czwartek, 10 października 2013

Odwołajmy Prezydent! Niech żyje nowy Prezydent! Zaraz...

Z dużym niedowierzaniem czytałem dzisiejszą prasę. Chodzi o nowy pomysł PO. Mianowicie jesli uda sie w referendum odwołać prezydent Warszawy to zorganizują przedterminowe wybory bo pani Hanna Gronkiewicz-Waltz ma największe szanse na wybór... Jest to pewien abstrakt...
Po pierwsze, sondaż sondażowi nie równy. Jak to jest że w jednym sondażu odwołania obecnej pani prezydent chce ponad 70% respondentów a w drugim ponad 50% (druga tura) wybrałoby ta samą pania prezydent na ten sam stołek? Chodzi o dobór grupy oraz o zadane pytanie. Niekoniecznie pytani musieli byc warszawiakami, ba podobno w stolicy o "słoika" nie trudno ;) Już w tym momencie uzyskujemy nieco inny wynik. Następnie pytanie i w jakim kontekscie zostało zadane. Skutkiem faktycznie może być ze nawet ten sam człowiek który deklaruje chęć odwołania pani Hanny moze zadeklarować ze w wyborach zagłosuje na nią. Niestety to nas nie zbliża do rozwiązania.
Po drugie sondaz nie bierze pod uwagę że Hanna Gronkiewicz-Waltz została odwołana ze stanowiska czyli PRZEGRAŁA referendum. Nawet jesli takie przypuszczenie jest w pytaniu, nadal w śiadomości wyborcy pani Hanna funkcjonuje jako obecny prezydent stolicy. Prawdziwą odpowiedź otrzymamy dopiero po referendum. Czy moze byc inna? Oczywiście.
Dochodzimy tutaj do kwestii przegranej w polityce. Jak przegrana polityka wpływa na percepcję danego polityka u wyborców. Wpływa i to znacznie. Nie jest tajemnica ze ludzie lubią wygranych i trzymać z wygranymi. Lubią być w tym "lepszym obozie", z tymi którzy mają rację. Oczywiście są ludzie którzy sa głęboko zaangazowani w sprawę i niezaleznie od wyniku wyborów bedą głosowac na swoich jedynie właściwych wybrańców. jednak jest ich niewielki procent. Zasadnicza część społeczeństwa, czyli większość głosujących, chciałaby by być ze zwycięzcami, czuć ze mieli na coś wpływ. Stąd cisza wyborcza by w ostatniej chwili wahających się nie przekonać sondażem by mogli załapać sie do zwycięzców.
W polityce amerykańskiej niemal aksjomatem jest odstawienie na boczny tor tych którzy przegrali wybory, niezależnie od szczebla. Po przegranej ląduje na głębokich tyłach partyjnych i musi mocno się napracować by zmazać odium przegranej. Nawet okazjonalny obserwator amerykańskiej sceny politycznej zauważa jak znikają z ekranów i z pamięci kontrkandydaci prezydentów USA. Są oczywiście wyjątki (na przykład Nixon) jednak potwierdzają one regułę: na przegranego się nie stawia.
Jak to wygląda u nas? Jak zwykle zabawnie. Zasada trzymania ze zwycięzcą obowiązuje, jest to bowiem zasad psychologiczna wynikająca z naszej konstrukcji psychicznej a nie z takich czy innych cech narodowych. Jednak nasi poltycy nie chcą jej uznać za obowiązującą i próbują co rusz powracać. najweselej było w latach 90. kiedy po przegranej tworzyło sie nowe ugrupowanie i pod nowym sztandarem ci sami po raz kolejny próbowali przekonać do siebie wyborców. Tak później powstało PO i PiS. Czasem ludzie sie na to nabierają, czasem nie. Wystarczy spojrzeć w biogramy niektórych polityków i liczba ugrupowań w których działali może powodować zawrót głowy.
Ciekawym przykładem może byc Leszek Miller. Po sukcesie wyborów z 2001 kiedy SLD zdobywa włądze z ponad 40% poparcie nadchodzi klęska jego rządu i rozpad SLD w 2005, i de facto wyrzucenie go z partii w 2007. Startuje nawet z list Samoobrony w 2007 - bez sukcesu. W 2008 zakłada własną partie z której odchodzi w 2010. W SLD ponownie od 2010. Dostaje sie do parlamentu jednak nie ze "swojej" Łodzi tylko z Gdyni. Potem zręcznymi zagraniami w trakcie walki wewnątrzpartyjnej zostaje przewodniczącym SLD (ponownie). Czy ludzie znów mu ufają? A czy SLD ma 40% poparcia? SLD nadal działa tylko swojemu żelaznemu elektoratowi który daje mu ledwie kilka procent poparcia. Nie zapominajmy ze SLD w latach 90. mógł liczyć mniej więcej na 20% głosów - zawsze w każdych wyborach. Dopiero katastrofalne rządy Millera sprowadziły tę partie do ledwie kilku procent poparcia i balansowanie na granicy progu wyborczego. Miller raczej nie poprowadzi lewicy do władzy. Jeśli będą rządzić to tylko i wyłącznie z łaski koalicjanta.
Wracając do Warszawy. PO z lubością wyciąga prezesowi Kaczyńskiemu ile wyborów przegrał. Zastanawiające że teraz przegrana w referendum ma stanowić dobry zadatek na wygraną w wyborach. Ewentualna przegrana w referendum w sposób znaczący zmniejszy szanse Gronkiewicz-Waltz na reelekcję czy we wcześniejszych wyborach czy też w terminowych. Tych kilku (nastu) procent głosów może zabraknąć i dzięki strategii PO prezydentem Warszawy zostanie Ryszard Kalisz.
Strategii, czy raczej braku takowej. Bowiem działania, zwłaszcza w polityce powinny realizować szerszy plan, strategię, i prowadzić do określonego celu. Tego nie widać w obecnych działaniach. Jest to raczej działanie ad-hoc. Realizowanie rożnych pomysłów które rożnym działaczom przychodzą do głowy. Jeśli PO na poważnie myśli o wyborach samorządowych to powinni iść na całość w referendum i je po prostu wygrać. Nic nie podbija pozycji polityka tak jak wygrana. Po wygranym referendum, wybory w 2014 w Warszawie byłyby czystą formalnością. Podejrzewam nawet że wygrana byłaby w pierwszej turze. Zdecydowano się na formę, jak uważają niektórzy, bezpieczniejszą. Gramy na nieważność referendum. Jest to może i bezpieczniejsze, ale niczego nie gwarantuje. Nie trzeba wygrywać wystarczy nie przegrać. Ustawia to jednak prezydent Warszawy w defensywnej pozycji i wystawia ja na ataki przez następny rok. W końcu, niezależnie od ważności referendum, to głosowanie pani Hanna przegra. Będzie to amunicja do ataków na nią przez cały kolejny rok. Jej pozycja w wyborach w 2014 będzie znacznie słabsza, a i sama Platforma Obywatelska traci sporo na wizerunku wzywając obywateli do zachowań nie do końca obywatelskich. Więc w obecnej sytuacji niezależnie od wyniku referendum wygranymi są jego pomysłodawcy. Nie przegranie nie oznacza zwyciestwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz