że oprócz poglądów tych osób nic ze sobą nie łączy. W skrajnym przypadku, jak np posłów Rasia i Gowina,  łączy ich jedynie wzajemna, szczera i nieukrywana niechęć. I takich przypadków wśród tych 40 jest więcej. Po za tym należy tez pamiętać o jednym: że wielu z tych posłów pochodzi ze skrajnie konserwatywnych okręgów i, ze względu na swoich wyborców, nie mogą deklarować innych poglądów. Frakcji konserwatywnej w PO nie ma, choć ktoś bardzo się stara stworzyć takie wrażenie jakby była.
Co dalej z PO? Póki istnieje PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, tak długo będzie istnieć PO. Politycy Platformy są bardzo pragmatyczni. Wiedzą jak funkcjonuje polska scena polityczna. Wiedzą że poza PO dla nich nie istnieje życie polityczne. Dlatego nadal będą toczyć walki frakcyjne, przepychanki, ale raczej, za wszelką cenę, nikt nie będzie chciał opuścić szeregów Platformy. Wielu uważa że aktualne posunięcia Tuska (przyspieszenie wyborów i konwencja) są mistrzowskie ponieważ rozbijają plany opozycji wewnętrznej i jej szanse na wzmocnienie się do jesieni. Wydaje mi się że mistrzostwo premiera ujawnia się gdzie indziej. Zwołanie Konwencji w tym samym terminie co kongres PiS, ma nie tyle przyćmić działania partii Jarosława, co poprzez ponowne i jasne określenie przeciwnika oraz zagrożenia, (PiS) umożliwić zwarcie szeregów i uspokojenie sytuacji wewnątrzpartyjnej, jak i  krajowej. Nic tak nie jednoczy jak jasno określony wróg. A że wróg to jest stary i znany,  "na własnej krwi wyhodowany" to tym lepiej.

środa, 15 maja 2013

Czy PO jest w kryzysie?

Czy PO jest w kryzysie? Nie. Czy w takim razie PO ma się dobrze? Nie. Czy nie jest to sprzeczność? Nie. Platforma Obywatelska jest partia władzy. Utrzymuje się przy niej już 6 rok.Wielu z komentatorów zauważa ze poparcie dla partii cały czas maleje. Dodatkowo, znakomite skądinąd, badania profesora Czapińskiego pokazują że elektorat platformy czuje się zawiedziony i w wypadku wyborów zostanie w domu. Podejrzewam jednak, ze takie same badania przeprowadzone 3-4 lata temu dałyby podobny wynik. Taka jest specyfika tej partii. PO definiowane jest i było nie przez własne działania, ale przez działania PiS. Tak było od 2005 r. Oczywiście profesor Czapiński zwraca uwagę że czynnik strachu przed PiS maleje. jednak ten czynnik nie był nigdy wartością stałą. Wahał się w sposób znaczący w ciągu ostatnich lat. Związany jest on silnie z działaniami PiS, a szczególnie prezesa. Obawy przed PiS rosną wraz z aktywizacją tego ugrupowania, a w szczególności prezesa. Badania, podejrzewam, że były robione jeszcze przed "Rybnicką ofensywą" PiS, więc strach przed powrotem tego ugrupowania do władzy był zdecydowanie niższy niż dajmy na to teraz. 
Wszyscy wiemy, że wyborcy PO to nie tyle wyborcy Platformy, co wyborcy "nie PiSu". Platforma znakomicie sprzedała się, i nadal sprzedaje, jako jedyna realna siła zdolna powstrzymać PiS. Dlatego wśród wyborców tej partii, jest stosunkowo mało realnych sympatyków tego ugrupowania. Dlatego wyborca PO jest często jak najbardziej sceptyczny wobec działań rządu, czy samej partii. Wielu z nich uważa że rząd rządzi źle, jednak lepsze to od chaosu lat 2005-7. Dlatego przyszły wynik wyborczy PO w małym stopniu uwarunkowany jest działaniami rządu, tylko działaniami jego otoczenia politycznego. Zagrożeniem dla władzy Platformy mogą być albo radykalna zmiana w PiS, lub pojawienie się alternatywnego "nie PiSu". W chwili obecnej na żadną z tych ewentualności się nie zanosi. Prezes Kaczyński trzyma stery partii mocno, a swoje zaplecze wyczyścił całkowicie. Z kolei alternatywą jako "nie PiS" nie może być SLD , które raczej koncentruje się na sprawach wewnątrzpartyjnych i sprawia wrażenie na oderwane od realiów krajowych, ani Ruch Palikota, który taką alternatywą w trakcie wyborów się wydawał, jednak skupiając się na sprawach nieważnych czy też niezrozumiałych dla swoich wyborców, w sposób zasadniczy stracił poparcie.
Trochę to smutne, jednak obecnie, mimo jej wszystkich wad, nie ma alternatywy dla PO i mimo niektórych sondaży, w tym momencie PO raczej może być pewne trzeciej kadencji. Mimo obecnych wahań poparcia w miarę rozsądna kampania wyborcza, zagwarantuje im utrzymanie się przy władzy. Nie dlatego że rządzi dobrze, tylko dla tego że nie jest PiSem. 

Witamy!

Witamy w Prosto o Polityce!
 Celem tego bloga jest komentowanie i tłumaczenie w sposób prosty jasny i zrozumiały (mamy nadzieję) wszystko to, co aktualnie dzieje się w polityce, zarówno krajowej, jak i zagranicznej, oraz wyjaśnienie dlaczego tak się dzieję. Będziemy obserwować politykę i polityków, zastanawiając się dokąd dążą i dlaczego. Spróbujemy wyjaśnić mechanizmy, zasady działań, oraz cele jakie stoją za działaniami polityków. Będziemy starali aby wyjaśnienia były oparte w maksymalnym stopniu o analizę naukową, czyli jak najbardziej obiektywne i bezstronne. Wierzymy że, wbrew pozorom, większość podejmowanych decyzji, zarówno przez polityków jak i społeczeństwo, czyli zwykłych ludzi, ma swoje logiczne podstawy które można określić i wyjaśnić. Liczymy na rzeczowe komentarze, ciekawą dyskusję, oraz propozycje tematów którym powinniśmy się przyjrzeć.