Blog w którym prosto i jasno piszemy o polityce, wyjaśniamy jej mechanizmy i przyglądamy się działaniom polityków zarówno w kraju jak i za granicą.
niedziela, 3 sierpnia 2014
Ukraina - Rosja. Na skraju szaleństwa.
W ostatnim poście na temat Ukrainy napisałem jak widzę rozsądna drogę wyjścia Rosji z kryzysu Ukraińskiego. Drogę która gwarantowałaby zachowanie pozycji Putina w samej Rosji, oraz zachowanie pozycji, a nawet wzrost znaczenia Rosji na arenie międzynarodowej. Okazuje się niestety że często polityka ma niewiele wspólnego z rozsądkiem. Putin, nadal chyba w celu kreacji swojej osoby jako mocnego polityka, zdecydował sie na dalszą eskalację. Czy dojdzie do bezpośredniego zaangażowania Rosji? Biorąc pod uwagę zakres strat politycznych jakie Rosja poniesie, raczej nie. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę logikę działań władz Kremla, jest to raczej nieuniknione. Putin stara się po każdej turze sankcji i potępienia międzynarodowego pokazać, że on i Rosja nic z tego sobie nie robi i próbuje podbić stawkę jeszcze trochę. Obecnie, kiedy siły rosyjskie bezpośrednio wspierają ogniem separatystów a sami separatyści SA w głębokiej defensywie, pozostaje niewiele możliwości działania poza bezpośrednia interwencją, jeśli oczywiście odpuszczenie nie wchodzi w grę. Zresztą ostatnie przemieszczenia wojsk rosyjskich to sugerują. Co będzie jak Rosja się zaangażuje? Tej wojny Ukraina nie będzie mogła wygrać. Pozostaje pytanie, czy się podda i jak daleko posunie się Rosja by zdobyć satysfakcjonujący dla siebie pokój. I co będzie celem Rosji? Podbój obwodów ługańskiego i donieckiego? Czy tez może ruszą na Kijów i osadzą spolegliwe tam dla siebie władze? A może po prostu włączą Ukrainę w skład Federacji Rosyjskiej? Te opcje to w zasadzie stopnie szaleństwa. Jak bardzo szalony jest Kreml? Jeśli zaatakują, to na pewno nie ograniczą sie do obwodów ługańskiego i donieckiego. By skonsolidować zdobycze potrzebują jeszcze obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Ponadto na pewno sięgną po Charków bo tam jest reszta ukraińskiego przemysłu i uzupełnia się z donbassem, a po za tym w historii Rosji to miasto odgrywało dość poważna role, więc chociażby symbolicznie mogą chcieć je odzyskać. To jest spora część Ukrainy i większość jej przemysłu. Czy Ukraina zgodzi się na taki pokój? Pewnie nie, wiec pozostaje pytanie jak daleko posuną się Rosjanie. Na pewno ani UE ani Stany nie pójdą na wojnę z powodu Ukrainy. Na pewno zniesione zostanie embargo na broń dla Ukrainy i kto wie, może być przyzwolenie na werbowanie "ochotników". Na pewno w trakcie wojny zachód będzie musiał finansować Kijów. Dodatkowo pójdą za tym dalsze sankcje. Dużo ostrzejsze. Będzie to ogromnie kosztowne dla Europy. Jednak koszty te będą niczym wobec kosztów jakie poniesie Rosja a szczególnie jej gospodarka. To będzie oznaczać powolne zarzynanie rosyjskiej gospodarki. Dla europy będzie to finansowo kosztowne, trzeba będzie przerzucić się na gaz i ropę z USA i zatoki perskiej - trzeba wybudować nowe terminale, surowce sa tam droższe, konieczność inwestycji w technologie uniezależniające od ropy i gazu itp, itd. Jednak Europa ma inne opcje i mimo kosztów moze wyjść z tego wzmocniona. Rosja nie. Przy ograniczeniu sprzedaży surowców, utraty finansowania, utraty dostępu do nowoczesnych technologii, gospodarka Rosji może tylko staczac się a nawet upaść. Alternatywne rynki? Chiny, Indie? Potrzeba ogromnych inwestycji by gaz i ropa mogły tam popłynąć. Inwestycji na które Rosja nie ma pieniędzy, ani technologii do której dostęp własnie im zablokowano. Prasa rosyjska twierdzi że jest to doskonała okazja by z gospodarki opartej na surowcach rozwinąć się w kierunku gospodarki wysokich technologii. Jak? Zakładając że jakimś cudem znajda finansowanie na nowe fabryki i technologie do ich wybudowania, kto kupi te produkty? Biedne jak mysz rosyjskie społeczeństwo? Europa która za murem embarga nie będzie akceptować rosyjskich towarów? Chiny które sa obecnie producentem dla całego świata? Tu nie ma ani jednego dobrego rozwiązania dla Rosji. Musiałaby z tej awantury wyjść osłabiona i upokorzona. No chyba że znów Putin zdecydowałby się na ucieczkę do przodu i zdecydował by się na kolejny konflikt, tym razem z NATO. Skutki czegoś takiego są trudne do wyobrażenia. Czy nieliczne rozsądne osoby z otoczenia Putina będą w stanie odwrócić bieg wypadków? Na pewno oligarchom obecna polityka się nie podoba. Z każdym dniem tracą coraz więcej pieniędzy i wpływów na zachodzie. Przyzwyczaili sie do bywania na europejskich salonach, a tu polityka spycha ich znów do pozycji pariasów. Na pewno nie będą zadowoleni. O wszystkim zadecyduje raczej wojsko. W nowoczesnej historii Rosji wojskowi juz dwukrotnie zdecydowali o kierunku rozwoju kraju, dwukrotnie wybierając demokrację. Raz nie wspierając Janajewa, drugi raz wspierając Jelcyna. Za czasów Putina wojskowi na pewno mają znacznie lepsza sytuacje niz wcześniej. regularne wypłaty, nowy sprzęt. Jednak nie są to "durne trepy", ale dość gruntownie wykształceni ludzie, którzy zdają sobie sprawę z tego co się dzieje w Rosji i na świecie. Zdają sobie sprawę z konsekwencji. Juz teraz sa oznaki ze polityka "zielonych ludzików" raczej wojskowym sie nie podoba. Oczywiście żaden wojskowy w Rosji nie wątpi w wynik wojny z "Chachołami" (pogardliwe rosyjskie określenie Ukraińców), jednak mogą mieć wątpliwości co do następstw tej wojny. Rosja i Rosjanie stoją przed poważnymi wyborami. Wbrew pozorom, mimo że Rosja występuje z pozycji siły, długofalowo może to być decyzja o być albo nie być dla państwa rosyjskiego. Z tym ze wojna, w dłuższym okresie czasu, oznacza dla Rosji "nie być".
sobota, 19 lipca 2014
Co wydarzyło sie nad Ukrainą, czyli tragedia lotu MH-17
Kiedy wszyscy juz myśleli że kryzys na Ukrainie osiągnął jakaś formę stabilizacji -niby daleko do rozwiązania, ale się nie pogarsza - dochodzi do zestrzelenia Malezyjskiego samolotu. Ginie prawie 300 osób, w większości obywateli Holandii. Kryzys osiąga nową fazę. Jak do tego doszło?
Pojawiają się już liczne teorie spiskowe, ze Amerykanie stoją za zestrzeleniem, ze Rosjanie sami zestrzelili, że Ukraińcy.. Do tego dochodzą piętrowe teorie, kto i co miał w ten sposób uzyskać. Z własnego doświadczenia wiem ze w takich sprawach czynnikiem decydującym jest zazwyczaj beztroska, głupota i brak kontroli o który szczególnie łatwo podczas działań wojennych. Uporządkujmy fakty.
Maszyna została zniszczona rakietą z zestawu BUK -M2. Najprawdopodobniej, źródła które tak twierdza nie do końca chcą się ujawnić, co nie jest dziwne gdyż informacje takie mogą pochodzić wyłącznie ze źródeł wojskowych i wywiadowczych. Wokół terenu konfliktu rozmaite kraje utrzymywały tyle okrętów i samolotów ze sprzętem do walki radioelektronicznej, że będzie to raczej bezspornie ustalone. Ślad operowania takiego sygnału można by nawet odebrać w Polsce, przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej aparaturze. Kto wie, możliwe że taka aparaturę ma operujący nad Polską AWACS. Zestawami BUK-M2 nie dysponuje armia ukraińska. Posiadają tylko zestawy starsze, BUK-M1, które zresztą sprawdziły się bojowe zestrzeliwując kilka rosyjskich maszyn nad Gruzją w 2008. Ukraińcy sprzedali/odstąpili kilka zestawów przed wojną Gruzji i sprawiły one lotnictwu rosyjskiemu nie lada problem. Separatyści co prawda zdobyli kilka zestawów armii Ukrainy, jednak były one niesprawne i, jak twierdzi strona ukraińska, nie do naprawienia w warunkach polowych. Jednak podejrzewam ze było to pretekstem do przekazania jednej wyrzutni separatystom. Mieli oni poważne problemy z lotnictwem rządowym, które nauczyło sie juz unikac wyrzutni krótkiego zasięgu, a dodatkowo separatyści chcieli zdezorganizować system dostaw droga powietrzna, który był dotychczas poza ich możliwościami działania. Dlaczego BUK-2M a nie 1M który był na wyposażeniu armii Ukrainy i którego obecność łatwiej można by było ukryć? W końcu "bohaterscy mechanicy z Doniecka" mogliby jeden zestaw "naprawić". Starsze wersje BUKa maja naprowadzanie półaktywne, czyli rakieta nie jest naprowadzana samoczynnie, ale za pośrednictwem radaru. Radaru naprowadzania który wspólny jest dl;a całej baterii. Czyli przekazując zestaw BUK-1M Rosjanie musieliby przekazać niemal pełna baterię, z wozami zabezpieczenia itp. Wymaga to wielu ludzi obsługi, a po za tym jest łatwe do namierzenia. Od wersji 2M każdy pojazd wyrzutni ma własny radar który jest zdolny do naprowadzenia pocisku na cel, czyli poszczególne wyrzutnie mogą działać autonomicznie. I tak by zapewnić separatystom skuteczniejsza obronę przeciwlotniczą, Rosjanie taki zestaw im przekazali. Zapewne wraz z "ochotnikami" do jego obsługi, bo na Ukrainie nie ma ludzi przeszkolonych do obsługi takiego sprzętu. Zestaw ten pojawił się jakiś czas temu, co widać było w zwiększonej skuteczności separatystów i zestrzeleniu kilku maszyn ukraińskich. W przeciągu kilku ostatnich dni zestrzelili 2 Su-25 i jedna maszynę transportową. Z analizy samych rozmów telefonicznych i materiałów z portali separatystów można odtworzyć taki łańcuch wypadków. Separatyści maja informację ze ukraiński An-26 będzie wykonywał lot w okolicy terenu przez nich kontrolowanego, rozmieszczają wyrzutnię w miejscu który uznają za optymalne. Na radarze pokazuje się symbol lecącej maszyny, załoga strzela, naprowadza pocisk, potwierdza zniszczenie celu. melduje o tym do dowództwa które dumnie obwieszcza o zestrzeleniu ukraińskiego transportowca, co widoczne jest na portalach separatystów. Wysłana zostaje oddział na miejsce, który zamiast resztek antonowa zastaje zwłoki holenderskich turystów i szczątki Boeinga. Posty o sukcesie znikają z portali. Tyle mniej więcej wiemy. tak to wyglądało. Pozostają pytanie jak do tego mogło dojść?
Czy załoga wyrzutni nie wiedziała że strzela do samolotu cywilnego? Według mnie nie. Co prawda samolot miał transponder IFF, ale wyrzutnia najprawdopodobniej nie. Dlaczego? Transpondery IFF są jednym z najtajniejszych systemów, Rosjanie nie oddaliby działającego systemu IFF w ręce oddziałów paramilitarnych które najprawdopodobniej i tak ta wyrzutnię w końcu stracą i częstotliwości kodowania IFF armii rosyjskiej dostały by sie w ręce ukraińskie i najprawdopodobniej NATO. Dlatego ta wyrzutnia nie miała sprawnego modułu IFF. Czy załoga mogła zorientować się że strzelają nie do tego samolotu? Trudne pytanie. Wszystko zależy od funkcjonowania radaru na wyrzutni BUK. Teoretycznie radar ten jest radarem trójwspółrzedowym, czyli dostarcza wszystkich danych o celu. Często jednak, szczególnie pierwsze radary tego typu miały problemy z określaniem wysokości. Wydaje się że załoga powinna mieć pełne informacje o celu. Czy wysokość celu, ponad 10 km, mogła zastanowić operatora? Powinna, jeśli miał taka informacje, samolot do którego miał strzelać powinien się znajdować dużo niżej. Stres sytuacji bojowej mógł sprawić, ze po prostu nie zwrócił na to uwagi, bądź po prostu pewni byli informacji że w tym czasie jedynym samolotem który mógł tam lecieć był ukraiński Antonow. tak czy inaczej był to przejaw pewnej beztroski, bo jednak ruch lotniczy odbywał się nad Donieckiem normalnie, a separatystów nikt specjalnie o lotach cywilnych nie informował. Nie podejrzewam że separatyści chcieli zestrzelić malezyjski samolot. Doszło raczej do nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Czy zbieg ten był "sterowany" jak chce Moskwa? Wbrew pozorom nie mozna tego wykluczyć. Po pierwsze ktoś separatystów poinformował o niesitniejacym locie wojskowym, do którego się przygotowali. Jak się okazuje w feralnym momencie żaden ukraiński samolot nie znajdował sie w powietrzu. Dodatkowo malezyjski samolot znalazł sie poza korytarzem powietrznym którym zazwyczaj latano. Pytanie, znalazł się sam (piloci postanowili ominąć np, front burzowy, bądź skorygować trasę by nie lecieć za innym samolotem lub zmienili trasę z innych przyczyn) lub skierowany został przez ukraińską kontrole powietrzną. Tu pozostaje pole do popisu dla miłośników teorii spiskowych. Może miedzynarodowa komisja sprawę rozwiąże, choć wątpię w to bo w sumie nie jestem pewien czy obie strony chcą jej wyjaśnienia, zadowalając się wzajemnymi oskarżeniami. Zastanawiająca jest reakcja separatystów. Zamiast wziąć winę na siebie, i serdecznie przeprosić, a potem zwalić winę na Ukrainę (za "wystawienie" malezyjczyka) idą w zaparte i wymyślają niestworzone teorię. Podejrzewam ze związane jest to z tym ze wtedy musieliby się przyznać do posiadania wyrzutni (BUK-2M) której mieć nie mogli, a na to zapewne nie chce się zgodzić Rosja, która odgrywa role niewinnie oskarżanej. To z kolei świadczy jak mocno separatyści związani sa z Rosją i jak niewiele mają samodzielności. I zamiast wygrywać sytuację ukazując "spisek Poroszenki" tracą resztki wiarygodności przed opinia światową. Niestety opinia opinia publiczna w Rosji przyjmie wszystko co im Kreml zafunduje. Jakie będą tego skutki? Trudno powiedzieć. Zachód na wojnę z tego powodu nie pójdzie. Pewnie ogłoszone zostaną dodatkowe sankcje. Rosja straci ostatnich sojuszników w krajach zachodnich, co długofalowo będzie godziło w jej gospodarkę. Kraje które miały sporo wątpliwości wobec izolowania Rosji i sankcji, Holandia i Niemcy, straciły wielu obywateli. To nie zostanie szybko zapomniane i wybaczone. Co do rezultatów krótkoterminowych, zapewne zestaw BUK zniknie z Ukrainy, lotnictwo ukraińskie znów bedzie mogło swobodnie operować. Jakby nie patrzeć na całej sytuacji najbardziej zyskała Ukraina i cała sprawę mądrze wygrywa. Rosja zaciemniając sprawę jeszcze pogarsza swoją sytuację. Sytuacja trochę przypomina pierwszy z odcinków Sherlocka, gdzie służby brytyjskie miały umożliwić sprokurowanie ataku na samolot terrorystom islamskim, stąd pewnie tekst przywódcy separatystów o spadających martwych ciałach. Tylko ze to nie byli martwi ludzie. Ci ludzie byli żywi kilka godzin wcześniej, wsiadając do samolotu, który separatyści później zestrzelili.
Edit: I się wyjaśniło. Informacja o zboczeniu z kursu była kaczką dziennikarską. Sytuacja Rosji i separatystów znacznie się komplikuje, ale nie podejrzewam żeby zmieniło to w jakiś sposób sytuację.
Pojawiają się już liczne teorie spiskowe, ze Amerykanie stoją za zestrzeleniem, ze Rosjanie sami zestrzelili, że Ukraińcy.. Do tego dochodzą piętrowe teorie, kto i co miał w ten sposób uzyskać. Z własnego doświadczenia wiem ze w takich sprawach czynnikiem decydującym jest zazwyczaj beztroska, głupota i brak kontroli o który szczególnie łatwo podczas działań wojennych. Uporządkujmy fakty.
Maszyna została zniszczona rakietą z zestawu BUK -M2. Najprawdopodobniej, źródła które tak twierdza nie do końca chcą się ujawnić, co nie jest dziwne gdyż informacje takie mogą pochodzić wyłącznie ze źródeł wojskowych i wywiadowczych. Wokół terenu konfliktu rozmaite kraje utrzymywały tyle okrętów i samolotów ze sprzętem do walki radioelektronicznej, że będzie to raczej bezspornie ustalone. Ślad operowania takiego sygnału można by nawet odebrać w Polsce, przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej aparaturze. Kto wie, możliwe że taka aparaturę ma operujący nad Polską AWACS. Zestawami BUK-M2 nie dysponuje armia ukraińska. Posiadają tylko zestawy starsze, BUK-M1, które zresztą sprawdziły się bojowe zestrzeliwując kilka rosyjskich maszyn nad Gruzją w 2008. Ukraińcy sprzedali/odstąpili kilka zestawów przed wojną Gruzji i sprawiły one lotnictwu rosyjskiemu nie lada problem. Separatyści co prawda zdobyli kilka zestawów armii Ukrainy, jednak były one niesprawne i, jak twierdzi strona ukraińska, nie do naprawienia w warunkach polowych. Jednak podejrzewam ze było to pretekstem do przekazania jednej wyrzutni separatystom. Mieli oni poważne problemy z lotnictwem rządowym, które nauczyło sie juz unikac wyrzutni krótkiego zasięgu, a dodatkowo separatyści chcieli zdezorganizować system dostaw droga powietrzna, który był dotychczas poza ich możliwościami działania. Dlaczego BUK-2M a nie 1M który był na wyposażeniu armii Ukrainy i którego obecność łatwiej można by było ukryć? W końcu "bohaterscy mechanicy z Doniecka" mogliby jeden zestaw "naprawić". Starsze wersje BUKa maja naprowadzanie półaktywne, czyli rakieta nie jest naprowadzana samoczynnie, ale za pośrednictwem radaru. Radaru naprowadzania który wspólny jest dl;a całej baterii. Czyli przekazując zestaw BUK-1M Rosjanie musieliby przekazać niemal pełna baterię, z wozami zabezpieczenia itp. Wymaga to wielu ludzi obsługi, a po za tym jest łatwe do namierzenia. Od wersji 2M każdy pojazd wyrzutni ma własny radar który jest zdolny do naprowadzenia pocisku na cel, czyli poszczególne wyrzutnie mogą działać autonomicznie. I tak by zapewnić separatystom skuteczniejsza obronę przeciwlotniczą, Rosjanie taki zestaw im przekazali. Zapewne wraz z "ochotnikami" do jego obsługi, bo na Ukrainie nie ma ludzi przeszkolonych do obsługi takiego sprzętu. Zestaw ten pojawił się jakiś czas temu, co widać było w zwiększonej skuteczności separatystów i zestrzeleniu kilku maszyn ukraińskich. W przeciągu kilku ostatnich dni zestrzelili 2 Su-25 i jedna maszynę transportową. Z analizy samych rozmów telefonicznych i materiałów z portali separatystów można odtworzyć taki łańcuch wypadków. Separatyści maja informację ze ukraiński An-26 będzie wykonywał lot w okolicy terenu przez nich kontrolowanego, rozmieszczają wyrzutnię w miejscu który uznają za optymalne. Na radarze pokazuje się symbol lecącej maszyny, załoga strzela, naprowadza pocisk, potwierdza zniszczenie celu. melduje o tym do dowództwa które dumnie obwieszcza o zestrzeleniu ukraińskiego transportowca, co widoczne jest na portalach separatystów. Wysłana zostaje oddział na miejsce, który zamiast resztek antonowa zastaje zwłoki holenderskich turystów i szczątki Boeinga. Posty o sukcesie znikają z portali. Tyle mniej więcej wiemy. tak to wyglądało. Pozostają pytanie jak do tego mogło dojść?
Czy załoga wyrzutni nie wiedziała że strzela do samolotu cywilnego? Według mnie nie. Co prawda samolot miał transponder IFF, ale wyrzutnia najprawdopodobniej nie. Dlaczego? Transpondery IFF są jednym z najtajniejszych systemów, Rosjanie nie oddaliby działającego systemu IFF w ręce oddziałów paramilitarnych które najprawdopodobniej i tak ta wyrzutnię w końcu stracą i częstotliwości kodowania IFF armii rosyjskiej dostały by sie w ręce ukraińskie i najprawdopodobniej NATO. Dlatego ta wyrzutnia nie miała sprawnego modułu IFF. Czy załoga mogła zorientować się że strzelają nie do tego samolotu? Trudne pytanie. Wszystko zależy od funkcjonowania radaru na wyrzutni BUK. Teoretycznie radar ten jest radarem trójwspółrzedowym, czyli dostarcza wszystkich danych o celu. Często jednak, szczególnie pierwsze radary tego typu miały problemy z określaniem wysokości. Wydaje się że załoga powinna mieć pełne informacje o celu. Czy wysokość celu, ponad 10 km, mogła zastanowić operatora? Powinna, jeśli miał taka informacje, samolot do którego miał strzelać powinien się znajdować dużo niżej. Stres sytuacji bojowej mógł sprawić, ze po prostu nie zwrócił na to uwagi, bądź po prostu pewni byli informacji że w tym czasie jedynym samolotem który mógł tam lecieć był ukraiński Antonow. tak czy inaczej był to przejaw pewnej beztroski, bo jednak ruch lotniczy odbywał się nad Donieckiem normalnie, a separatystów nikt specjalnie o lotach cywilnych nie informował. Nie podejrzewam że separatyści chcieli zestrzelić malezyjski samolot. Doszło raczej do nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Czy zbieg ten był "sterowany" jak chce Moskwa? Wbrew pozorom nie mozna tego wykluczyć. Po pierwsze ktoś separatystów poinformował o niesitniejacym locie wojskowym, do którego się przygotowali. Jak się okazuje w feralnym momencie żaden ukraiński samolot nie znajdował sie w powietrzu. Dodatkowo malezyjski samolot znalazł sie poza korytarzem powietrznym którym zazwyczaj latano. Pytanie, znalazł się sam (piloci postanowili ominąć np, front burzowy, bądź skorygować trasę by nie lecieć za innym samolotem lub zmienili trasę z innych przyczyn) lub skierowany został przez ukraińską kontrole powietrzną. Tu pozostaje pole do popisu dla miłośników teorii spiskowych. Może miedzynarodowa komisja sprawę rozwiąże, choć wątpię w to bo w sumie nie jestem pewien czy obie strony chcą jej wyjaśnienia, zadowalając się wzajemnymi oskarżeniami. Zastanawiająca jest reakcja separatystów. Zamiast wziąć winę na siebie, i serdecznie przeprosić, a potem zwalić winę na Ukrainę (za "wystawienie" malezyjczyka) idą w zaparte i wymyślają niestworzone teorię. Podejrzewam ze związane jest to z tym ze wtedy musieliby się przyznać do posiadania wyrzutni (BUK-2M) której mieć nie mogli, a na to zapewne nie chce się zgodzić Rosja, która odgrywa role niewinnie oskarżanej. To z kolei świadczy jak mocno separatyści związani sa z Rosją i jak niewiele mają samodzielności. I zamiast wygrywać sytuację ukazując "spisek Poroszenki" tracą resztki wiarygodności przed opinia światową. Niestety opinia opinia publiczna w Rosji przyjmie wszystko co im Kreml zafunduje. Jakie będą tego skutki? Trudno powiedzieć. Zachód na wojnę z tego powodu nie pójdzie. Pewnie ogłoszone zostaną dodatkowe sankcje. Rosja straci ostatnich sojuszników w krajach zachodnich, co długofalowo będzie godziło w jej gospodarkę. Kraje które miały sporo wątpliwości wobec izolowania Rosji i sankcji, Holandia i Niemcy, straciły wielu obywateli. To nie zostanie szybko zapomniane i wybaczone. Co do rezultatów krótkoterminowych, zapewne zestaw BUK zniknie z Ukrainy, lotnictwo ukraińskie znów bedzie mogło swobodnie operować. Jakby nie patrzeć na całej sytuacji najbardziej zyskała Ukraina i cała sprawę mądrze wygrywa. Rosja zaciemniając sprawę jeszcze pogarsza swoją sytuację. Sytuacja trochę przypomina pierwszy z odcinków Sherlocka, gdzie służby brytyjskie miały umożliwić sprokurowanie ataku na samolot terrorystom islamskim, stąd pewnie tekst przywódcy separatystów o spadających martwych ciałach. Tylko ze to nie byli martwi ludzie. Ci ludzie byli żywi kilka godzin wcześniej, wsiadając do samolotu, który separatyści później zestrzelili.
Edit: I się wyjaśniło. Informacja o zboczeniu z kursu była kaczką dziennikarską. Sytuacja Rosji i separatystów znacznie się komplikuje, ale nie podejrzewam żeby zmieniło to w jakiś sposób sytuację.
sobota, 12 lipca 2014
Show , czyli przedstawienie w sejmie.
W piątek nie wydarzyło się nic czego nie można było przewidzieć. Był to czysty show na użytek medialny, by sprawić wrażenie ze politycy w sejmie działają. Jedynym nieco zaskakującym elementem był zawirowania w PSL - niestety tylko nieco.
Wbrew doniesieniom medialnym, które budowały atmosferę zagrożenia, oraz napięcie przed posiedzeniem sejmu, rząd nie był ani przez sekundę zagrożony. PiS, inicjator show, nie był zainteresowany upadkiem rządu. Jest to dla nich zdecydowanie za wcześnie - nie zrobili porządku na prawicy, rząd nie pogrążył się jeszcze w dostateczny sposób. Nawet nie próbowali rozmów z innymi partiami opozycyjnymi w celu znalezienia poparcia dla swojego wniosku. Jako ze nikt, ani PSL, ani SLD, ani TR nie były zainteresowane sukcesem PiSu wynik mógł być tylko jeden. Show służył jedynie podtrzymaniu wizerunku partii, oraz wykorzystaniu uwagi mediów by jeszcze trochę, przed jak największą publicznością "podładować" jeszcze w rząd. Plan swój wykonali.
Z ministrem Sienkiewiczem był większy problem, bowiem w tym przypadku opozycja mogła glosować razem, a liczono na to że PSL postanowi pokazać swoja odrębność i ministra nie poprze. PSL jest partia pragmatyczną i obecnie jest zainteresowana rządzeniem a nie jest zainteresowana wyborami, dlatego było niemal pewne że będzie glosować jak chce PO. Nie mogą tego powiedzieć od razu aby wygrać trochę czasu medialnego i popozować jako partia "troski" o Polskę, która ma poważne opory moralne, ale dla dobra kraju, musi podjąć trudną decyzje. Nastąpiło jednak nieplanowane zamieszanie związane z działaniami CBA w których mógł być zamieszany poseł Bury. Poseł który zresztą już przy innych okazjach miał problemy. Cała sytuacja zmieniła się w wewnętrzną próbę sił pomiędzy Pawlakiem a Piechocińskim. Mimo że sprawa wyglądała na niepewną, pragmatyzm w PSLu zwyciężył. Za odwołaniem nie zagłosował nikt, a wstrzymał się tylko Pawlak. W ten sposób zadbał o własna pozycje, pokazując własna odrębność i zdecydowanie, jednocześnie nie ryzykując pozycji partii w koalicji. Posłowie którzy go popierali, wg. niektórych szacunków co najmniej 1/3 klubu, zagłosowali tak jak leżało w interesie ugrupowania. Wilk syty i owca cała. Typowo PSlowe rozwiązanie.
Więc show był, wiele radości dla dziennikarzy, a wszystko zostało po staremu, tak jak można się było tego spodziewać.
Wbrew doniesieniom medialnym, które budowały atmosferę zagrożenia, oraz napięcie przed posiedzeniem sejmu, rząd nie był ani przez sekundę zagrożony. PiS, inicjator show, nie był zainteresowany upadkiem rządu. Jest to dla nich zdecydowanie za wcześnie - nie zrobili porządku na prawicy, rząd nie pogrążył się jeszcze w dostateczny sposób. Nawet nie próbowali rozmów z innymi partiami opozycyjnymi w celu znalezienia poparcia dla swojego wniosku. Jako ze nikt, ani PSL, ani SLD, ani TR nie były zainteresowane sukcesem PiSu wynik mógł być tylko jeden. Show służył jedynie podtrzymaniu wizerunku partii, oraz wykorzystaniu uwagi mediów by jeszcze trochę, przed jak największą publicznością "podładować" jeszcze w rząd. Plan swój wykonali.
Z ministrem Sienkiewiczem był większy problem, bowiem w tym przypadku opozycja mogła glosować razem, a liczono na to że PSL postanowi pokazać swoja odrębność i ministra nie poprze. PSL jest partia pragmatyczną i obecnie jest zainteresowana rządzeniem a nie jest zainteresowana wyborami, dlatego było niemal pewne że będzie glosować jak chce PO. Nie mogą tego powiedzieć od razu aby wygrać trochę czasu medialnego i popozować jako partia "troski" o Polskę, która ma poważne opory moralne, ale dla dobra kraju, musi podjąć trudną decyzje. Nastąpiło jednak nieplanowane zamieszanie związane z działaniami CBA w których mógł być zamieszany poseł Bury. Poseł który zresztą już przy innych okazjach miał problemy. Cała sytuacja zmieniła się w wewnętrzną próbę sił pomiędzy Pawlakiem a Piechocińskim. Mimo że sprawa wyglądała na niepewną, pragmatyzm w PSLu zwyciężył. Za odwołaniem nie zagłosował nikt, a wstrzymał się tylko Pawlak. W ten sposób zadbał o własna pozycje, pokazując własna odrębność i zdecydowanie, jednocześnie nie ryzykując pozycji partii w koalicji. Posłowie którzy go popierali, wg. niektórych szacunków co najmniej 1/3 klubu, zagłosowali tak jak leżało w interesie ugrupowania. Wilk syty i owca cała. Typowo PSlowe rozwiązanie.
Więc show był, wiele radości dla dziennikarzy, a wszystko zostało po staremu, tak jak można się było tego spodziewać.
wtorek, 8 lipca 2014
Ukraina, Irak i jak to wszystko może się łaczyć.
Sytuacja na Ukrainie zmierza do wyjaśnienia. na pewno nie do rozwiązania, ale do jakiegoś stadium w którym konflikt na jakiś czas zostanie zamrożony. Obecnie całość armii ukraińskiej zaangażowana jest w "operację antyterrorystyczną" w obwodach Ługańskim i Donieckim. Blisko 50 tys. żołnierzy. W operacjach nie uczestniczą jedynie 3 brygady stacjonujące własnie na wschodzie i południu Ukrainy. Jednostek tych nie udało się jeszcze zmobilizować. mimo zaangażowania całego potencjału militarnego Ukrainy postępy można uznać za skromne. na pewno wpływ maja na to dwa czynniki: po pierwsze konieczność unikania ofiar cywilnych, po drugie co tu dużo kryć, słabe wyszkolenie jednostek ukraińskich. Większość starć w bliskim kontakcie Ukraińcy zdają się przegrywać, wiec próbują polegać na swojej miażdżącej przewadze ogniowej. Po zlokalizowaniu pozycji separatystów koncentrują na ich pozycjach zmasowany ostrzał artyleryjski, a także lotniczy. Taktyka ta, jak przyznają sami separatyści, jest bardzo skuteczna. Większość ich strat powstała na skutek takich operacji. Stąd też zapewne decyzja o wycofaniu ze Słowiańska i Kreamtorska, by skoncentrować więcej sił w terenach bardziej zurbanizowanych, tam gdzie armia ukraińska nie będzie mogła w pełni wykorzystać swojej przewagi ogniowej. Chcą zmusić Ukraińców do walk ulicznych w stylu w jakim Rosjanie walczyli w Groznym.Po koncentracji sił, w doniecku może być nawet od 10 do 20 tys. separatystów, mogą nawet wytworzyć lokalną przewagę liczebną. Posiadając, co wielokrotnie udowodnili, lepsze wyszkolenie indywidualne, mogą stworzyć siłom rządowym bardzo poważny problem. Ukraińscy wojskowi zdają sobie z tego sprawę, deklarując tylko blokadę Doniecka i Ługańska, licząc na to ze oblężenie zmusi separatystów do złożenia broni. Jesli się to nie powiedzie zapewne pierwszym celem wojsk ukraińskich będzie Ługańsk, miasto mniejsze i z mniejszym garnizonem buntowników. Tutaj przetestują swoje możliwości regularnych walk w mieście.
Czy do tego dojdzie? Trudno powiedzieć. Stawiałbym jednak na to że w pewnym momencie separatyści przejdą raczej do partyzantki, unikając otwartego starcia z Ukraińcami, wyczekując na moment gdy Rosja ponownie uzna że ich wsparcie może być pożyteczne. To zdanie Kremla będzie decydowało o losie tych dwóch prowincji Ukrainy, a wydaje się że Moskwa zrezygnowała, przynajmniej na razie, z siłowego odrywania Doniecka od Ukrainy i pozostawiła separatystów własnemu losowi. Oczywiście sa jeszcze dostawy uzbrojenia, ale daleko niewystarczające. Dlaczego Putin odpuszcza? Ponieważ zorientował się że nic więcej na tym konflikcie nie zyska, a aktualnie wyłącznie traci. Jak pisałem wcześniej, Putina interesuje wyłącznie Polityka wewnętrzna. Zrobi wszystko aby utrzymać się przy władzy, co jest coraz trudniejsze przy ogarniającym Rosję kryzysie. Oczywiście społeczeństwo rosyjskie popiera ogólnie włączanie terytoriów zamieszkałych przez Rosjan w granice federacji, jednak przeciw otwartej interwencji na Ukrainie, jak wykazują ostatnie sondaże jest ponad 2/3 społeczeństwa. czyli eskalując dalej konflikt Putin nic nie zyskuje, a traci. Straty jakie poniosła przez te kilka miesięcy są ogromne. Dotąd Kreml wydawał się ich nie dostrzegać, skupiony na krótkoterminowych zyskach, ale teraz straty polityczne i gospodarcze zaczynają być coraz bardziej widoczne, a w długim terminie znacznie pogorszą i tak niewesoła sytuację Rosji.
Dotąd Rosja była postrzegana jako stabilny i odpowiedzialny partner biznesowy. Unia nie widziała potrzeby dywersyfikacji źródeł energii ponieważ surowce energetyczne z Rosji były tanie i dostępne. Kryzys ukraiński to zmienił.Państwa europejskie zaczęły się rozglądać za alternatywnymi źródłami surowców energetycznych, rozpoczęły się inwestycje w terminale gazowe i naftowe, spojrzano przychylniej na, odsądzane dotąd od czci i wiary, wiercenia w łupkach. Ponadto zorientowano się jak za pomocą portali internetowych Moskwa stara się manipulować opinią publiczna w unii, a także służby specjalne kilku państw zaczęły bliżej się przyglądać niektórym organizacjom ekologicznym, które, jak się okazało, były finansowane z Moskwy. Sieć wpływów która Kreml przez lata misternie budował, jeśli nie została zerwana, to poważnie nadwątlona. Takim najmocniejszym sygnałem było zablokowanie budowy South Stream przez kraje w których wydawało by się Moskwa miała największe wpływy: Bułgarię i Serbię. Kapitał zagraniczny zaczął w przyspieszonym tempie opuszczać Rosję. Straty dla gospodarki rosyjskiej są ogromne. Politycznie także gdyż Rosja przestała być postrzegana jako partner. Została wyłączona z gremiów wpływających na politykę światową, a budowa konkurencyjnego bloku w oparciu o Chiny została przez Pekin przyjęta bardzo chłodno. Rosja została osamotniona. Moskwie byłoby łatwiej, gdyby faktycznie zachód obrał ja faktycznie jako wroga, w obliczu zagrożenia można zmobilizować społeczeństwo wokół władzy. Przez jakiś czas nawet media rosyjskie próbowały prowadzić taką retorykę. Jednak odpowiedź militarna NATO była raczej ograniczona, więc trudno to było w jakiś praktyczny sposób wykorzystać. Rosja zaczyna być, marginalizowana, niepotrzebna. To jest największy koszmar jaki rządzącym na Kremlu mógł się przyśnić. Marginalizacji "Wielkiej Rosji" społeczeństwo rosyjskie rządzącym na dłuższą metę nie wybaczy. Dlatego Moskwa będzie szukać rozpaczliwie dróg ucieczki z sytuacji w której sie znalazła. Po pierwsze musi zakończyć jakoś konflikt na Ukrainie i jakoś dogadać się z zachodem bo konflikt ten jest po prostu zbyt kosztowny. najprawdopodobniej spiszą separatystów na straty, lub uśpią ich do zimy, kiedy Ukraina będzie miała jeszcze większe problemy gospodarcze. Licząc wtedy na autentyczny bunt społeczny przeciw władzom w Kijowie, będą mogli ponownie ich uaktywnić. Potem konieczne będzie odbudowanie zaufania w Unii, co będzie długotrwałe i kosztowne. Zapewne nie obędzie sie bez "preferencyjnych cen na gaz i ropę. No i przede wszystkim trzeba pokazać światu a głównie rosjanom ze Rosja jest wielkim graczem na arenie międzynarodowej. Graczem niezbędnym dla zachowania stabilnosci. Jak? Tutaj zawsze mogą liczyć na amerykanów którzy nabroiwszy nie bardzo wiedzą co potem z takim bałaganem zrobić. Pierwszym takim miejscem jest Irak. Po wycofaniu sie amerykanów kraj ogarnął chaos. Po rozpoczeciu przez szyickie władze prześladowań sunnitów, kraj znalazł sie na krawedzi rozpadu. Sunnitów wsparł ISIL, obecnie Kalifat Islamski. Organizacja terorrystyczna zbyt skrajna nawet dla al-kaidy, zarządza połową Iraku i sporymi obszarami Syrii.Wobec wahań Waszyngtonu, obecne władze irackie w walce z terrorystami wsparła Moskwa, wysyłajac samoloty i ludzi do ich obsługi.Nie było to zreszta specjalnie kosztowne, bo samoloty były i tak irackie. Były w remontach w Rosji w trakcie Wojny w Zatoce, a potem juz tam pozostały. Przy niewielkich kosztach finansowych Rosja może zacząć twierdzić ze prowadzi kampanię przeciw islamskiemu terroryzmowi i naprawia to co USA popsuły. Mogą na tym całkiem sporo ugrać. Podobna okazja zdaje się pokazywać u granic Rosji w Afganistanie, choć tu, biorąc pod uwagę własne doświadczenia, Moskwa dwa razy się zastanowi zanim interweniuje. Choć budowa wizerunku krzyżowca na misji walki z terroryzmem może być tego warta.
Dlatego uważam że kryzys ukraiński zostanie na jakiś czas zamrożony, przynajmniej do zimy. Jesli społeczeństwo ukraińskie zniesie jakoś reformy i państwo przetrwa zimę, wtedy możliwe że całkowicie wygaśnie, przynajmniej w tej formie. Możemy z kolei oczekiwać uaktywnienia sie Rosji na arenie międzynarodowej, spektakularnych posunięć, które spowodują że o Rosji zacznie się mówić. Kto wie? Może nawet zdecydują się aktywniej wesprzeć swojego dawnego sojusznika, Wietnam, by pograć na nosie Chinom?
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Taśmy, co dalej?
Po eksplozji taśmowej dwa tygodnie temu sytuacja wydaje się stabilizować. PO, co widać w sondażach, zapłaciła za wpadkę i jeszcze bardziej nieudolne reagowanie na nią. Upadku rządu nie było, bo, jak przewidywałem, w zasadzie nie było zainteresowanych takim upadkiem. Zagranie premiera z wotum zaufania było ryzykowne, bo w takim układzie cała opozycje może a nawet powinna wystąpić przeciw koalicji, a jak pokazywały ostatnie głosowania, nie może być pewny wszystkich swoich "szabel". Jednak można liczyć na instynkt samozachowawczy posłów, który w tym wypadku również nie zawiódł. Obecna kampania PiSu w sprawie wotum nieufności jest organizowana z pełną świadomością organizatorów nieuchronnej klęski inicjatywy. Ale nie chodzi o odwołanie rządu. Chodzi o pokazanie, jak bardzo antyrządowy jest PiS i jak bardzo chce zmiany władzy, bez ryzyka samej zmiany. Chodzi o pokazanie ze jedyną, prawdziwą alternatywą wobec PO jest PiS, a po za nim tylko pustynia. Nie chodzi o to ze prezes Kaczyński nie chce władzy. Chce, ale liczy że przez najbliższy rok PO jeszcze bardziej się pogrąży, więc woli poczekać. Przy obecnej ponownej atomizacji sceny politycznej, może mieć szansę na samodzielne rządzenie po przyszłorocznych wyborach. Dlatego PiS gra na wykrwawienie PO, i kto wie, może nawet odnieść sukces.
Co do samych taśm, pozostaje problem co dalej z nimi. Czy warto szukać, kto za nimi stoi? Dla opcji rządzącej najlepszy był by układ, w którym okazałoby się że za tym stoi jakiś sfrustrowany biznesmen/polityk ogólnie osoba prywatna. Co prawda prawica usiłowałaby z niego robić męczennika, ale generalnie sprawa zakończyłaby sie mniejszymi szkodami. jeśli okaże się ze za sprawa stały jakiekolwiek służby, rozpocznie się atak na rząd za brak kontroli nad służbami i brak ochrony kontrwywiadowczej i generalnie narażanie kraju na atak z zewnątrz.Dlaczego uważam ze jest bardziej niebezpieczne od męczennika? Ponieważ męczennik trafi wyłącznie do elektoratu PiSu i ogólnie nieprzychylnego PO, a argumenty o zagrożeniu państwa trafia do wszystkich, nawet do wyborców PO. Przeciąganie tego tematu jeszcze bardziej by pogrążyło opcje rządzącą. Oczywiście standardowym pociągnięciem PR w takiej sytuacji, jest budowanie atmosfery zagrożenia i skupianie społeczeństwa wokół władzy. Problem jest taki że z taką retoryką PO po prostu sobie nie radzi, i ma za słabe zaplecze PR żeby poprawnie to rozegrać. Po za tym oznaczałoby to zaostrzenie retoryki w polityce zagranicznej, a nie jestem pewien czy obecnie mamy takie możliwości. Wobec Rosji, wiele opcji poza zerwaniem stosunków dyplomatycznych nam już nie zostało, a to by było posuniecie ekstremalne. Dlatego podejrzewam że władze nie będą zbyt energicznie szukać winnych, bo niepokoją się co mogłyby znaleźć, i co potem z tym zrobić.
czwartek, 19 czerwca 2014
Taśmy, czyli jak z wpadki zrobić pełnowymiarową katastrofę.
Od kilku dni, jeśli chodzi o politykę, żyjemy taśmami tygodnika "Wprost". Wydaje sie ze jednak w sposób znaczący zachwieją naszą scena polityczna, choć na początku było to wątpliwe. Jednak dzięki zbiorowemu wysiłkowi zarówno premiera jak i służb oraz prokuratury, udało się coś co było najwyżej wpadką przekształcić w pełnowymiarowa katastrofę.
Przyjrzyjmy się sprawie od początku. "Wprost" publikuje fragmenty taśm, niewiadomego pochodzenia na których w trakcie prywatnych spotkań politycy rozmawiają. Rozmawiają o rożnych rzeczach, począwszy od kwestii prywatnych, na Amber Gold i polityce rządu skończywszy. Oprócz byłego ministra Nowaka, którego rozmowa była faktycznie dość niejasna i w sumie nadal nie wiem czy tez były wiceminister coś blokował czy nie, a jeśli tak to co, to w sumie na tych taśmach nic nie ma. Tak, język jest gorszący, niektóre opinie bardziej niz kontrowersyjne ale tak wygląda polityka od kuchni. Niestety, politycy żeby ustalić jakiś kompromis, muszą ze sobą rozmawiać, i droga do wspólnych rozwiązań tak wygląda. I tak jest w każdym ugrupowaniu i na każdym szczeblu, nawet najniższym samorządowym, choć tam język jest jeszcze bardziej gorszący. W tych nagraniach, nikt jednak nie wymuszał łapówki jak w aferze Rywina, sugerował szantażu jak u Skorupy, nie handlował stanowiskami jak w taśmach PSL czy wcześniej Samoobrony. Cała sytuacja była gorsząca ale nie była przestępstwem.
Takie też zaczęły dominować komentarze w prasie i mediach. bardziej uwagę zaczął przykuwać fakt, kto i na jakie zlecenie dokonał tych nagrań i czy powinno tak być ze ktokolwiek może bez przeszkód nagrywać najwyższych urzędników w państwie. Po początkowym oburzeniu, jednak znacząca część krytyki społecznej dotyczyła funkcjonowania służb, niekoniecznie treści rozmów. Oczywiście opozycja usiłowała podgrzewać atmosferę jednak uwaga zaczęła przenosić się własnie na role ABW i BOR w sprawie. Sprawa mogła rozjeść sie po kościach, ale w tym momencie wkracza do akcji premier wspomagany przez prezesa Belkę. Stwierdzenie, że nic się nie stało, styl w jaki premier się wypowiadał w połączeniu z arogancją prezesa NBP, rozsierdziły wszystkich.I w tym momencie znów uwaga wszystkich skupiła sie na Premierze.
Co powinien powiedzieć? Wyrazić "głębokie niezadowolenie ze swoich ministrów", "wyrazić oburzenie sposobem wyrażania się i rozmowy o Polsce", zadeklarować "rozpoczęcia prac nad szczegółowym wyjaśnieniem sprawy" oraz wyrazić swoje "głębokie zaniepokojenie brakiem osłony kontrwywiadowczej". I tutaj mógłby spokojnie przejść na temat Ukrainy, rosyjskiego zagrożenia, i sprawę spróbować rozegrać w sposób korzystny dla siebie. Tak pozostało wrażenie arogancji władzy i całkowitego ignorowania opinii społecznej.
Do kacji wkraczają ABW i prokuratura i zachowując się jak słoń w składzie porcelany zaogniają sytuacje i zwracja niemal całe środowisko dziennikarskie przeciw rządowi. Rozumiem że prokuratura potrzebuje dowodów, a ABW wykonuje jej zalecenia, ale czy to tak musi wygladać? Cały czas miałem wrażenie ze obie strony nie do końca zdają sobie sprawę czego chcą. ABW żądała jednej rzeczy, "Wprost" kategorycznie odmawiał wydania innej. I tak w koło. Ale niestety za całą sytuacje winę ponosi ABW.
Oczywiście prokuratura i ABW deklarowały że chcą tylko taśm, a nie danych źródeł. Dziennikarze maja prawa chronić swoje źródła zagwarantowane przez przepisy prawa. Co robi ABW? Usiłuje przeforsować standardową procedurę przeszukania w redakcji. i Co by się stało jakby z taśmami znaleźli namiary na źródła? Powiedzieli "przepraszamy, nic nie widzieliśmy"? Absurd. Panowie ze służb z nakazem prokuratorskim powinni się zwrócić do "Wprost" o te nagrania, a "Wprost" musiałby je im udostępnić. Udostępnić w taki sposób by chronić źródła. To jednak broszka dziennikarzy. Jeśliby odmówili, należałoby rozpocząć dalszą procedurę prawną. Załatwić wszystko w ramach miłej rozmowy z redaktorem naczelnym, a nie w trakcie przepychanki i wyrywania drzwi. Odmowa udostępnienia samych nagrań postawiłaby "Wprost" w nie najlepszym świetle i dała pole do dyskusji kto za tym stoi, a tak zostali męczennikami w walce o obronę wolności słowa. Nie dało się tego chyba gorzej zrobić. No może jakby policja jeszcze spałowała dziennikarzy, choć wytworzyła się taka atmosfera jakby to zrobili.
Jest źle. Może być gorzej? Może. Wystarczy znów dopuścić do głosu premiera. Po pierwsze przed wściekłym tłumem dziennikarzy umywa ręce. Oczywiście premier nie jest odpowiedzialny za działania prokuratury a ABW do pewnego stopnia jest niezależne, ale nie jest to moment kiedy ktokolwiek chce słuchać logicznych argumentów, ani sytuacja w której mogłyby zadziałać. Premier powinien wyrazić swoje oburzenie sytuacją, stwierdzić że takie rzeczy nie powinny się dziać, że ktoś na pewno przekroczył swoje uprawnienia oraz że szef ABW będzie miał się z czego tłumaczyć i podpadł mu drugi raz w ciągu dwóch dni. Ludzie oczekiwali reakcji a nie kolejnego wzruszenia ramion. Co gorsza premier zaczął snuć teorie spiskowe. Na nie było miejsce dzień wcześniej, a nie teraz. Po sytuacji we "Wprost" rozsierdziły tylko dziennikarzy bardziej i zostały potraktowane jako nieudolne próby odwrócenia uwagi.
Mam jedną wątpliwość, która wyrażałem na tym blogu kilkukrotnie. Co z PR premiera i rządu? Nie istnieje. Kiedyś PO miała wzorcowy PR. teraz, nieistniejący. Nikt tam chyba nie słyszał o zarządzaniu kryzysem w PR, bo nikt nie próbuje nawet tego robić. Działania wydają się przypadkowe, nieprzemyślane. Nikt nad kryzysem nie stara się zapanować a co dopiero mówić o kierowaniu nim. Jeśli tak dalej pójdzie to faktycznie może się udać obalić rząd, a w zasadzie rząd obali się sam, bez specjalnej pomocy z zewnątrz, przez własną indolencję w zakresie zarządzania PR.
Czy będą wcześniejsze wybory? Zależy kto był by nimi zainteresowany. Obecnie do wyborów może przeć SLD, licząc że po wyborach, jako koalicjant, dojdzie w końcu do władzy. Na miejscu PSL był bym raczej ostrożny bo ich notowania nie wyglądają najlepiej. Drobnica parlamentarna raczej nie powinna ciążyć w kierunku wyborów, bo tak mają jeszcze rok działalności, a po wyborach czeka ich raczej niebyt. Co z PiS i PO? Tutaj nie wiem. PiS niekoniecznie musi chcieć wyborów teraz. Mogą czekać aby PO bardziej się pogrążyło i wtedy może mieliby nawet szanse na rządy samodzielne. Mogą już teraz spróbować zawalczyć, ale wtedy wątpliwe wydaje się ich dojście do władzy ze względu na zerową zdolność koalicyjną. Wszystko zależy od prezesa.
Dlaczego PO miałoby chcieć wyborów? Ucieczka do przodu. Przy braku wiary w powodzenie dalszych rządów, może pojawić się opinia by wybory zrobić jak najszybciej, gdy sondaże są jeszcze "jakie takie". Wtedy na prawdę zastanawiałbym się czy warto oddać głos na PO. Skoro sami nie wierzą w to co robią, to dlaczego mieliby wierzyć wyborcy?
Przyjrzyjmy się sprawie od początku. "Wprost" publikuje fragmenty taśm, niewiadomego pochodzenia na których w trakcie prywatnych spotkań politycy rozmawiają. Rozmawiają o rożnych rzeczach, począwszy od kwestii prywatnych, na Amber Gold i polityce rządu skończywszy. Oprócz byłego ministra Nowaka, którego rozmowa była faktycznie dość niejasna i w sumie nadal nie wiem czy tez były wiceminister coś blokował czy nie, a jeśli tak to co, to w sumie na tych taśmach nic nie ma. Tak, język jest gorszący, niektóre opinie bardziej niz kontrowersyjne ale tak wygląda polityka od kuchni. Niestety, politycy żeby ustalić jakiś kompromis, muszą ze sobą rozmawiać, i droga do wspólnych rozwiązań tak wygląda. I tak jest w każdym ugrupowaniu i na każdym szczeblu, nawet najniższym samorządowym, choć tam język jest jeszcze bardziej gorszący. W tych nagraniach, nikt jednak nie wymuszał łapówki jak w aferze Rywina, sugerował szantażu jak u Skorupy, nie handlował stanowiskami jak w taśmach PSL czy wcześniej Samoobrony. Cała sytuacja była gorsząca ale nie była przestępstwem.
Takie też zaczęły dominować komentarze w prasie i mediach. bardziej uwagę zaczął przykuwać fakt, kto i na jakie zlecenie dokonał tych nagrań i czy powinno tak być ze ktokolwiek może bez przeszkód nagrywać najwyższych urzędników w państwie. Po początkowym oburzeniu, jednak znacząca część krytyki społecznej dotyczyła funkcjonowania służb, niekoniecznie treści rozmów. Oczywiście opozycja usiłowała podgrzewać atmosferę jednak uwaga zaczęła przenosić się własnie na role ABW i BOR w sprawie. Sprawa mogła rozjeść sie po kościach, ale w tym momencie wkracza do akcji premier wspomagany przez prezesa Belkę. Stwierdzenie, że nic się nie stało, styl w jaki premier się wypowiadał w połączeniu z arogancją prezesa NBP, rozsierdziły wszystkich.I w tym momencie znów uwaga wszystkich skupiła sie na Premierze.
Co powinien powiedzieć? Wyrazić "głębokie niezadowolenie ze swoich ministrów", "wyrazić oburzenie sposobem wyrażania się i rozmowy o Polsce", zadeklarować "rozpoczęcia prac nad szczegółowym wyjaśnieniem sprawy" oraz wyrazić swoje "głębokie zaniepokojenie brakiem osłony kontrwywiadowczej". I tutaj mógłby spokojnie przejść na temat Ukrainy, rosyjskiego zagrożenia, i sprawę spróbować rozegrać w sposób korzystny dla siebie. Tak pozostało wrażenie arogancji władzy i całkowitego ignorowania opinii społecznej.
Do kacji wkraczają ABW i prokuratura i zachowując się jak słoń w składzie porcelany zaogniają sytuacje i zwracja niemal całe środowisko dziennikarskie przeciw rządowi. Rozumiem że prokuratura potrzebuje dowodów, a ABW wykonuje jej zalecenia, ale czy to tak musi wygladać? Cały czas miałem wrażenie ze obie strony nie do końca zdają sobie sprawę czego chcą. ABW żądała jednej rzeczy, "Wprost" kategorycznie odmawiał wydania innej. I tak w koło. Ale niestety za całą sytuacje winę ponosi ABW.
Oczywiście prokuratura i ABW deklarowały że chcą tylko taśm, a nie danych źródeł. Dziennikarze maja prawa chronić swoje źródła zagwarantowane przez przepisy prawa. Co robi ABW? Usiłuje przeforsować standardową procedurę przeszukania w redakcji. i Co by się stało jakby z taśmami znaleźli namiary na źródła? Powiedzieli "przepraszamy, nic nie widzieliśmy"? Absurd. Panowie ze służb z nakazem prokuratorskim powinni się zwrócić do "Wprost" o te nagrania, a "Wprost" musiałby je im udostępnić. Udostępnić w taki sposób by chronić źródła. To jednak broszka dziennikarzy. Jeśliby odmówili, należałoby rozpocząć dalszą procedurę prawną. Załatwić wszystko w ramach miłej rozmowy z redaktorem naczelnym, a nie w trakcie przepychanki i wyrywania drzwi. Odmowa udostępnienia samych nagrań postawiłaby "Wprost" w nie najlepszym świetle i dała pole do dyskusji kto za tym stoi, a tak zostali męczennikami w walce o obronę wolności słowa. Nie dało się tego chyba gorzej zrobić. No może jakby policja jeszcze spałowała dziennikarzy, choć wytworzyła się taka atmosfera jakby to zrobili.
Jest źle. Może być gorzej? Może. Wystarczy znów dopuścić do głosu premiera. Po pierwsze przed wściekłym tłumem dziennikarzy umywa ręce. Oczywiście premier nie jest odpowiedzialny za działania prokuratury a ABW do pewnego stopnia jest niezależne, ale nie jest to moment kiedy ktokolwiek chce słuchać logicznych argumentów, ani sytuacja w której mogłyby zadziałać. Premier powinien wyrazić swoje oburzenie sytuacją, stwierdzić że takie rzeczy nie powinny się dziać, że ktoś na pewno przekroczył swoje uprawnienia oraz że szef ABW będzie miał się z czego tłumaczyć i podpadł mu drugi raz w ciągu dwóch dni. Ludzie oczekiwali reakcji a nie kolejnego wzruszenia ramion. Co gorsza premier zaczął snuć teorie spiskowe. Na nie było miejsce dzień wcześniej, a nie teraz. Po sytuacji we "Wprost" rozsierdziły tylko dziennikarzy bardziej i zostały potraktowane jako nieudolne próby odwrócenia uwagi.
Mam jedną wątpliwość, która wyrażałem na tym blogu kilkukrotnie. Co z PR premiera i rządu? Nie istnieje. Kiedyś PO miała wzorcowy PR. teraz, nieistniejący. Nikt tam chyba nie słyszał o zarządzaniu kryzysem w PR, bo nikt nie próbuje nawet tego robić. Działania wydają się przypadkowe, nieprzemyślane. Nikt nad kryzysem nie stara się zapanować a co dopiero mówić o kierowaniu nim. Jeśli tak dalej pójdzie to faktycznie może się udać obalić rząd, a w zasadzie rząd obali się sam, bez specjalnej pomocy z zewnątrz, przez własną indolencję w zakresie zarządzania PR.
Czy będą wcześniejsze wybory? Zależy kto był by nimi zainteresowany. Obecnie do wyborów może przeć SLD, licząc że po wyborach, jako koalicjant, dojdzie w końcu do władzy. Na miejscu PSL był bym raczej ostrożny bo ich notowania nie wyglądają najlepiej. Drobnica parlamentarna raczej nie powinna ciążyć w kierunku wyborów, bo tak mają jeszcze rok działalności, a po wyborach czeka ich raczej niebyt. Co z PiS i PO? Tutaj nie wiem. PiS niekoniecznie musi chcieć wyborów teraz. Mogą czekać aby PO bardziej się pogrążyło i wtedy może mieliby nawet szanse na rządy samodzielne. Mogą już teraz spróbować zawalczyć, ale wtedy wątpliwe wydaje się ich dojście do władzy ze względu na zerową zdolność koalicyjną. Wszystko zależy od prezesa.
Dlaczego PO miałoby chcieć wyborów? Ucieczka do przodu. Przy braku wiary w powodzenie dalszych rządów, może pojawić się opinia by wybory zrobić jak najszybciej, gdy sondaże są jeszcze "jakie takie". Wtedy na prawdę zastanawiałbym się czy warto oddać głos na PO. Skoro sami nie wierzą w to co robią, to dlaczego mieliby wierzyć wyborcy?
środa, 4 czerwca 2014
Kilka słów na temat liczenia głosów.
Nie jest dla nikogo zaskoczeniem że PiS ma wątpliwości. Zawsze ma. Tym razem maja zastrzeżenia do sposobu liczenia głosów. Co tez nie powinno dziwić, jeszcze przed wyborami ogłosili że wybory zostaną sfałszowane. Najbardziej bawi mnie fakt że jeśli wybory faktycznie były sfałszowane, to PiS musiał aktywnie w tym uczestniczyć. PiS mógł desygnować do każdej komisji wyborczej swoich ludzi - co najmniej jedną osoba. Nie mówię tu o mężach zaufania, tylko o członkach komisji, czyli osobach które aktywnie w liczeniu uczestniczą. Dodatkowo, tam gdzie były problemy z obsadą komisji, a były w wielu miejscach - 100 złotych traci swoją magie i nie wszyscy chcą za taka sumę siedzieć w lokalu 24 godziny a czasem i więcej- przyjmowano wszystkich zgłoszonych, jak leci i można było mieć w komisji więcej niż jedną osobę. Plus oczywiście mężowie zaufania. Czyli w każdej komisji PiS mógł mieć minimum 2 osoby albo nawet więcej. Oznacza to ze bez aktywnego udziału PiS wyborów nie dałoby się sfałszować. Sfałszowane na wyższym szczeblu? Problem w tym ze część komisarzy wyborczych była mianowana za rządów PiS, a dodatkowo wszystkie protokoły komisji są jawne - można samodzielnie je podliczyć - robota żmudna, ale do wykonania. Zresztą PiS aktualnie próbuje to zrobić i nie podejrzewam żeby wynik się specjalnie różnił. PiSowi z drugiej strony rzeczywistość nigdy w niczym nie przeszkadzała, więc to co ogłoszą może być tez zabawne.
Jeśli chodzi o prace komisji, zarówno PKW jak i komisji niższego szczebla. Po pierwsze w obwodowych komisjach zsiadają zawsze amatorzy. Ludzie którzy się zgłosili zwabieni owymi 100 złotymi i pobłogosławieni przez ugrupowanie z którym sympatyzują. Mają oczywiście szkolenie, niestety dość krótkie. Większość z nich potem nawet nie zna ordynacji wyborczej a procedury w sposób bardzo ramowy. Przewodniczący często nie potrafi w sposób właściwy wypełnić protokołu, nie mówiąc o członkach komisji którzy maja problemy z liczeniem i po przeliczaniu głosów za każdym razem wychodzi im coś innego. Widziałem jak protokół był odsyłany z powodu błędów formalnych nawet kilkanaście razy i komisja musiała siedzieć jeszcze jeden dzień. Mówimy tutaj o ochotnikach którzy często robią to po raz pierwszy w życiu i najczęściej potem już nie chcą tego doświadczenia powtarzać. Oczywiście pomaga gdy w komisji są osoby dla których nie są to pierwsze wybory, ale nie w każdej komisji takie osoby są. Dlatego problemy z protokołami były zawsze, są i z całą pewnością będą w przyszłości. Nie zmienimy tego. No chyba że PiS chce zorganizować profesjonalne komisje wyborcze z pracownikami etatowymi... Na pewno pomoże to w zmniejszeniu bezrobocia, ale w sposób kosmiczny zwiększy dziurę budżetową.
Czy u nas są z tym największe problemy, i to, jak mówi poseł Hofman, wstyd przed Europą? Oczywiście że nie. W Wielkiej Brytanii na przykład niektóre komisje wyborcze skończyły pracę, t.j. podliczanie głosów dopiero w poniedziałek. Problem w tym ze wybory tam odbyły się w sobotę, i do poniedziałku nie były w stanie spłynąć wszystkie wyniki ze wszystkich komisji. Więc, mimo wszystko, u nas liczono cały dzień krócej. Akurat jeśli chodzi o nasz system wyborczy to on jednak działa, może nie bez zarzutu, ale działa.
Jeśli chodzi o prace komisji, zarówno PKW jak i komisji niższego szczebla. Po pierwsze w obwodowych komisjach zsiadają zawsze amatorzy. Ludzie którzy się zgłosili zwabieni owymi 100 złotymi i pobłogosławieni przez ugrupowanie z którym sympatyzują. Mają oczywiście szkolenie, niestety dość krótkie. Większość z nich potem nawet nie zna ordynacji wyborczej a procedury w sposób bardzo ramowy. Przewodniczący często nie potrafi w sposób właściwy wypełnić protokołu, nie mówiąc o członkach komisji którzy maja problemy z liczeniem i po przeliczaniu głosów za każdym razem wychodzi im coś innego. Widziałem jak protokół był odsyłany z powodu błędów formalnych nawet kilkanaście razy i komisja musiała siedzieć jeszcze jeden dzień. Mówimy tutaj o ochotnikach którzy często robią to po raz pierwszy w życiu i najczęściej potem już nie chcą tego doświadczenia powtarzać. Oczywiście pomaga gdy w komisji są osoby dla których nie są to pierwsze wybory, ale nie w każdej komisji takie osoby są. Dlatego problemy z protokołami były zawsze, są i z całą pewnością będą w przyszłości. Nie zmienimy tego. No chyba że PiS chce zorganizować profesjonalne komisje wyborcze z pracownikami etatowymi... Na pewno pomoże to w zmniejszeniu bezrobocia, ale w sposób kosmiczny zwiększy dziurę budżetową.
Czy u nas są z tym największe problemy, i to, jak mówi poseł Hofman, wstyd przed Europą? Oczywiście że nie. W Wielkiej Brytanii na przykład niektóre komisje wyborcze skończyły pracę, t.j. podliczanie głosów dopiero w poniedziałek. Problem w tym ze wybory tam odbyły się w sobotę, i do poniedziałku nie były w stanie spłynąć wszystkie wyniki ze wszystkich komisji. Więc, mimo wszystko, u nas liczono cały dzień krócej. Akurat jeśli chodzi o nasz system wyborczy to on jednak działa, może nie bez zarzutu, ale działa.
piątek, 23 maja 2014
Kampania wyborcza. Podsumowanie przed ciszą.
Od jutra zaczyna się cisza wyborcza. Cezura ta chyba nie będzie zauważona przez społeczeństwo, bo aktualna kampania była bez wyrazu, nudna i bez sensu. Widać ze nikt, z partiami na czele, nie widzi sensu w wydawaniu dużych pieniędzy na kampanię. Cała kampania sprawia wrażenie robionej na kolanie, na chybcika, "żeby była".
Właśnie objerzałem spoty wyborcze zamieszczone przez TV24 tutaj. Pomijając jakość spotów, te Twojego ruchu są przynajmniej spójne w formie. Treść niestety nie. Spot z panią która mówi gdzie ludzie wszystko mają, wbrew pozorom nie jest taki zły. Jest przynajmniej inny i może trafić do swojej grupy docelowej. Z kolei spoty PO... Od sasa do lasa. Widać że każdy miał wolną rękę i robi co chce. A wyszło jak wyszło - tragicznie. Posłowie PiS wcale nie są lepsi. Zastanawia jedno. Słabość materiałów kandydatów z dalszych pozycji byłaby zrozumiała. Dalsza pozycja, mniej pieniędzy na kampanię, brak fachowego wsparcia. Ale żeby tak wyglądały materiały ludzi z jedynek i dwójek?? Za pieniądze które wydano na kampanie nie można było wynająć profesjonalnych firm które owe materiały odpowiednio przygotowały? Albo tez jakość firm współpracujących z głównymi graczami mocno podupadła, albo generalnie polski rynek usług reklamowo-marketingowych ostro zdołował. W to drugie raczej nie uwierzę, bo znam szereg dobrych a nawet bardzo dobrych podmiotów które potrafiłyby taką kampanię profesjonalnie zorganizować. Wszyscy jednak zdecydowali się na kampanie w stylu "garażowym". Może amatorszczyzna ma swój urok, ale naprawdę nie działa. Wygląda to tak jakby wszyscy zdecydowali zrezygnować z czarnej kampanii i postanowili ośmieszyć się sami. Tylko jeszcze jako tako trzymają poziom spoty partii jako ugrupowań.
To nas prowadzi do drugiej kwestii. Tematu kampanii. Zazwyczaj w kampaniach wyborczych da się wyłowić główny nurt, główne tematy o których sie mówi, linie ataków i odpowiedzi. W tej kampanii nie ma. W zasadzie jedyna spójna dyskusja która się toczy to czy Korwin-Mikke jest wariatem i czy to co mówi to mówi na poważnie czy też podpuszcza wszystkich. W sumie z braku innych tematów do dyskusji, kwestia poczytalności lidera Nowej Prawicy zdominowała dyskurs, na czym oczywiście i Nowa Prawica i Korwin korzystają.
PO jako temat kampanii centralnej wybrała kwestię zagrożenia zewnętrznego (Rosja) i usiłuje straszyć Polaków. Czy skutecznie? Jeszcze miesiąc temu niektórzy Polacy nerwowo sprawdzali książeczki wojskowe, by sobie przypomnieć czy mogą zostać powołani a jak tak to gdzie. Obecnie kryzys ukraiński spowszedniał. Eskaluje ale w ślimaczym tempie i przywykliśmy do życia w jego cieniu. Dlatego obecnie skuteczność tej retoryki jest znacznie niższa. Poza zagrożeniem, niewiele się przebija a PO miałaby czym zagrać. Pozyskano jedne z największych funduszy unijnych, te dotychczas wydane zmodernizowały kraj. Akurat w kwestii UE Platforma ma się czym pochwalić. Tylko niektórzy europosłowie sięgają do tych tematów reklamując własne osoby. Trochę szkoda tak oczywistego a w wielu miejscach fizycznie widocznego (wybudowane obiekty)sukcesu którego sie nie wykorzystuje. Podejrzewam ze za rok za wszelką cenę PO będzie usiłowała odwrócić uwagę od sytuacji wewnętrznej pokazując sukcesy w Unii.
PiS ma problem. PO zabrała im ulubiony temat, czyli zagrożenie zewnętrzne czające się ze wschodu. Widać że w tej sytuacji działacze PiS mają problemy z odnalezieniem się. Oczywiście atakują politykę Tuska, ale bez przekonania i konsekwencji. Słusznie sięgnięto do problemów z własnego podwórka pokazując większość bolączek trapiących polaków i... absolutnie tego nie wykorzystano. Spoty PiS w większości dość dobrze wykonane, mimo ze przegadane i za długie, w znacznej części trafnie diagnozują sytuacje w kraju i.... tyle. Brak jest jakichkolwiek odpowiedzi. Jeśli juz sie pojawiają to nie sa to odpowiedzi na postawione w spotach pytania. Widać że PiS najpewniej czuje się w tematach wartości. bardzo często do nich wraca, problem w tym że z wyjątkiem ich żelaznego elektoratu ta tematyka nikogo nie obchodzi (no może jeszcze zagorzałych przeciwników PiS). Świetnie rozpoczęty spot do młodych prowadzi w sumie donikąd. Spoty dają jasną wiadomość jest źle - jest to diagnoza z która wbrew pozorom zgodzi się znaczna cześć społeczeństwa. Potrzeba dopełnienia, zrobimy tak żeby było dobrze. Za to jest "słuchamy ludzi" czy "tak się zwycięża". jedno nie pasuje do drugiego. Co bezrobotnego młodego człowieka obchodzi że w prasie zachodniej piszą o "polskich obozach zagłady?". Zresztą sam ma zapewne mętne pojęcie co to było, a jeśli jest skrajnym prawicowcem to może nawet nie zrozumieć o co chodzi. Dlatego przekaz PiS trafia w znacznej części w pustkę. Wygląda to tak jakby PiS interesował wyłącznie żelazny elektorat i nie chciał zawalczyć o wcale niemała rzeszę niezadowolonych z rządów PO.
Co do pozostałego "planktonu", ich kampanie sa podobne i opierają sie na jednym założeniu: "my też jesteśmy ważni, jesteśmy tutaj!". Wygląda to cokolwiek żałośnie i trudno się dziwić ze nie odnosi skutku.
Skąd sukces Nowej Prawicy wśród tego "planktonu"? Ponieważ jako jedyne ugrupowanie ma jakikolwiek przekaz dotyczący tego co ludzi najbardziej nurtuje: sytuacji gospodarczej. jest to przekaz spójny i konsekwentny. Powtarzany przez Korwina-Mikke od lat. Sporo rozwiązań gospodarczych przez niego proponowanych jest odbieranych, szczególnie przez przedsiębiorców, jako sensowne. Stąd jego aktualny sukces. Ba! Mógłby nawet pomyśleć o naprawdę dobrym, kilkunastoprocentowym wyniku, gdyby nie pozostała część przekazu, który dla większości jest bełkotem. Większość ludzi wybiera z tego co mówi Korwin-Mikke to co sensowne i ma nadzieję ze pozostała część jest "dla jaj". Jednak niepokoi się ze może nie być, co z kolei przeraża. Gdyby lider Nowej Prawicy bardziej uważał na to co mówi, odpuścił sobie część tematów, jego sukces mógłby być nawet prawdopodobny. Obecnie jednak, w blasku fleszy, rzuca coraz dziwniejsze komentarze a dziennikarze ku uciesze oglądających pozwalają mu się pogrążać. Dlatego, mimo sondaży wątpię w końcowy sukces Nowej Prawicy. Zresztą już za dwa dni dowiemy się kto wygrał te żenujące, na jakże wielu płaszczyznach, zmagania.
wtorek, 15 kwietnia 2014
Ukraina, równia pochyła?
Sytuacja na Ukrainie szybko się pogarsza. Dwie rzeczy wiemy na pewno. Po pierwsze nowe władze nie mają kontroli ani nad terytorium kraju ani nad służbami. Po drugie wydaje się że sytuacja wewnętrzna Rosji jest bardziej skomplikowana niż się wydawało. Dlaczego?
Zacznę od Rosji. Polityka zagraniczna jest funkcją polityki wewnętrznej. Biorąc pod uwagę interesy Państwa Rosyjskiego sytuacja na na Ukrainie rozwiązana powinna zostać w następujący sposób. Krym dostaje niepodległość uznaną przez Kreml i funkcjonuje jak inne quazi niepodległe byty jak Abchazja czy Osetia. W takim układzie byłoby możliwe nawet uznanie w jakiejś formie nowego bytu przez władze ukraińskie. Kasus Kosowa idealnie sie wpisuje do tego przypadku, więc i kraje zachodnie słabo by protestowały i straty wizerunkowe byłyby nieznaczne. Co do wschodniej Ukrainy wystarczyłoby poczekać do zimy by weszły w życie reformy wprowadzane przez Kijów a wtedy autentyczny ludowy ruch oburzenia i protestu oderwałby wschodnie prowincje od Ukrainy. Ukraińcy nie sa gotowi na kilkukrotny (kilkunastokrotny?) wzrost cen bez wzrostu płac a nawet z ich spadkiem i wzrostem bezrobocia. Tam nie ma, szczególnie na wschodzie, tego entuzjazmu który byłw Polsce w 89, nie ma gotowości do ponoszenia wyrzeczeń, wiec bunt na wschodzie był by raczej nieunikniony. Dlaczego wiec Krym jest już częścią Rosji a na wschodzie szaleją rosyjscy separatyści? Dlaczego Rosji sie spieszy? Wygląda na to ze Putinowi konieczne są sukcesy na "już" i to spektakularne. Sukcesy które mogą odwrócić uwagę opinii publicznej od sytuacji wewnętrznej. Po za tym twarda odpowiedź zachodu daje możliwość budowania atmosfery strachu i jednoczenia społeczeństwa wobec zagrożenia wokół władzy. Nie krytykuje bynajmniej stanowiska zachodu, mocna a nawet mocniejsza odpowiedź jest konieczna. Gdyby jej nie było przestano by traktować zachód poważnie. Jedno wynika z drugiego. Dlatego po deklaracjach polityków ze "Rosje powstrzymano" i "sankcje odnoszą skutek" byłem w zasadzie pewny że Rosja zaostrzy sytuację żeby pokazać ze nikogo i niczego sie nie boi. To wzmacnia wewnętrznie pozycje Putina. Z tym że prowadzi do dalszego zaognienia sytuacji. Czy doprowadzi to do wojny? Trudno powiedzieć.
Tu dochodzimy do drugiego problemu. Braku kontroli władz w Kijowie nad resortami siłowymi. W sumie nie jestem zaskoczony. Berkut rozwiązano a dowódców aresztowano za to że wykonywali rozkazy legalnie wybranego prezydenta żeby strzelać do ludzi. Teraz nowe władze wydają rozkaz strzelania do ludzi, i zostaje pytanie kto i dlaczego miałby je wykonać? Kto zagwarantuje oficerowi że za miesiąc lub dwa nie wyląduje w wiezieniu za to ze wykonywał rozkazy? Siły bezpieczeństwa wydaja sie wybierać drogę "po środku". Jeśli da sie dogadać z separatystami żeby zrobili cos po dobroci, to to robią. Jeśli natomiast przychodzi rozkaz użycia siły, jest on w większości przypadków ignorowany. Pozostaje pytanie czy w wypadku interwencji rosyjskiej armia ukraińska stawi opór. Znaczna część jej kadry to Rosjanie. Kadry której pensje się spóźniają lub sie ich nie wypłaca, kadry której Rosjanie obiecują kilkukrotny wzrost pensji. A jeśli Ukraińcy nie będą chcieli sie bronic sami to kto ma to zrobić za nich? Wydaje się że opinia publiczna w Rosji jest gotowa na konflikt zbrojny i co ważniejsze jego konsekwencje przynajmniej w krótkim okresie czasu, więc Putin ma ten komfort ze nie musi sie cofać. Jak na razie raczej inwazji nie planuje. 40 tys. żołnierzy nad granicami to brzmi groźnie, ale realnie w jednostkach pierwszorzutowych będzie do 15 tys. ludzi. Nie jest to porażająca siła. By myśleć o zajęciu i okupacji Doniecka Rosja musi wystawić znacznie większe siły. Gdy amerykanie doliczą się 200 tys żołnierzy nad ukraińską granicą to znaczy że Rosjanie są gotowi. Jeśli natomiast Donieck opanowałoby te 15 tys ludzi, należy zadać pytanie o przyszłość państwa ukraińskiego, skoro jego bytem nie są zainteresowani jego obywatele.
Zacznę od Rosji. Polityka zagraniczna jest funkcją polityki wewnętrznej. Biorąc pod uwagę interesy Państwa Rosyjskiego sytuacja na na Ukrainie rozwiązana powinna zostać w następujący sposób. Krym dostaje niepodległość uznaną przez Kreml i funkcjonuje jak inne quazi niepodległe byty jak Abchazja czy Osetia. W takim układzie byłoby możliwe nawet uznanie w jakiejś formie nowego bytu przez władze ukraińskie. Kasus Kosowa idealnie sie wpisuje do tego przypadku, więc i kraje zachodnie słabo by protestowały i straty wizerunkowe byłyby nieznaczne. Co do wschodniej Ukrainy wystarczyłoby poczekać do zimy by weszły w życie reformy wprowadzane przez Kijów a wtedy autentyczny ludowy ruch oburzenia i protestu oderwałby wschodnie prowincje od Ukrainy. Ukraińcy nie sa gotowi na kilkukrotny (kilkunastokrotny?) wzrost cen bez wzrostu płac a nawet z ich spadkiem i wzrostem bezrobocia. Tam nie ma, szczególnie na wschodzie, tego entuzjazmu który byłw Polsce w 89, nie ma gotowości do ponoszenia wyrzeczeń, wiec bunt na wschodzie był by raczej nieunikniony. Dlaczego wiec Krym jest już częścią Rosji a na wschodzie szaleją rosyjscy separatyści? Dlaczego Rosji sie spieszy? Wygląda na to ze Putinowi konieczne są sukcesy na "już" i to spektakularne. Sukcesy które mogą odwrócić uwagę opinii publicznej od sytuacji wewnętrznej. Po za tym twarda odpowiedź zachodu daje możliwość budowania atmosfery strachu i jednoczenia społeczeństwa wobec zagrożenia wokół władzy. Nie krytykuje bynajmniej stanowiska zachodu, mocna a nawet mocniejsza odpowiedź jest konieczna. Gdyby jej nie było przestano by traktować zachód poważnie. Jedno wynika z drugiego. Dlatego po deklaracjach polityków ze "Rosje powstrzymano" i "sankcje odnoszą skutek" byłem w zasadzie pewny że Rosja zaostrzy sytuację żeby pokazać ze nikogo i niczego sie nie boi. To wzmacnia wewnętrznie pozycje Putina. Z tym że prowadzi do dalszego zaognienia sytuacji. Czy doprowadzi to do wojny? Trudno powiedzieć.
Tu dochodzimy do drugiego problemu. Braku kontroli władz w Kijowie nad resortami siłowymi. W sumie nie jestem zaskoczony. Berkut rozwiązano a dowódców aresztowano za to że wykonywali rozkazy legalnie wybranego prezydenta żeby strzelać do ludzi. Teraz nowe władze wydają rozkaz strzelania do ludzi, i zostaje pytanie kto i dlaczego miałby je wykonać? Kto zagwarantuje oficerowi że za miesiąc lub dwa nie wyląduje w wiezieniu za to ze wykonywał rozkazy? Siły bezpieczeństwa wydaja sie wybierać drogę "po środku". Jeśli da sie dogadać z separatystami żeby zrobili cos po dobroci, to to robią. Jeśli natomiast przychodzi rozkaz użycia siły, jest on w większości przypadków ignorowany. Pozostaje pytanie czy w wypadku interwencji rosyjskiej armia ukraińska stawi opór. Znaczna część jej kadry to Rosjanie. Kadry której pensje się spóźniają lub sie ich nie wypłaca, kadry której Rosjanie obiecują kilkukrotny wzrost pensji. A jeśli Ukraińcy nie będą chcieli sie bronic sami to kto ma to zrobić za nich? Wydaje się że opinia publiczna w Rosji jest gotowa na konflikt zbrojny i co ważniejsze jego konsekwencje przynajmniej w krótkim okresie czasu, więc Putin ma ten komfort ze nie musi sie cofać. Jak na razie raczej inwazji nie planuje. 40 tys. żołnierzy nad granicami to brzmi groźnie, ale realnie w jednostkach pierwszorzutowych będzie do 15 tys. ludzi. Nie jest to porażająca siła. By myśleć o zajęciu i okupacji Doniecka Rosja musi wystawić znacznie większe siły. Gdy amerykanie doliczą się 200 tys żołnierzy nad ukraińską granicą to znaczy że Rosjanie są gotowi. Jeśli natomiast Donieck opanowałoby te 15 tys ludzi, należy zadać pytanie o przyszłość państwa ukraińskiego, skoro jego bytem nie są zainteresowani jego obywatele.
poniedziałek, 24 marca 2014
Polityczne szambo, transfery, czyli tak się robi poltykę
Najpierw media i politycy rozwodzili się nad transferem Kamińskiego do PO. Zastanawiano się dlaczego, nad poglądami Kamińskiego oraz Tuska, oraz zastanawiano się, mówiąc wprost, kto jest zdrajcą. Obecnie zarówno prasa jak i politycy zajmują sie Palikotem i jego wypowiedzią jak wykorzystać kwestię dzieci niepełnosprawnych. Ponownie dyskutuje się o moralności w polityce, potępiając w czambuł przywódce Twojego Ruchu. Czy słusznie?
Z punktu widzenia etyki i zasad moralnych, słusznie, jednak, wbrew pozorom nie o to chodzi w polityce. Chodzi o skuteczność i władzę. Jeszcze na studiach zadano mi pytanie czy polityk ma byc uczciwy czy skuteczny. Oczywiście większość nas, idealistycznych studentów wykrzyknęła że powinien być skuteczny i uczciwy. Niestety nie da się tak. Polityka to sztuka kompromisu, porozumienia. Żeby sie dogadać trzeba zrezygnować z części swoich postulatów, czyli pojawia się pierwszy zarzut że kłamało się w trakcie kampanii wyborczej. Potem w trakcie dalszej działalności, wobec konieczności działań z ludźmi i w określonej sytuacji, zmusza do rezygnacji z pewnych zasad i punktów programu. Jeśli polityk tego nie potrafi lub nie chce, nie może być skuteczny.
Dodatkowo, o czym juz wcześniej wspominałem, w polityce nie chodzi o dobro ogółu, społeczeństwa czy państwa. O tym nie mówi żadna z definicji polityki. Chodzi o interesy i władzę danego polityka i jego ugrupowania. O nic więcej. To do nas wyborców, należy wybór czy ta wizja nam odpowiada czy nie. Politycy myślą o sobie i własnych interesach i to jest normalne. My określamy czy ich interesy zbliżone sa do naszych i czy powinni, w naszym imieniu, sprawować władzę. Politycy za wszelką cenę usiłują utrzymać się na powierzchni i utrzymać zaintereswoanie wyborców. Dlatego tak częste w systemach wielopartyjnych transfery. Jeśli partia traci wyborców, politycy szukają kogoś kto by ich przygarnął i zagwarantował dalszy "byt polityczny". Jest to korzystne dla ugrupowań przyjmujących gdyż zawsze taki "nowy zawodnik" może przyciągnąć trochę wyborców, a po za tym tworzy wrażenie że partia przyjmująca jest otwarta na wszystkie środowiska. Tylko postacie mocno kontrowersyjne mogą być niebezpieczne i nie wszyscy muszą się zdecydować na przyjecie takiego uciekiniera.
Realnie w Polsce niemal każdy polityk zaliczył po kilka ugrupowań. Do rozpadu SLD to politycy lewicowi byli najbardziej "stabilni", to się zmieniło i także lewa strona ostro się podzieliła i także tam zaczęły się energiczne transfery. Jednak jeśli Rokita w trakcie swojej kariery zaliczył 6 ugrupowań tak Leszek Miller 5 (bez PZPR za to dwa razy SLD). Nawet Jarosław Kaczyński zdążył zaliczyć 4 ugrupowania. W Polsce system partyjny jest nadal dość rozchwiany. Obecny układ, mimo że wydaje sie być trwały, wcale taki być nie musi. Dlatego wcale nie jest pewne czy nasi główni gracze na arenie politycznej nie zalicza jeszcze jakiegoś ugrupowania. To my, swoimi głosami, utrzymujemy ich przy politycznym życiu.
Odnośnie Palikota, to niestety tak to naprawdę wygląda. KAŻDE ugrupowanie polityczne, stara się wykorzystać KAŻDE wydarzenie na swoją korzyść. Stad Kaczyński na Majdanie, stad prawdziwy festiwal polityków którzy obecnie fotografują się z protestującymi rodzicami w sejmie. Wszystko co pomoże naszej sprawie a pogrąży przeciwników jest dobre. WSZYSTKO. Jest kilka systemów politycznych w którym wszystkie ugrupowania współpracują, jednak nie są to systemy demokratyczne lub quazi demokratyczne. Jak napisał klasyk "W totalitaryzmie wszyscy ciągną razem. W demokracji każdy ciągnie do siebie". Wyborca musi brać poprawkę na to co się dzieje i na próby manipulacji. Nic nie zastąpi trzeźwego osądu. Jak najbardziej postrzegać politykę racjonalnie a nie emocjonalnie. Podstawą polityki są emocje i tylko poprzez nie politycy mogą manipulować wyborcami, dlatego zawsze starają się do tego sprowadzić dyskusje. Zresztą emocje najlepiej się sprzedaj wiec także i mediom taki układ pasuje. Żeby z tego wybrnąć wyborca musi zrobić to czego najbardziej nie lubi - myśleć.
niedziela, 2 marca 2014
Wolna Ukraina? Ale co dalej?
Niedawno wszyscy świętowali zwycięstwo Majdanu i "demokratyzację" Ukrainy. Niestety zapomniano ze Majdan nie reprezentuje całości społeczeństwa ukraińskiego i jest jeszcze jeden, bardzo niezadowolony gracz - Rosja.
Skutkiem jest bardzo skomplikowana sytuacja. Licytacja kto pierwszy naruszył porozumienie z 21 lutego nie ma sensu. faktem jest że prezydent nie podpisał przywróconej konstytucji z 2004 do czego się zobowiązał, Majdan nie tylko się nie rozszedł ale zajął budynki państwowe, co też było naruszeniem umowy. Liczą się fakty. Według obowiązującego wciąż prawa prezydentem Ukrainy jest Jaukowycz i ustawy oraz dekrety wydawane przez nowe władze mogą być kwestionowane. Krym jak i inne obwody nie muszą się władzy w Kijowie podporządkować. Krym ma tym większe pole manewru ze względu na swoja autonomie, co wykorzystuje. Podejrzewam że zarówno Janukowycz jak i Rosja liczyły na jakiś większy opór okręgów wschodnich, jednak przy ich bierności sprawy w swoje ręce musi wziąć Rosja. Dlaczego Putin musi coś zrobić? Aby samemu nie stracić twarzy i władzy.
Polityka zagraniczna jest funkcja polityki wewnętrznej. Putin przez lata budował pozycje silnego człowieka w Rosji. Zbawcy i Odnowiciela Imperialnej Rosji. Człowieka który nie boi się niczego i działa dla dobra państwa. Sprawa Gruzji i zwycięska wojna na pewno go wzmocniła. Igrzyska w Soczi zaplanowane jako wielka pokazówka raczej nie spełniły nadziei w nich pokladanych. Oczywiście impreza była piękna, pokazała piękną twarz Rosji i Rosjan, wzmocniła pozycje międzynarodową Putina, ale wg. mnie była klęską wewnętrzną. Cena tych igrzysk była zbyt duża i przekręty których Putin nie kontrolował, a nawet jak chcą niektórzy, przymykał na nie oko, były dla zwykłych Rosjan przeogromne. Władza pokazała ze jest skorumpowana i bezradna. Miliardy które poszły na Soczi nie poszły do innych okręgów. Od lat 90. okręgi dalekowschodnie czuja się poszkodowane. One są źródłem bogactwa Rosji, a zarazem są najbardziej niedoinwestowane. Głosy o potencjalnej secesji, które słychać było za Jelcyna, zniknęły za Putina, ale zaczęły powracać przed Soczi. Ponadto, po latach prosperity, zaczyna się pogarszać sytuacja ekonomiczna Rosji. Jeszcze nie jest to odczuwalne dla zwykłych Rosjan, ale niebawem będzie. Dlatego to, co się dzieje na Ukrainie, jest tak ważne dla Putina. Mógłby grać na przeczekanie, a Ukrainę z czasem udusić gospodarczo, jednak straciłby twarz wśród Rosjan. Banda "banderowskich faszystów" w pewien sposób zakpiła z niego i Rosji. Dlatego Rosja w chwili obecnej musi zadziałać zdecydowanie i pokazać że po pierwsze będzie bronić obywateli zawsze i wszędzie. Po drugie, Putin musi pokazać że jest silnym człowiekiem i nie boi się ani "banderowców", ani UE, ani USA. Dlatego Rosja się nie cofnie. Putin się nie cofnie. Od tego może zależeć jego przyszłość polityczna. Jak daleko może się posunąć? Trudno powiedzieć. Na pewno raczej nie do otwartego konfliktu. Eskalowanie napięcia pozwala na podtrzymywanie wizerunku Putina, dodatkowo jest poważnym obciążeniem dla Ukrainy. Postawienie armii w stan gotowości kosztuje. Cena powołania rezerwistów dla gospodarki jest ogromna. Po za tym same koszty paliwa dla wojska, które wyjdzie na pozycje obronne będą niebagatelne. A mówimy o kraju który już w zasadzie jest bankrutem. Oczywiście Ukraina ma rezerwy strategiczne ale są one niewielkie. Skąd uzyskać więcej paliw skoro jedynym źródłem jest Rosja? Każdy dzień podtrzymywania napięcia zbliża Ukrainę do katastrofy ekonomicznej.
Dodatkowo Rosja ma jeszcze jedną kartę która może zagrać. Janukowycza. Jeśli nadal oficjalnie sprawujący władze prezydent poprosi Rosję o pomoc oraz o zapewnienie bezpieczeństwa na terytorium Ukrainy, a także wezwie siły zbrojne do nie stawiania oporu, co wtedy? Zwycięstwo Majdanu i ucieczka Janukowycza mówi nam jedno: Prezydent Ukrainy stracił kontrole nad strukturami siłowymi. Wojsko jak i większość sił bezpieczeństwa wybrały opcje neutralną, jednak nie poparto wprost Majdanu. Jak zachowa się teraz armia ukraińska, w której tez zapewne jest wielu Rosjan? Co zrobi społeczność międzynarodowa? Janukowycz jest nadal legalnym prezydentem Ukrainy. Dla Europy i USA to nieistotne, ale dla Chin juz nie. Zresztą Chińczycy zawsze nieufnie odnosili sie do rewolt oddolnych (których sami nie inicjowali), wychodząc z założenia ze to może być zaraźliwe. Ponadto, gdyby doszło do najgorszego, otwartego konfliktu, czy naprawę społeczeństwa zachodnie zgodziły by się wysłać swoich żołnierzy w obronie Ukrainy?
Tak na marginesie, pamiętajmy o czym mówią rosjanie: Janukowycz był złodziejem, ale majątki Jaceniuka i Tymoszenko są większe lub porównywalne. To Tymoszenko stworzyła obecny system polityczny Ukrainy. Janukowycz i jego ludzie, wraz z tym chorym systemem nie wzięli się znikąd.
Co do samego Krymu, nie uważam zeby Rosja i Putin dązyli do aneksji. Ich w pełni zadowoli wariant ogłoszenia niepodległości przez Krym. Będzie to "odwdzięczenie" się zachodowi za Kosowo. Oczywiście będzie to niepodległości mniej lub bardziej wirtualna bo Krym nie jest zdolny do samodzielnego funkcjonowania, więc zapewne przejdzie na utrzymanie Rosji. Jeśli Rosjanie będą forsowali aneksje, będzie to oznaczało dość radykalną zmianę ich polityki zagranicznej, tzn rezygnacje z fasad i pozorów, i na jakimś etapie konflikt zbrojny może okazać się nieunikniony. Niekoniecznie na Ukrainie, ale w innych częściach byłego ZSRR czy tez Rosji.
Skutkiem jest bardzo skomplikowana sytuacja. Licytacja kto pierwszy naruszył porozumienie z 21 lutego nie ma sensu. faktem jest że prezydent nie podpisał przywróconej konstytucji z 2004 do czego się zobowiązał, Majdan nie tylko się nie rozszedł ale zajął budynki państwowe, co też było naruszeniem umowy. Liczą się fakty. Według obowiązującego wciąż prawa prezydentem Ukrainy jest Jaukowycz i ustawy oraz dekrety wydawane przez nowe władze mogą być kwestionowane. Krym jak i inne obwody nie muszą się władzy w Kijowie podporządkować. Krym ma tym większe pole manewru ze względu na swoja autonomie, co wykorzystuje. Podejrzewam że zarówno Janukowycz jak i Rosja liczyły na jakiś większy opór okręgów wschodnich, jednak przy ich bierności sprawy w swoje ręce musi wziąć Rosja. Dlaczego Putin musi coś zrobić? Aby samemu nie stracić twarzy i władzy.
Polityka zagraniczna jest funkcja polityki wewnętrznej. Putin przez lata budował pozycje silnego człowieka w Rosji. Zbawcy i Odnowiciela Imperialnej Rosji. Człowieka który nie boi się niczego i działa dla dobra państwa. Sprawa Gruzji i zwycięska wojna na pewno go wzmocniła. Igrzyska w Soczi zaplanowane jako wielka pokazówka raczej nie spełniły nadziei w nich pokladanych. Oczywiście impreza była piękna, pokazała piękną twarz Rosji i Rosjan, wzmocniła pozycje międzynarodową Putina, ale wg. mnie była klęską wewnętrzną. Cena tych igrzysk była zbyt duża i przekręty których Putin nie kontrolował, a nawet jak chcą niektórzy, przymykał na nie oko, były dla zwykłych Rosjan przeogromne. Władza pokazała ze jest skorumpowana i bezradna. Miliardy które poszły na Soczi nie poszły do innych okręgów. Od lat 90. okręgi dalekowschodnie czuja się poszkodowane. One są źródłem bogactwa Rosji, a zarazem są najbardziej niedoinwestowane. Głosy o potencjalnej secesji, które słychać było za Jelcyna, zniknęły za Putina, ale zaczęły powracać przed Soczi. Ponadto, po latach prosperity, zaczyna się pogarszać sytuacja ekonomiczna Rosji. Jeszcze nie jest to odczuwalne dla zwykłych Rosjan, ale niebawem będzie. Dlatego to, co się dzieje na Ukrainie, jest tak ważne dla Putina. Mógłby grać na przeczekanie, a Ukrainę z czasem udusić gospodarczo, jednak straciłby twarz wśród Rosjan. Banda "banderowskich faszystów" w pewien sposób zakpiła z niego i Rosji. Dlatego Rosja w chwili obecnej musi zadziałać zdecydowanie i pokazać że po pierwsze będzie bronić obywateli zawsze i wszędzie. Po drugie, Putin musi pokazać że jest silnym człowiekiem i nie boi się ani "banderowców", ani UE, ani USA. Dlatego Rosja się nie cofnie. Putin się nie cofnie. Od tego może zależeć jego przyszłość polityczna. Jak daleko może się posunąć? Trudno powiedzieć. Na pewno raczej nie do otwartego konfliktu. Eskalowanie napięcia pozwala na podtrzymywanie wizerunku Putina, dodatkowo jest poważnym obciążeniem dla Ukrainy. Postawienie armii w stan gotowości kosztuje. Cena powołania rezerwistów dla gospodarki jest ogromna. Po za tym same koszty paliwa dla wojska, które wyjdzie na pozycje obronne będą niebagatelne. A mówimy o kraju który już w zasadzie jest bankrutem. Oczywiście Ukraina ma rezerwy strategiczne ale są one niewielkie. Skąd uzyskać więcej paliw skoro jedynym źródłem jest Rosja? Każdy dzień podtrzymywania napięcia zbliża Ukrainę do katastrofy ekonomicznej.
Dodatkowo Rosja ma jeszcze jedną kartę która może zagrać. Janukowycza. Jeśli nadal oficjalnie sprawujący władze prezydent poprosi Rosję o pomoc oraz o zapewnienie bezpieczeństwa na terytorium Ukrainy, a także wezwie siły zbrojne do nie stawiania oporu, co wtedy? Zwycięstwo Majdanu i ucieczka Janukowycza mówi nam jedno: Prezydent Ukrainy stracił kontrole nad strukturami siłowymi. Wojsko jak i większość sił bezpieczeństwa wybrały opcje neutralną, jednak nie poparto wprost Majdanu. Jak zachowa się teraz armia ukraińska, w której tez zapewne jest wielu Rosjan? Co zrobi społeczność międzynarodowa? Janukowycz jest nadal legalnym prezydentem Ukrainy. Dla Europy i USA to nieistotne, ale dla Chin juz nie. Zresztą Chińczycy zawsze nieufnie odnosili sie do rewolt oddolnych (których sami nie inicjowali), wychodząc z założenia ze to może być zaraźliwe. Ponadto, gdyby doszło do najgorszego, otwartego konfliktu, czy naprawę społeczeństwa zachodnie zgodziły by się wysłać swoich żołnierzy w obronie Ukrainy?
Tak na marginesie, pamiętajmy o czym mówią rosjanie: Janukowycz był złodziejem, ale majątki Jaceniuka i Tymoszenko są większe lub porównywalne. To Tymoszenko stworzyła obecny system polityczny Ukrainy. Janukowycz i jego ludzie, wraz z tym chorym systemem nie wzięli się znikąd.
Co do samego Krymu, nie uważam zeby Rosja i Putin dązyli do aneksji. Ich w pełni zadowoli wariant ogłoszenia niepodległości przez Krym. Będzie to "odwdzięczenie" się zachodowi za Kosowo. Oczywiście będzie to niepodległości mniej lub bardziej wirtualna bo Krym nie jest zdolny do samodzielnego funkcjonowania, więc zapewne przejdzie na utrzymanie Rosji. Jeśli Rosjanie będą forsowali aneksje, będzie to oznaczało dość radykalną zmianę ich polityki zagranicznej, tzn rezygnacje z fasad i pozorów, i na jakimś etapie konflikt zbrojny może okazać się nieunikniony. Niekoniecznie na Ukrainie, ale w innych częściach byłego ZSRR czy tez Rosji.
czwartek, 20 lutego 2014
Ukraina - teraz już na dobrej drodze do wojny domowej.
Po wczorajszych i dzisiejszych wydarzeniach można powiedzieć że Ukraina jest na dobrej drodze do wojny domowej. To co wydarzyło sie wczoraj we Lwowie, deklaracja lokalnych dowódców wojskowych że "służą ludowi Ukrainy" oznacz że Janukowycz utracił kontrolę nad resortami siłowymi. Oznacza to ze demonstrantów, czy tez, jak chcą niektórzy, powstańców, ma juz kto uzbroić a dodatkowo po obu stronach mogą stanąć oddziały tej samej armii. To by oznaczało wojnę domową i jest to kierunek w którym sytuacja sie obecnie rozwija. Czy naprawdę do niej dojdzie?
Janukowycz w ostatnich miesiącach przeprowadził czystkę w armii, obstawiając wyższe stanowiska swoimi ludźmi. Jednak brak do tego momentu wojska na ulicach świadczy mimo wszystko o ograniczonym zaufaniu obecnych władz do wojskowych. Jesli sytuacja nadal będzie mu się wymykać z rak, będzie musiał sięgnąć po armię, pytanie co zrobią wojskowi. W skrajnym przypadku nastąpi rozpad ukraińskiej armii i wojna domowa. Według mnie raczej też nie opowie sie jednoznacznie po którejś ze stron, a na pewno nie po stronie obecnego prezydenta. Można liczyć też na inny scenariusz. Wojskowy zamach stanu. Tzn. usuniecie obecnych władz przez wojsko i wprowadzenie czasowo wojskowej administracji. Wbrew pozorom jest to chyba najlepszy scenariusz dla Ukrainy. Z jednej strony spełnia żądania demonstrantów, z drugiej strony zachowuje wpływy byłej władzy. Jest to opcja zerowa z której wyjściem będą następne wybory do których wszystkie strony przystępują na tych samych warunkach.Czy wojskowi zdecydują sie na taki ruch? Czy znajdzie się ktoś na tyle odważny żeby wziąśc odpowiedzialność za kraj w katastrofalnej sytuacji? Nie wiem.
Wiele się mówi ostatnio o rozpadzie Ukrainy. Jest to rozwiązanie akceptowalne dla Rosji. Dostają najlepiej uprzemysłowiona część (czy to jako quazi suwerenne państwo, czy tez przy pomocy prostej inkorporacji), w miarę jednolita etnicznie zamieszkała przez mniej więcej Rosjan (w zależności od koniunktury). Jeśli nie można połknąć całości, cześć wystarczy. Świadczyć o tym mogą apele, np z Krymu do Rosji o obronę mniejszości rosyjskiej. Może to stanowić dogodny pretekst do bardziej energicznego wmieszania sie w sprawy ukraińskie. Z drugiej strony co zostanie? Czy ta cześć która pozostanie, będzie w stanie przetrwać? Bez nowoczesnego przemysłu, z infrastrukturą w rozsypce, z zacofanym rolnictwem, bez dostępu do surowców z najwyższymi zapewne (dzięki Rosji) cenami za ropę i gaz. Jak szybko uda się Rosji zadusić taka Ukrainę? Unia nie utrzyma tego państwa, nawet nie będzie próbować. Udzieli jakiejś pomocy, pewnie tez dodatkowych kredytów, ale czy to wystarczy? Co się stanie z niepodległą Zachodnią Ukrainą?
Janukowycz w ostatnich miesiącach przeprowadził czystkę w armii, obstawiając wyższe stanowiska swoimi ludźmi. Jednak brak do tego momentu wojska na ulicach świadczy mimo wszystko o ograniczonym zaufaniu obecnych władz do wojskowych. Jesli sytuacja nadal będzie mu się wymykać z rak, będzie musiał sięgnąć po armię, pytanie co zrobią wojskowi. W skrajnym przypadku nastąpi rozpad ukraińskiej armii i wojna domowa. Według mnie raczej też nie opowie sie jednoznacznie po którejś ze stron, a na pewno nie po stronie obecnego prezydenta. Można liczyć też na inny scenariusz. Wojskowy zamach stanu. Tzn. usuniecie obecnych władz przez wojsko i wprowadzenie czasowo wojskowej administracji. Wbrew pozorom jest to chyba najlepszy scenariusz dla Ukrainy. Z jednej strony spełnia żądania demonstrantów, z drugiej strony zachowuje wpływy byłej władzy. Jest to opcja zerowa z której wyjściem będą następne wybory do których wszystkie strony przystępują na tych samych warunkach.Czy wojskowi zdecydują sie na taki ruch? Czy znajdzie się ktoś na tyle odważny żeby wziąśc odpowiedzialność za kraj w katastrofalnej sytuacji? Nie wiem.
Wiele się mówi ostatnio o rozpadzie Ukrainy. Jest to rozwiązanie akceptowalne dla Rosji. Dostają najlepiej uprzemysłowiona część (czy to jako quazi suwerenne państwo, czy tez przy pomocy prostej inkorporacji), w miarę jednolita etnicznie zamieszkała przez mniej więcej Rosjan (w zależności od koniunktury). Jeśli nie można połknąć całości, cześć wystarczy. Świadczyć o tym mogą apele, np z Krymu do Rosji o obronę mniejszości rosyjskiej. Może to stanowić dogodny pretekst do bardziej energicznego wmieszania sie w sprawy ukraińskie. Z drugiej strony co zostanie? Czy ta cześć która pozostanie, będzie w stanie przetrwać? Bez nowoczesnego przemysłu, z infrastrukturą w rozsypce, z zacofanym rolnictwem, bez dostępu do surowców z najwyższymi zapewne (dzięki Rosji) cenami za ropę i gaz. Jak szybko uda się Rosji zadusić taka Ukrainę? Unia nie utrzyma tego państwa, nawet nie będzie próbować. Udzieli jakiejś pomocy, pewnie tez dodatkowych kredytów, ale czy to wystarczy? Co się stanie z niepodległą Zachodnią Ukrainą?
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Ukraina. O krok od wojny domowej?
Rzadko pisze o polityce miedzynarodowej, jednak pogarszajaca sie sytuacja na Ukrainie i coraz dziwniejsze komentarze czy dziennikarzy czy niektórych ekspertów na tyle mnie wkurzyły że postanowiłem coś na ten temat napisać. Nie bede sie wdawać w to, kto i komu co zaproponował. Chce zająć sie meritum, czyli, czy Ukraina stoi o krok od wojny domowej.
Nie. W chwili obecnej ukrainie nie grozi wojna domowa. Krwawa łaźnia, tak, ale nie wojna domowa. Dlaczego tak myślę? Dlatego ze wydaje sie że władza całkowicie kontroluje siły bezpieczeństwa, zarówno wojsko jak i milicję. Skąd to wiadomo? Nie widać na majdanie dezerterów. Ani wojskowych, ani policyjnych. Jesli ktoś z tych służb popiera demonstrantów, albo zachowuje to dla siebie, albo ucieka z kraju. Nie próbuje sie przyłaczyć. Mówimy tu armi poborowej, czyli złozonej z ludzi pochodzących ze wszystkich środowisk, a jednak ilość dezercji w chwili obecnej jest nikła. Oznacza to także, że poparcie dla ludzi na majdanie nie jest aż tak duże jakby nam sie wydawało.
Wydaje sie że teraz prezydent Janukwycz stara sie stworzyć wrażenie że wykorzystał wszelkie środki by zakończyć protesty pokojowe, jednak demonstranci nie dali mu wyboru. Oczekuje dostatecznego zmęczenia społeczeństwa chaosem, tak by rozwiązanie siłowe, było nawet oczekiwane.
Dlatego możemy sie raczej spodziewać dalszej eskalacji napiecia. Szczytem bedzie wprowadzenie stanu wyjątkowego/ wojennego i nawet wyprowadzeniem wojska przeciw demonstrantom i w razie konieczności utopienie protestów we krwi.
Najtragiczniejsze w tej sytuacji jest to, że najwyraźniej nie ma innego rozwiązania. Demonstranci nie przyjmą żadnego porozumienia z władzami. Tak zwani przywódcy protestu, nie mają realnego wpływu na protestantów którzy w wiekszosci kontestuja politykę i polityków jako takich, wliczajac w to opozycjonistów. "Przywódcy" są raczej razem z nimi ale nie na czele. W tej sytuacji władze po prostu nie mają z kim negocjowac porozumienia. W takim razie pozostaje tylko opcja siłowa.
A ustąpienie władz obecnych? Oczywiście brak zaangażowania sił bezpieczeństwa w tym wojska w protesty może świadczyc o braku zaufania władz do tych sił. To z kolei prowadzic może do faktycznej kapitulacji władz przed demonstrantami. Oznacza zepchnięcie Ukrainy w jeszcze głebszy chaos. Rosja nie odpusci z cen gazu i ropy, na pewno wprowadzi też dodatkowe "opłaty". Juz teraz Ukraina nie ma pieniedzy żeby płacić swoje rachunki. UE może raz pozyczyc jakąs gotówkę, ale raczej tylko raz i bedzie trzeba to spłacić, a nie wydaje sie żeby sytuacja gospodarcza miała sie szybko poprawić. Pieniedzy Ukraina bedzie potrzebowac zapewne i za rok. Ukraina to nie mała Grecja, bedzie potrzebowała znacznie wiecej pieniedzy przez kilka nastepnych lat. Pieniedzy których UE nie ma a nawet gdyby miała to raczej niechętnie by sie z nimi rozstała. UE pomoże jesli Ukraina pomoże sobie sama. To oznacza szereg bolesnych reform i de facto zmianę funkconowania państwa. Czy władze, a nawet zwykli ukraińcy są do tego gotowi? Do mocniejszego zacisnięcia pasa??? Raczej nie... Dlatego oferta rosyjska jest jedyną mozliwą do zaakceptowania. Zapewnia finansowanie status quo, za wieksze uzleżnienie polityczno gospodarcze, co niestety, jest akceptowalne dla wiekszości. Kraje zachodu od zawsze akceptują fakt że kraje byłego ZSRR to wyłaczna strefa wpływów Rosji, i nie przeszkadzają rosjanom w mieszanie się w sprawy państw sasiednich. A nawet gdyby przeszkadzali, to czy my, Polacy, chcielibysmy "umierać za Kijów"? Mówię tu o wojskowym zaangazowaniu na Ukrainie, bo tylko w ten sposób, mozna by odsunąć "krwawego dyktatora" od władzy. Nie wydaje mi się żeby nasze społeczeństwo zaakceptowało taka wyprawę, abstrachujac od tego czy nasze wojsko byłoby zdolne do tego typu operacji. Na pewno ani UE, ani USA nie zaryzykują zyciem swoich żołnierzy skoro nie chcą płacić. Oczywiści po udanej interwencji ktoś bedzie musiał utrzymywac ten kraj przez długi czas. My? Podatnicy? Ukraińcy niestety są skazani sami na siebie. Sami muszą jakoś ten konflikt rozwiązać.
Niestety z obecnej sytuacji wszystkie rozwiązania są złe. Albo kraj spłynie krwią, albo zostanie ekonomicznie zarżnięty. Pokojowe wyjscie będzie raczej cudem. Oczywiście po rozwiązniu siłowym, mamy fale represji i prześladowań, która w rezultacie moze doprowadzic do wojny domowej. Wojna potrzebuje jednak czasu i uzbrojenia. Jak na razie, z wyjatkiem butelek z benzną, demonstranci sa nieuzbrojeni. Do wojny domowej potrzeba albo zagranicznego wsparcia, albo masowych dezrecji z sił bezpieczeństwa. Na jedno i drugie trzeba, jak zauważyłem wcześniej, czasu.
Nie. W chwili obecnej ukrainie nie grozi wojna domowa. Krwawa łaźnia, tak, ale nie wojna domowa. Dlaczego tak myślę? Dlatego ze wydaje sie że władza całkowicie kontroluje siły bezpieczeństwa, zarówno wojsko jak i milicję. Skąd to wiadomo? Nie widać na majdanie dezerterów. Ani wojskowych, ani policyjnych. Jesli ktoś z tych służb popiera demonstrantów, albo zachowuje to dla siebie, albo ucieka z kraju. Nie próbuje sie przyłaczyć. Mówimy tu armi poborowej, czyli złozonej z ludzi pochodzących ze wszystkich środowisk, a jednak ilość dezercji w chwili obecnej jest nikła. Oznacza to także, że poparcie dla ludzi na majdanie nie jest aż tak duże jakby nam sie wydawało.
Wydaje sie że teraz prezydent Janukwycz stara sie stworzyć wrażenie że wykorzystał wszelkie środki by zakończyć protesty pokojowe, jednak demonstranci nie dali mu wyboru. Oczekuje dostatecznego zmęczenia społeczeństwa chaosem, tak by rozwiązanie siłowe, było nawet oczekiwane.
Dlatego możemy sie raczej spodziewać dalszej eskalacji napiecia. Szczytem bedzie wprowadzenie stanu wyjątkowego/ wojennego i nawet wyprowadzeniem wojska przeciw demonstrantom i w razie konieczności utopienie protestów we krwi.
Najtragiczniejsze w tej sytuacji jest to, że najwyraźniej nie ma innego rozwiązania. Demonstranci nie przyjmą żadnego porozumienia z władzami. Tak zwani przywódcy protestu, nie mają realnego wpływu na protestantów którzy w wiekszosci kontestuja politykę i polityków jako takich, wliczajac w to opozycjonistów. "Przywódcy" są raczej razem z nimi ale nie na czele. W tej sytuacji władze po prostu nie mają z kim negocjowac porozumienia. W takim razie pozostaje tylko opcja siłowa.
A ustąpienie władz obecnych? Oczywiście brak zaangażowania sił bezpieczeństwa w tym wojska w protesty może świadczyc o braku zaufania władz do tych sił. To z kolei prowadzic może do faktycznej kapitulacji władz przed demonstrantami. Oznacza zepchnięcie Ukrainy w jeszcze głebszy chaos. Rosja nie odpusci z cen gazu i ropy, na pewno wprowadzi też dodatkowe "opłaty". Juz teraz Ukraina nie ma pieniedzy żeby płacić swoje rachunki. UE może raz pozyczyc jakąs gotówkę, ale raczej tylko raz i bedzie trzeba to spłacić, a nie wydaje sie żeby sytuacja gospodarcza miała sie szybko poprawić. Pieniedzy Ukraina bedzie potrzebowac zapewne i za rok. Ukraina to nie mała Grecja, bedzie potrzebowała znacznie wiecej pieniedzy przez kilka nastepnych lat. Pieniedzy których UE nie ma a nawet gdyby miała to raczej niechętnie by sie z nimi rozstała. UE pomoże jesli Ukraina pomoże sobie sama. To oznacza szereg bolesnych reform i de facto zmianę funkconowania państwa. Czy władze, a nawet zwykli ukraińcy są do tego gotowi? Do mocniejszego zacisnięcia pasa??? Raczej nie... Dlatego oferta rosyjska jest jedyną mozliwą do zaakceptowania. Zapewnia finansowanie status quo, za wieksze uzleżnienie polityczno gospodarcze, co niestety, jest akceptowalne dla wiekszości. Kraje zachodu od zawsze akceptują fakt że kraje byłego ZSRR to wyłaczna strefa wpływów Rosji, i nie przeszkadzają rosjanom w mieszanie się w sprawy państw sasiednich. A nawet gdyby przeszkadzali, to czy my, Polacy, chcielibysmy "umierać za Kijów"? Mówię tu o wojskowym zaangazowaniu na Ukrainie, bo tylko w ten sposób, mozna by odsunąć "krwawego dyktatora" od władzy. Nie wydaje mi się żeby nasze społeczeństwo zaakceptowało taka wyprawę, abstrachujac od tego czy nasze wojsko byłoby zdolne do tego typu operacji. Na pewno ani UE, ani USA nie zaryzykują zyciem swoich żołnierzy skoro nie chcą płacić. Oczywiści po udanej interwencji ktoś bedzie musiał utrzymywac ten kraj przez długi czas. My? Podatnicy? Ukraińcy niestety są skazani sami na siebie. Sami muszą jakoś ten konflikt rozwiązać.
Niestety z obecnej sytuacji wszystkie rozwiązania są złe. Albo kraj spłynie krwią, albo zostanie ekonomicznie zarżnięty. Pokojowe wyjscie będzie raczej cudem. Oczywiście po rozwiązniu siłowym, mamy fale represji i prześladowań, która w rezultacie moze doprowadzic do wojny domowej. Wojna potrzebuje jednak czasu i uzbrojenia. Jak na razie, z wyjatkiem butelek z benzną, demonstranci sa nieuzbrojeni. Do wojny domowej potrzeba albo zagranicznego wsparcia, albo masowych dezrecji z sił bezpieczeństwa. Na jedno i drugie trzeba, jak zauważyłem wcześniej, czasu.
Sorry, taki mamy klimat. Naprawdę..
Pani wicepremier Bieńkowska zaliczyła pierwszą wpadkę. Premier już za nia przeprosił. Politycy opozycji powiesili na niej odpowiednią ilość psów. Dziennikarze poużalali sie nad sposobem wyrażania pani wicepremer. Uznano wszem i wobec że wypowiedź o klimacie była nietrafiona i wybitnie w złym guście. Ale czy naprawdę??
Prawda okazuje sie o wiele zabawniejsza. Widać ją w sondach internetowych jak i na forach. Pierwszy z brzegu sondaż gazety.pl: 60% internautów uznało wypowiedź pani wicepremier za trafną, 20 procent za trafną tylko nieszczęśliwie (niepolitycznie) ujętą, tylko 20% uznało odpowiedź za nietrafioną i calowicie nieodpowiednią. Wypowiedzi w podobnym tonie można znaleźć na forach internetowych, ba, internauci zaczeli wyszukiwać informacje jak działają koleje w ich krajach w zimie, znajdując szereg potwierdzeń ich niedomagań.
Wygląda na to ze pani Bieńkowska ma lepsze wyczucie tego co myślą ludzie niż nasi dziennikarze czy politycy (to akurat nietrudne) Swoją wypowiedzia trafiła w odczucia większości, która to większość zirytowana atakami postanowiła bronić pani wicepremier. Oczywiście nie znaczy to że większość polaków tak uważa, tylko większość internautów. To znaczy w większośc ludzi młodych i w średnim wieku, niezaleznych, którzy czerpia informacje za pomocą sieci. W znacznej części był to kiedyś elektorat PO.
Co z tego wynika? To że sporo Polaków, w tym elektoratu PO jest zmęczonych poprawnością polityczną. Ugładzaniem wszystkiego, tak żeby było miło, oraz szukaniem winnego każdej pierdoły, ponieważ winny takiej pierdoły musi być. Niekończący sie szum medialny i tematy zastępcze. Ludzie lubią, proste komunikaty, najlepiej przekazane wprost, stąd tak dobry odbiór słów Bieńkowskiej. I komunikat nie musi być pozytywny, żeby być dobrze przyjety. Ludzie potrafia docenić szczerość. Wbrew pozorom, własnie na takim przekazie sukces wybudowała PO 6 lat temu. Prosty przekaz, zawarty w prostych slowach Tuska, tak odbiegał od pompatyczności i nowomowy PiS że trafił do serc Polaków. Wtedy też PO nie obawiało sie mówic o rzeczach trudnych. Obecnie... No cóż... Poprawnośc polityczna zdominowała a w zasadzie zastapiła przekaz, co też widać w słupkach poparcia. Mam nadzieję że mimo ostrej reakcji mediów minister Bieńkowska nie zmieni stylu i bedzie mówiła wprost o trudnych tematach. Zarówno ona jak i PO moga tylko na tym zyskać.
Prawda okazuje sie o wiele zabawniejsza. Widać ją w sondach internetowych jak i na forach. Pierwszy z brzegu sondaż gazety.pl: 60% internautów uznało wypowiedź pani wicepremier za trafną, 20 procent za trafną tylko nieszczęśliwie (niepolitycznie) ujętą, tylko 20% uznało odpowiedź za nietrafioną i calowicie nieodpowiednią. Wypowiedzi w podobnym tonie można znaleźć na forach internetowych, ba, internauci zaczeli wyszukiwać informacje jak działają koleje w ich krajach w zimie, znajdując szereg potwierdzeń ich niedomagań.
Wygląda na to ze pani Bieńkowska ma lepsze wyczucie tego co myślą ludzie niż nasi dziennikarze czy politycy (to akurat nietrudne) Swoją wypowiedzia trafiła w odczucia większości, która to większość zirytowana atakami postanowiła bronić pani wicepremier. Oczywiście nie znaczy to że większość polaków tak uważa, tylko większość internautów. To znaczy w większośc ludzi młodych i w średnim wieku, niezaleznych, którzy czerpia informacje za pomocą sieci. W znacznej części był to kiedyś elektorat PO.
Co z tego wynika? To że sporo Polaków, w tym elektoratu PO jest zmęczonych poprawnością polityczną. Ugładzaniem wszystkiego, tak żeby było miło, oraz szukaniem winnego każdej pierdoły, ponieważ winny takiej pierdoły musi być. Niekończący sie szum medialny i tematy zastępcze. Ludzie lubią, proste komunikaty, najlepiej przekazane wprost, stąd tak dobry odbiór słów Bieńkowskiej. I komunikat nie musi być pozytywny, żeby być dobrze przyjety. Ludzie potrafia docenić szczerość. Wbrew pozorom, własnie na takim przekazie sukces wybudowała PO 6 lat temu. Prosty przekaz, zawarty w prostych slowach Tuska, tak odbiegał od pompatyczności i nowomowy PiS że trafił do serc Polaków. Wtedy też PO nie obawiało sie mówic o rzeczach trudnych. Obecnie... No cóż... Poprawnośc polityczna zdominowała a w zasadzie zastapiła przekaz, co też widać w słupkach poparcia. Mam nadzieję że mimo ostrej reakcji mediów minister Bieńkowska nie zmieni stylu i bedzie mówiła wprost o trudnych tematach. Zarówno ona jak i PO moga tylko na tym zyskać.
piątek, 10 stycznia 2014
Podsumowanie 2013 i wróżymy na 2014
Rok 2013, mimo wysiłków polityków, zakończył się raczej spokojnie. Długa zabawa w odchodzenie Gowina z rządu i PO zakończyła sie w końcu jego odejściem. Ta opera mydlana nareszcie przestanie angażować opinie publiczną. Co z kolei odbije sie na popularności Gowina.. Widoczne to jest już teraz, i jego ugrupowanie znikneło z sondaży. Nie pomogła nawet szybka akcja na Podhalu gdzie po Halnym wzywał do szybkich zmian w prawie. Przeszło to raczej bez echa, samorzadowcy dobrze poradzili sobie sami, a notowania ugrupowania Gowina (kto pamięta jeszcze jego nazwę?) nie drgnęły.
Kolejnym serialem który doczekał się zakończenia w 2013 to rekonstrukcja rządu. Mówiono o niej niemal od 2012. Dziennikarze i eksperci spekulowali godzinami. Aż w końcu rekonstrukcja stała sie faktem. Z jednej strony zaskoczyła, niewielu raczej si spodziewało odejścia rostowskiego a zapewne nikt sie nie spodziewał Szczurka w jego miejsce., z drugiej strony potwierdziła wcześniejsze przewidywania w postaci usunięcia na przykład minister Muchy. Jak się sprawdzą nowi ministrowie - zobaczymy. Zapewne spodziewany przez premiera przypływ poparcia dla niego i rządu nie nastąpił, chociaż notowania jakby nieco drgneły w górę.
Przegranym 2013 jest zapewne minister Nowak. Sprawa zegarka wydaje sie go pogrążać coraz bardziej, a powrót na pierwszą linię polityki staje się coraz bardziej wątpliwy. Mimo że sprawa na początku wydawała sie błaha, zegarek, pociagneła za soba bardzo poważne zarzuty, które moga skutkowac całkiem powaznymi sankcjami. Czy wróci w 2014?
Przegranym na pewno też jest ruch narodowy. Jesli w 2012 wszyscy wieszczyli marsz narodowców po władzę, tak po wystepach pana Wiplera oraz po walce z drzewami 11 listopada mało kto traktuje ich powaznie. Także przyłączenie sie do Gowina plasuje ich znów na głębokim marginesie. Wszystko co zdobyto w poprzednich latach, utracono w głupi sposób. Troche jak w naszej historii.
Wygranym a na pewno zaskoczeniem roku jest minister Bieńkowska. Dotąd nieco na marginesie polityki, gdzie sama siebie umieściła, pojawiła sie nagle w światłach reflektorów. Okazało sie nagle że w tak krytykowanym rzadzie Donalda Tuska jest znakomity minister, facchowiec, o którym nawet opozycja nie jest w stanie nic złego powiedzieć. Podejrzewam że zarówno sama Bieńkowska jak i premier byli zaskoczeni jak dobrze jej nomionacja została przyjęta zarówno przez opinie publiczną jak i media. Wyjątkiem jest tu PiS, który potrafi o kazdym i przy każdej okazji powiedzieć jak najgorzej. Prezes przygotował konferencję prasową w której atakował nowa panią wicepremier. Tu się jednak prezes i jego ludzie przeliczyli. Okazuje się że pani wicepremier ma świetny sztab PR, który na bierzaco, jeszcze podczas konferencji PiS, na bieżąco rozmontowywał argumentację sztabu prezesa, ośmieszając go calkowicie. Majstersztyk PR którego w Polsce jeszcze nigdy nie widziałem. Skutek? Od tego czasu nikt nie próbuje atakowac pani Bieńkowskiej. Podejrzewam że liczą na to że na tak trudnym ministerstwie, jakim jest infrastruktura, sie potknie, więc czekają na okazję.
Co w 2014? Mamy przed sobą 2 kampanie wyborcze. Do europarlamentu, która zazwyczaj bywa dość bezbarwna, oraz do samorządów, które lokalnie bywają dość gorące. Jak na razie nie widać symptomów jakiś większych zmian. Do eurowyborów zapewne pare punktów procentowych PO odrobi, prezes lub Maciarewicz w trakcie kampanii zdążą troche ludzi nastraszyć, choć mimo wszystko może się okazać że PiS te wybory wygra. Będzie to dla nich ważne bo będą to pierwsze wygrane wybory od 9 lat. Da to tej partii lepszy start do kolejnych wyborów w 2014 roku. Mogą wygrać ale nie musza. Ich elektorat jest co prawda zdyscyplinowany ale i eurosceptyczny więc mogą być problemy z mobilizacją. Podobny problem moze mieć PO ze swoim zniechęconym elektoratem. Wiele bedzie zależeć od kampanii. Moze w końcu bedziemy mieli ostre wybory do europarlamentu?
Wybory samorządowe na pewno rozgrzeją scenę polityczną pod koniec roku. Wybory te zawsze są dość specyficzne, z dużą ilością ugrupowań lokalnych, więc trudno bedzie przenosic ich wyniki na głównych aktorów sceny politycznej. Jednak bedzie to test okregów jednomandatowych. Moga one wiele w znacznej iloci miast pozmieniać. Jeśli oczekiwania głównych partii się sprawdzą (generalnie okregi jednomandatowe najkorzystniejsze są dla najwiekszych partii) kto wie, czy nie będzie nas czekać jeszcze jedna zmiana ordynacji wyborczej, ale to juz w 2015 roku.
Co z głownymi partiami i rzadem? Jesli rząd nie przystąpi do jakiś szerszych reform (ZUS na przykład) nie ma co liczyć na jakies większe zmiany. Tzn w sonadażach bedzie przodował PiS, potem PO a stawkę zamykać bedzie SLD. Kwestia umów śmieciowych raczej notowań rządu nie poprawi. Jest to tylko dotkniecie czubka góry lodowej jaką w całości jest ZUS. Tylko głeboka reforma systemu składek moze zmienić tę sytuację. Mam wrażenie że może też czekac rząd kolejna porażka na tym polu, jeśli do lipca większość z ubezpieczonych zdecyduje sie zostać w OFE, a sądząc po nastrojach raczej tak sie satnie. Na pewno zostanie to wykorzystane przeciwko ekipie Tuska. Tak wic nie wydaje mi si zeby za rok popularność premiera czy też rządu znacząco sie różniła od obecnej. Sporo zleży od nowych ministrów ale obecnie jest to dla nas niewiadoma.
Sama PO raczej powinna przetrwać ten rok bez zmian, choc zapewne po kolejnych wyborach bedą sie pojawiać głosy wzyjwajace do rozliczeń. Ostra jazda czeka za to PO w 2015 roku. Wtedy bedzie to być albo nie byc zarówno dla PO jak i dla Donalda Tuska
Co do nowych ugrupowań to raczej nie wróżę specjalnego sukcesu Twojemu Ruchowi ani ugrupowaniu Gowina (ktoś sobie przypomniał nazwę?). Oba utraciły nimb nowosci a także nie są uważane za powazną alternatywę wobec PiS i PO. Nie sa poniewaz zadne znich nie ma poważnego programu bedącego wyraźną alternatywą wobec głównej pary. Gowin próbuje być troche bardziej prawicowy niż PiS a Palikot bardziej lewicowy niż PO, ze średnim skutkiem, ponieważ nie tego ludzie szukają. Tak wic raczej oba ugrupowania bedą sobie wegetowały na marginesie polityki do wyborów parlamentarnych.
O PiSie nie napiszę nic. Tam wszystko zależy od decyzji i humoru prezesa, więc trudno cokolwiek przewidywać. Na pewno w samej partii nie bedzie stabilniej, bo, jak si wydaje, ulubiona taktyka prezesa jest "dziel i rządź", wiec zapewne niektóry będą odsuwani "ucha prezesa" a niektórzy bedą dostępować łask. Wszyscy wróżyli przywództwo Maciarewiczowi a okazuje się że z poczatkiem 2014 utracił dość poważna funkcje i partyjne wpływy. Nie jestem do końca pewny czy prezesowi uda sie opanowac Maciarewicza i czy jednak czasem ten nie spróbuje powalczyć o przywództwo... Tu jednak nigdy nic nie wiadomo.
Kończąc, w 2014 rokużyczę sobie i Państwu, udanego roku, niech kryzys jak najmniej w Polskę uderza, oraz spokojnego przetrwania niemal dwuletniej kampanii wyborczej która sie właśnie rozpoczyna.
PS. Premierowi życzę zatrudnienia PRowców Bieńskowskiej. Może wtedy coś sie ruczy w jego notowaniach
Kolejnym serialem który doczekał się zakończenia w 2013 to rekonstrukcja rządu. Mówiono o niej niemal od 2012. Dziennikarze i eksperci spekulowali godzinami. Aż w końcu rekonstrukcja stała sie faktem. Z jednej strony zaskoczyła, niewielu raczej si spodziewało odejścia rostowskiego a zapewne nikt sie nie spodziewał Szczurka w jego miejsce., z drugiej strony potwierdziła wcześniejsze przewidywania w postaci usunięcia na przykład minister Muchy. Jak się sprawdzą nowi ministrowie - zobaczymy. Zapewne spodziewany przez premiera przypływ poparcia dla niego i rządu nie nastąpił, chociaż notowania jakby nieco drgneły w górę.
Przegranym 2013 jest zapewne minister Nowak. Sprawa zegarka wydaje sie go pogrążać coraz bardziej, a powrót na pierwszą linię polityki staje się coraz bardziej wątpliwy. Mimo że sprawa na początku wydawała sie błaha, zegarek, pociagneła za soba bardzo poważne zarzuty, które moga skutkowac całkiem powaznymi sankcjami. Czy wróci w 2014?
Przegranym na pewno też jest ruch narodowy. Jesli w 2012 wszyscy wieszczyli marsz narodowców po władzę, tak po wystepach pana Wiplera oraz po walce z drzewami 11 listopada mało kto traktuje ich powaznie. Także przyłączenie sie do Gowina plasuje ich znów na głębokim marginesie. Wszystko co zdobyto w poprzednich latach, utracono w głupi sposób. Troche jak w naszej historii.
Wygranym a na pewno zaskoczeniem roku jest minister Bieńkowska. Dotąd nieco na marginesie polityki, gdzie sama siebie umieściła, pojawiła sie nagle w światłach reflektorów. Okazało sie nagle że w tak krytykowanym rzadzie Donalda Tuska jest znakomity minister, facchowiec, o którym nawet opozycja nie jest w stanie nic złego powiedzieć. Podejrzewam że zarówno sama Bieńkowska jak i premier byli zaskoczeni jak dobrze jej nomionacja została przyjęta zarówno przez opinie publiczną jak i media. Wyjątkiem jest tu PiS, który potrafi o kazdym i przy każdej okazji powiedzieć jak najgorzej. Prezes przygotował konferencję prasową w której atakował nowa panią wicepremier. Tu się jednak prezes i jego ludzie przeliczyli. Okazuje się że pani wicepremier ma świetny sztab PR, który na bierzaco, jeszcze podczas konferencji PiS, na bieżąco rozmontowywał argumentację sztabu prezesa, ośmieszając go calkowicie. Majstersztyk PR którego w Polsce jeszcze nigdy nie widziałem. Skutek? Od tego czasu nikt nie próbuje atakowac pani Bieńkowskiej. Podejrzewam że liczą na to że na tak trudnym ministerstwie, jakim jest infrastruktura, sie potknie, więc czekają na okazję.
Co w 2014? Mamy przed sobą 2 kampanie wyborcze. Do europarlamentu, która zazwyczaj bywa dość bezbarwna, oraz do samorządów, które lokalnie bywają dość gorące. Jak na razie nie widać symptomów jakiś większych zmian. Do eurowyborów zapewne pare punktów procentowych PO odrobi, prezes lub Maciarewicz w trakcie kampanii zdążą troche ludzi nastraszyć, choć mimo wszystko może się okazać że PiS te wybory wygra. Będzie to dla nich ważne bo będą to pierwsze wygrane wybory od 9 lat. Da to tej partii lepszy start do kolejnych wyborów w 2014 roku. Mogą wygrać ale nie musza. Ich elektorat jest co prawda zdyscyplinowany ale i eurosceptyczny więc mogą być problemy z mobilizacją. Podobny problem moze mieć PO ze swoim zniechęconym elektoratem. Wiele bedzie zależeć od kampanii. Moze w końcu bedziemy mieli ostre wybory do europarlamentu?
Wybory samorządowe na pewno rozgrzeją scenę polityczną pod koniec roku. Wybory te zawsze są dość specyficzne, z dużą ilością ugrupowań lokalnych, więc trudno bedzie przenosic ich wyniki na głównych aktorów sceny politycznej. Jednak bedzie to test okregów jednomandatowych. Moga one wiele w znacznej iloci miast pozmieniać. Jeśli oczekiwania głównych partii się sprawdzą (generalnie okregi jednomandatowe najkorzystniejsze są dla najwiekszych partii) kto wie, czy nie będzie nas czekać jeszcze jedna zmiana ordynacji wyborczej, ale to juz w 2015 roku.
Co z głownymi partiami i rzadem? Jesli rząd nie przystąpi do jakiś szerszych reform (ZUS na przykład) nie ma co liczyć na jakies większe zmiany. Tzn w sonadażach bedzie przodował PiS, potem PO a stawkę zamykać bedzie SLD. Kwestia umów śmieciowych raczej notowań rządu nie poprawi. Jest to tylko dotkniecie czubka góry lodowej jaką w całości jest ZUS. Tylko głeboka reforma systemu składek moze zmienić tę sytuację. Mam wrażenie że może też czekac rząd kolejna porażka na tym polu, jeśli do lipca większość z ubezpieczonych zdecyduje sie zostać w OFE, a sądząc po nastrojach raczej tak sie satnie. Na pewno zostanie to wykorzystane przeciwko ekipie Tuska. Tak wic nie wydaje mi si zeby za rok popularność premiera czy też rządu znacząco sie różniła od obecnej. Sporo zleży od nowych ministrów ale obecnie jest to dla nas niewiadoma.
Sama PO raczej powinna przetrwać ten rok bez zmian, choc zapewne po kolejnych wyborach bedą sie pojawiać głosy wzyjwajace do rozliczeń. Ostra jazda czeka za to PO w 2015 roku. Wtedy bedzie to być albo nie byc zarówno dla PO jak i dla Donalda Tuska
Co do nowych ugrupowań to raczej nie wróżę specjalnego sukcesu Twojemu Ruchowi ani ugrupowaniu Gowina (ktoś sobie przypomniał nazwę?). Oba utraciły nimb nowosci a także nie są uważane za powazną alternatywę wobec PiS i PO. Nie sa poniewaz zadne znich nie ma poważnego programu bedącego wyraźną alternatywą wobec głównej pary. Gowin próbuje być troche bardziej prawicowy niż PiS a Palikot bardziej lewicowy niż PO, ze średnim skutkiem, ponieważ nie tego ludzie szukają. Tak wic raczej oba ugrupowania bedą sobie wegetowały na marginesie polityki do wyborów parlamentarnych.
O PiSie nie napiszę nic. Tam wszystko zależy od decyzji i humoru prezesa, więc trudno cokolwiek przewidywać. Na pewno w samej partii nie bedzie stabilniej, bo, jak si wydaje, ulubiona taktyka prezesa jest "dziel i rządź", wiec zapewne niektóry będą odsuwani "ucha prezesa" a niektórzy bedą dostępować łask. Wszyscy wróżyli przywództwo Maciarewiczowi a okazuje się że z poczatkiem 2014 utracił dość poważna funkcje i partyjne wpływy. Nie jestem do końca pewny czy prezesowi uda sie opanowac Maciarewicza i czy jednak czasem ten nie spróbuje powalczyć o przywództwo... Tu jednak nigdy nic nie wiadomo.
Kończąc, w 2014 rokużyczę sobie i Państwu, udanego roku, niech kryzys jak najmniej w Polskę uderza, oraz spokojnego przetrwania niemal dwuletniej kampanii wyborczej która sie właśnie rozpoczyna.
PS. Premierowi życzę zatrudnienia PRowców Bieńskowskiej. Może wtedy coś sie ruczy w jego notowaniach
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)