piątek, 25 października 2013

Kto kogo podsłuchuje

Najnowsza afera podłuchowa, która żyje świat, czyli jak USA kanclerz Niemiec podsłuchiwało, jest wg. mnie trochę dziwna. Większość komentarzy, wygląda tak jakby do końca nie zrozumiano o co chodzi.
Po pierwsze, nie ma w tym nic dziwnego że USA szpiegują Niemców, czy tez inny kraj europejski. Jak jeden z klasyków napisał: "Wiem co myśli o mnie mój wróg, niepokoi mnie co naprawdę myslą o mnie przyjaciele". To że ktoś jest czyimś sojusznikiem nie oznacza ze jest zawsze do końca szczery. Na przykład USA musza być pewne czy deklaracje o czyjejś gotowości bojowej są zgodne z prawdą i czy naprawdę na sojusznika można liczyć i co nie mniej ważne, czy warto. To działa także w drugą stronę. Europa szpieguje USA by wiedzieć co amerykanie mogą jeszcze wywinąć i w jaka kabałę wpakować swoich sojuszników.
Jednak obie strony czynią to dyskretnie. Od czasu do czasu wyłapując nawzajem swoich szpiegów i po cichu wymieniając ich na swoich złapanych przez drugą stronę. Jeśli wychodzi to na jaw to w sprawach szpiegostwa przemysłowego, gdzie zaangażowane sa strony trzecie. I tak jest to wtedy załatwiane dyskretnie i po cichu z nikłym echem w mediach. Czasem afery były większe, jak na przykład szpieg izraelski Jonathan Pollard, w wywiadzie marynarki amerykańskiej.
Co ciekawe w dyskusjach o katastrofie smoleńskiej, gdy zastanawiano się o czym była ostatnia rozmowa prezydenta z bratem, jako coś oczywistego przyjęto ze takie informacje będą mieli amerykanie. nasi komentatorzy uważali z normalne ze USA podsłuchują Prezydenta Polski , i pewnie uda sie coś od służb amerykańskich dowiedzieć. Udawanie zaskoczenia teraz, kiedy okazuje sie ze naprawdę to robili, zakrawa na pewnego rodzaju paranoję.
Głównym problemem jest, ze sprawa w ogóle wypłynęła. Oznacza to że rządy musza się w oficjalny sposób odnieść do czegoś co jest tajemnicą poliszynela. Nikt nie może sobie pozwolić na stanowisko "I co z tego? My robimy to samo". Konieczne jest pokazanie wyborcom swojego świętego oburzenia. Po za tym, amerykanie nie sa specjalnie lubiani, więc na takim srożeniu się w krótkim terminie można nawet coś ugrać w polityce wewnętrznej.
A długofalowo nic się nie zmieni. Po ostrych notach oficjalnych, ostrzejszych nieoficjalnych - by jak coś robią to robili to profesjonalnie a skutków nie oddawali prasie, sprawy wrócą w dawne tory. Tak jak stosunki Izraela z USA po aferze Pollarda. Ponieważ w zasadzie nic się nie stało, i jak napisałem wyżej, robią to wszyscy. Tak na marginesie nie oczekiwali by państwo po polskim wywiadzie żeby miał kilku dobrze umocowanych agentów w Berlinie czy Waszyngtonie? Bo ja tak. Raczej nie bedzie żadnych realnych konsekwencji tej sprawy, ponieważ szkodziły by one wszystkim zainteresowanym. Sprawa będzie musiała zostać "zapomniana". Srożenie się Europy niestety jest tylko dla prasy. Obecne układ Europa-USA, czy tez układy w NATO sa takie że to Europa potrzebuje USA, nie odwrotnie. W chwili obecnej prezydent USA mógłby powiedzieć: "Szpiegowaliśmy sojuszników, szpiegujemy i będziemy szpiegować, bo od tego zależy bezpieczeństwo ameryki" i Europa musiałaby to przełknąć. Czasy kiedy państwa europejskie w kwestii bezpieczeństwa były partnerami USA dawno minęły. W zasadzie żadne z państw NATO nie jest w stanie dokonać projekcji siły gdzieś poza Europą. Może Francja w ograniczonym zakresie. Większość państw NATO liczy wyłącznie na pomoc USA, nawet w obronie swojego własnego terytorium. Europa jest potrzeba Stanom tylko i wyłącznie jako element legitymizujący wątpliwe posunięcia USA jako przedsięwzięcia międzynarodowe. I bez względu na aktualne oburzenie stolic europejskich, to się nie zmieni.

wtorek, 22 października 2013

Dorwać Hofmana

Podobno jest to nowy trend w PiS. Zobaczymy czy sie utrwali. Warto się jednak zastanowić dlaczego sie pojawił, i dokąd on te partie może poprowadzić.
Hofamn oskarżany jest głównie o porażkę w referendum w Warszawie. I juz tutaj mamy trudność. W oficjalnej retoryce PiS twierdzi ze to był sukces. Do pewnego stopnia z oficjalna linia mogę sie zgodzić. PiS owi udało się zmobilizować znacznie więcej wyborców niz w poprzednich wyborach, czy to parlamentarnych czy to samorządowych. Oczywiście nie wszyscy uczestniczący w referendum popierali PiS, jednak liczba ich sympatyków była największa, co sugerują niektóre interpretacje exit pools. Czyli udało zmobilizować własnych wyborców oraz uzyskać nowych. Czyli sukces?
Jednak nie. PiS tak mocno zaangażował sie w kampanię, tyle sił i środków, ze oczekiwania wewnątrzpartyjne były bardzo duże, a buńczuczna retoryka, której autorem był głównie Hofman, budowała atmosferę rychłego ogólnokrajowego sukcesu PiS. Profesor Gliński był już przyszłym kandydatem na prezydenta miasta, rozważano dalszy program dla stolicy oraz jak ten sukces przekuć na skale ogólnopolską. Referendum się nie powiodło i z lokalnej porażki która niewątpliwie mogłoby być, przy większej rezerwie PiS, wyszła pełnowymiarowa klęska.
Pierwszym błędem PiS było zaangażowanie sie na taką skalę. Doprowadzenie do sytuacji wóz albo przewóz. Nie pozostawienie sobie żadnej drogi odwrotu. Jeśli o tym decydował poseł Hofman, to niewątpliwie jest za co go rozliczać. Przy centralizacji PiS szczerze wątpię aby takie decyzje mógł Hofman samodzielnie podejmować. Taką decyzje mogła podjąć jedynie osoba z definicji nieomylna, czyli prezes. Oznacza to ze Hofman jest ustawiany jako kozioł ofiarny.
Hofmanowi zarzuca sie źle skonstruowaną kampanie refrendalna. Jest w tym sporo racji. Odnosiłem wrazenie ze nie do końca wiedziano jaka jest grupa docelowa i jak do niej trafić. Wizerunkowo kampanii na pewno zaszkodziła sprawa symbolu Polski Walczącej. Czy przyniosło to zakładane efekty? W ogóle jakiś zysk? Według mnie nie do końca. Grupy dla których ten znak jest rozpoznawalny i niesie określony przekaz maja dość ugruntowane poglądy polityczne, więc raczej nie przekonaniu wielu, a część potencjalnych wyborców PiS dla których ten znak niesie ogromny ładunek znaczeniowy i sentymentalny mogło po prostu zniechęcić. Niestety niemal 70 lat po zakończeniu wojny dla znacznej części naszego społeczeństwa symbol Polski Walczącej jest w zasadzie nierozpoznawalny, wiec i jego uzycie mija się z celem, tak wiec niewątpliwie PiS na tym więcej stracił niz zyskał. Tutaj niewątpliwie jest wina Hofmana. Jednak szczerze mówiąc, nie do końca panował on nad sama kampanią, i mówiąc serio nie było to nawet wykonalne. Tyle rożnego rodzaju ugrupowań i środowisk zaangażowało sie w referendum, ze nie było można anie tego opanować ani koordynować. Wiele działań podejmowanych przez inne ugrupowania i tak szły na "konto" PiS bo oni krzyczeli najgłośniej. Szły na konto niestety z całym dobrodziejstwem inwentarza. Angażowanie się w coś czego nie można kontrolować, zwłaszcza jesli od tego zależy twoje dobre imię, było dużym błędem.
Ale czy za to można rozliczać Hofmana. Po części tak. Jednak główny błąd był w założeniach strategicznych za które, jak mi się wydaje Hofman nie odpowiadał. Jako że w filozofii PiS ktoś musi być winny, wygląda na to ze padło na niego. Zresztą jest to chyba element walki wewnętrznej w PiS. Za Hofmanem są całe szeregi działaczy których jego silna pozycja przy prezesie szczególnie irytowała. Teraz, czując nadarzającą się okazję, usiłują go w najlepszym razie osłabić, wyciągając mu wszystko od kampanii po przechwałki o własnym "wyposażeniu". Czy im sie uda zalezy wyłącznie od decyzji prezesa Kaczyńskiego. On decyduje o rolach w jego partii. Nie zdziwiłbym się gdyby dał posłuch tej wewnętrznej opozycji. Juz od jakiegoś czasu Hofman raczej nie wnosił nic szczególnie pozytywnego w wizerunku PiS, a tak szczerze mówiąc ani w PiS ani poza nim nie jest szczególnie lubiany.

wtorek, 15 października 2013

No i po referendum

Referendum za nami, zaczęły się dyskusje jakim wynikiem się zakończyło. PKW mówi ze jest nie ważne, ale pytanie kto na referendum wygrał padają.
PO i pani nadal prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz nie przegrała referendum. Mówić natomiast że wygrali referendum byłoby według mnie pewnym nadużyciem. Przede wszystkim udało sie utrzymać pozycję, co jest jakimś sukcesem i w jakiś sposób wyhamować ofensywę PiSu i opozycji. Wyhamować ale nie zatrzymać. Pozycja pani Hanny będzie na pewno słabsza, a wyniki referendum w którym aż 95% biorących w nim udział było za jej odwołaniem będzie wykorzystywany jako podstawę do ataków na nią osobiście jak i na PO. Przez cały najbliższy rok będzie musiała na co dzień udowadniać że ma mandat do rządzenia Warszawą. Nie będzie to łatwe zadanie. Za odwołaniem głosowało niemal tyle samo osób ile w 2010 głosowało za panią Hanna Gronkiewicz-Waltz. To połowa wyborców z zeszłych wyborów. Jest to ogromny elektorat negatywny i z tym w ciągu roku będzie bardzo trudno sobie poradzić. Szczególnie przy takich wpadkach jak dzisiejszy początek remontu trasy toruńskiej.
Biorąc pod uwagę wyniki można stwierdzić że przyjęte założenia kampanii były słuszne i należało grać na nieważność referendum. Przy tak dużym elektoracie negatywnym, o sukces mogłoby być ciężko. Chociaż uważam ze mimo wszystko PO powinna zawalczyć o Warszawę i pójść na całość w referendum. Zagrywka byłaby pokerowa, jednak zysk ze zwycięstwa był by tak duży ze rekompensował by ryzyko. Teraz wygląda trochę tak jakby PO nie wierzyło we własnych wyborców. Z właściwie przeprowadzona kampanią można by powalczyć o zwycięstwo. W mediach pani Gronkiewicz-Waltz chwalona jest za swoja kampanię. Trudno mi ją oceniać z odległości, nie było mnie w tym czasie w Warszawie, a to co widać i czuć na ulicach liczy sie najbardziej w trakcie kampanii.
Spójrzmy na liczby. Za odwołaniem głosowało 322 tys mieszkańców, przy 619 tys głosujących w 2010 to trochę ponad połowa. Za Hanną Gronkiewicz-Waltz głosowało w 2010 głosowało 345 tys głosów, czyli obecna pani prezydent na pewno utraciła około 50 tys głosów i co za tym idzie mozliwosć wygranej w pierwszej turze. Co w drugiej? Zależeć wiele będzie od kontrkandydata.
Co z samą PO? W 2010 zdobyła 278 tys głosów to jest 44% głosów a w wyborach parlamentarnych 498 tys co stanowiło 49% głosów. Procentowo różnica niewielka jednak w liczbach bezwzględnych różnica ogromna. PO mogła liczyć na niemal pół miliona głosów, a wydaje się że teraz nie wierzy nawet w połowę tego. Potencjał dla PO jest. Tych ludzi udało się przekonać. Teraz trzeba to powtórzyć. W exit pools po referendum aż 14% wyborców twierdziło ze jest wybocami PO. To oznacza że platforma nie może na nich liczyć w wyborach samorządowych. Nie wiadomo jak sie zachowają w wyborach parlamentarnych. Plusem jest że nadal sie do Platformy przyznają, to oznacza pewną identyfikację, jednak głosowali wbrew linii partii.
Spójrzmy na opozycję. Niewątpliwie w kampanii referendalnej zyskała. Te 50 tys głosów które straciła pani Hanna przechodzi na pewno do opozycji. Ale do kogo?
Twierdzenie że kampania PiS odstraszyła kogokolwiek można miedzy bajki włożyć. W wyborach samorządowych w 2010 zdobyli 151 tys głosów (24%) a w parlamentarnych, przy maksymalnej mobilizacji 277 tys (27%). Ewidentnie widać że licznie do referendum poszli wyborcy innych partii.  Szczególnie z exit pools gdzie do popierania PiS przyznało się zaledwie około 7% glosujących. Biorąc pod uwagę spora liczbę odmów udzielenia odpowiedzi na pytanie ankieterów, co jest charakterystyczne dla wyborcy PiS oraz przyjmując ze zasadniczy elektorat PO do referendum nie poszedł, poparcie dla PiS na tej podstawie można szacować nadal na około 25%-29% w Warszawie.  Tak wiec z kolei buńczuczne zapewnienia prezesa o sukcesie i ofensywie wśród wykształconych wyborców także mijają się z prawdą. Wszyscy sprzeciwiający się rządom Hanny Gronkiewicz Waltz w warszawie sumiennie odwalili swoja robotę i poszli głosować. Nie jest to szczególny sukces PiS, raczej medialna porażka, biorąc pod uwagę ilość zaangażowanych sił i środków.
Co nam daje wynik referendum? Pozwala dokładnie oszacować siły występujące przeciw Platformie, oraz określić jakie przez ostatni okres poniesiono straty. Niestety nie pozwala stwierdzić jakie jest realne wsparcie dla PO w Warszawie, gdyż zniechęcony elektorat PO ma tendencje nie do przepływanie do innych ugrupowań ale do rezygnacji z angażowania się w politykę. Pozostaje wyciągnąć wnioski i wdrożyć program działań zaradczych. Byle szybko. Do wyborów samorządowych rok, do parlamentarnych dwa lata. W literaturze dotyczącej marketingu politycznego pisze się ze dwa lata to optymalny czas na przygotowanie kampanii wyborczej. Na wybory samorządowe pozostaje mało czasu, może na parlamentarne? Obawiam się, ze jak zwykle, wszyscy (i Po i PiS) wszystko zostawią na ostatnią chwilę.

sobota, 12 października 2013

PR czyli czego brak.

Kolejny raz pisze o czymś czego nie ma , czyli o polityce PR rządu. Panuje dość powszechna opinia że nasz rząd nic nie robi i generalnie, podobnie jak cała PO zajmuje sie sobą. A jednak coś robią, oczywiście poza wysłuchiwaniem wielogodzinnych wystąpień opozycji :). Trafiłem na to w porannym programie TVN24. Chyba nie mieli czym wypełnić ramówki bo później już sie nie pojawiło. Chodzi o wiadomość że zajmujemy szóste miejsce w UE pod względem długości autostrad i dróg szybkiego ruchu. W przeciągu dwóch lat przesuniemy się na miejsce piąte wyprzedzając Wielką Brytanię. I gdyby nie czysty przypadek wiadomość ta uszłaby mojej uwagi. Co oznacza że większość naszego społeczeństwa nie ma o tym bladego pojęcia.
Prosze zobaczyć jaki piękny news. Nic tylko na jakiejś budowie zrobić konferencje prasową, podrzucić prasie jakąś ładna wizualizację, przedstawić mniej lub bardziej abstrakcyjne plany, byle z rozmachem. I co? I nic. Premier Kaczyński z rozmachem potrafił otwierać 200m autostrady. Miller otwierał z pompą 3.5 km Zakopianki. Obecny rząd miałby nawet co otwierać, ale jakoś po Euro zupełnie tego nie wykorzystuje. Nie wiem jak można nie próbować ograć na własną korzyść pojawienia sie naszego kraju w europejskiej czołówce zwłaszcza w tak drażliwej dziedzinie jaka jest dla polaków drogownictwo.
Jest to dla mnie jedna z najbardziej niezrozumiałych rzeczy, jak ugrupowanie które miało tak dobry PR, świetnie przygotowane reklamy i spójne kampanie, całkowicie to porzuciło. Obecnie chyba nawet PiS ma lepszy i bardziej profesjonalny PR. Bez tego nie można funkcjonować, ani skutecznie rządzić. Bynajmniej nie chodzi mi o PRowskie sztuczki, służące manipulacji opinia publiczną. Oczywiście są i takie metody, ale porzucono podstawy PR, czyli komunikację, przekazywanie wiadomości, własnych opinii, osiągnięć. Bez tego PO w zasadzie może sobie darować wybory za dwa lata i od razu przekazać władzę PiS. Naprawdę nie wiem co biuro prasowe rządu i zatrudniane przez rząd lub PO firmy PR robią. Dedykuję premierowi cytat z filmu "Złoto dla Zuchwałych" (Kelly's Heroes). Niezapomniany generał Colt:
"What's the sense of having a communications officer who can't communicate?"

piątek, 11 października 2013

"Żyjemy w kraju zawiści" - to raczej nie niespodzianka.

Trafiłem dziś na bardzo interesujący artykuł na temat polskiego społeczeństwa. Jak niemal wszystko co pisze prof. Czapiński zmusza do przemyślenia i refleksji. Chociaz tytułu, który podsumowuje tylko skromna część artykułu, nie opatrywałbym wykrzyknikiem, bo jest to raczej wiedza powszechna. Choć szczerze mówiąc mimo ze generalnie zgadzam z tym co pisze profesor, to jednak uważam że tego typu badania nie do końca oddają to co naprawdę myślą Polacy. Dlaczego? Ponieważ mamy o sobie jak najgorszą opinię. Gorsza od tego jacy jesteśmy naprawdę. Dlaczego tak siebie nie lubimy?
Lata temu, trafiłem na artykuł, bodajże w Polityce, potem temat kilkukrotnie wypływał przy róznych okazjach. Szybkie poszukiwanie w sieci także pozwoliły na znalezienie krótkiego resume.
Po prostu Polska a własciwie Polacy po wiekach zaborów a później okupacji czy to niemieckiej czy tez sowieckiej, wykształcili w sobie mentalność postkolonialną - charakterystyczną dla krajów które wyzwoliły spod jarzma kolonializmu. Oczywiście na ta tezę szczególnie wściekle reagują środowiska skrajnie prawicowe uważając że jest to jakaś obraza czy ujma, nieświadomie ją potwierdzając. To skutkiem właśnie "rozbiorowego kolonializmu" nie potrafimy z dystansem podchodzić do siebie, wszystkie uwagi bierzemy "do siebie" i uważamy za próbę ataku czy to na nas czy też na nasz kraj w szczególności, nasze specyficzne czarnowidztwo czy też nieufność wobec wszystkich i wszystkiego połaczone z fascynacją tym co za granicą. No i coś co mnie osobiście wkurza, resentymenty i doprowadziły do tego że naszym narodowym sportem jest uzalanie sie nad sobą i świętowanie porażek. Stąd też wzajemna pogarda "moherów" i "wykształciuchów". Bo z przeciwnikiem nie można sie tylko nie zgadzać, trzeba go nienawidzić i pogardzać.
Dlaczego o tym piszę. Ponieważ stan społecznej postkolonialnosci nie jest dany raz na zawsze. Da się z tego wyleczyć i żyć normalnie jak w "normalnym kraju". Nie jestesmy jedynym krajem poskolnialnym w europie. W artykule przytoczonym powyżej wymienia sie miedzy innymi Finów. Oni do tego podeszli bardzo fachowo i rzeczowo walcząc z tym co szwedzka i rosyjska okupacja pozostawiła. Trzeba tak jak oni, nie walczyć z pojęciem, tylko zaakceptować fakt i walczyć ze skutkami mentalności postkolonialnej, tak by obraz malowany przez profesora Czapińskiego się nie ziścił.
Jestem pewny że nam sie to uda. Dowodem jest to jak otwarcie respondenci rozmawiali z profesorem, trafnie diagnozując przyczyny swoich niepowodzeń, oraz przemiany na scenie politycznej w naszym kraju. Można powiedzieć że politycy nie nadążaja za zmianami mentalności społeczeństwa. To odwrócenie sie społeczeństwa od polityki, o którym pisałem wcześniej, to nie jest zobojętnienie, tylko wyraz zniecierpliwienia i swoiste wotum nieufności wobec polityki prowadzonej obecnie. Większość naszego społeczeństwa chce po prostu żyć normalnie. Nie chcą interesować się tym kto jest z kim, kto był na styropianie a kto nie, kto miał dziadka w Wehrmachcie, ani, szczerze mówiąc, co to był Wehrmacht. Dla większości ludzi nie ma znaczenia czy dany rząd ma wyższość moralna nad innym, tylko czy dobrze i skutecznie rządzi. Są po prostu zmęczeni trwającą wojną "na górze" i po prostu przestała ich obchodzić. Większość emigrantów w Londynie jako główną zaletę życia tam wymienia na pierwszym miejscu, nie pieniądze, ale stabilizację. Brak zawieruch fundowanych im przez polityków i możliwość normalnego życia. Tyle tylko, i aż tyle wymagamy od naszych polityków.
Wbrew temu, co pisze profesor, możemy być szczęśliwsi, jak tylko uporamy się z brzemieniem przeszłości. Społeczeństwo wydaje się być gotowe, mam nadzieję że politycy nadążą. Polska nie powinna być "Winkelridem narodów", tylko szczęśliwym krajem szczęśliwych i dumnych ze swojego kraju obywateli.
Na zakończenie motyw który pojawia sie literaturze anglosaskiej diametralnie rożni się od naszej manii cierpiętnictwa: " Nie ma nic pięknego w śmierci za swój kraj. Należy dopilnować aby to oni (wrogowie) zginęli za swój". Oraz "Obywatel nie powinien umierać dla kraju. Powinien dla niego pracować i żyć szczęśliwie". Pamiętacie Państwo Pozytywizm? Najbardziej chyba niedoceniany okres w naszej literaturze.

czwartek, 10 października 2013

Odwołajmy Prezydent! Niech żyje nowy Prezydent! Zaraz...

Z dużym niedowierzaniem czytałem dzisiejszą prasę. Chodzi o nowy pomysł PO. Mianowicie jesli uda sie w referendum odwołać prezydent Warszawy to zorganizują przedterminowe wybory bo pani Hanna Gronkiewicz-Waltz ma największe szanse na wybór... Jest to pewien abstrakt...
Po pierwsze, sondaż sondażowi nie równy. Jak to jest że w jednym sondażu odwołania obecnej pani prezydent chce ponad 70% respondentów a w drugim ponad 50% (druga tura) wybrałoby ta samą pania prezydent na ten sam stołek? Chodzi o dobór grupy oraz o zadane pytanie. Niekoniecznie pytani musieli byc warszawiakami, ba podobno w stolicy o "słoika" nie trudno ;) Już w tym momencie uzyskujemy nieco inny wynik. Następnie pytanie i w jakim kontekscie zostało zadane. Skutkiem faktycznie może być ze nawet ten sam człowiek który deklaruje chęć odwołania pani Hanny moze zadeklarować ze w wyborach zagłosuje na nią. Niestety to nas nie zbliża do rozwiązania.
Po drugie sondaz nie bierze pod uwagę że Hanna Gronkiewicz-Waltz została odwołana ze stanowiska czyli PRZEGRAŁA referendum. Nawet jesli takie przypuszczenie jest w pytaniu, nadal w śiadomości wyborcy pani Hanna funkcjonuje jako obecny prezydent stolicy. Prawdziwą odpowiedź otrzymamy dopiero po referendum. Czy moze byc inna? Oczywiście.
Dochodzimy tutaj do kwestii przegranej w polityce. Jak przegrana polityka wpływa na percepcję danego polityka u wyborców. Wpływa i to znacznie. Nie jest tajemnica ze ludzie lubią wygranych i trzymać z wygranymi. Lubią być w tym "lepszym obozie", z tymi którzy mają rację. Oczywiście są ludzie którzy sa głęboko zaangazowani w sprawę i niezaleznie od wyniku wyborów bedą głosowac na swoich jedynie właściwych wybrańców. jednak jest ich niewielki procent. Zasadnicza część społeczeństwa, czyli większość głosujących, chciałaby by być ze zwycięzcami, czuć ze mieli na coś wpływ. Stąd cisza wyborcza by w ostatniej chwili wahających się nie przekonać sondażem by mogli załapać sie do zwycięzców.
W polityce amerykańskiej niemal aksjomatem jest odstawienie na boczny tor tych którzy przegrali wybory, niezależnie od szczebla. Po przegranej ląduje na głębokich tyłach partyjnych i musi mocno się napracować by zmazać odium przegranej. Nawet okazjonalny obserwator amerykańskiej sceny politycznej zauważa jak znikają z ekranów i z pamięci kontrkandydaci prezydentów USA. Są oczywiście wyjątki (na przykład Nixon) jednak potwierdzają one regułę: na przegranego się nie stawia.
Jak to wygląda u nas? Jak zwykle zabawnie. Zasada trzymania ze zwycięzcą obowiązuje, jest to bowiem zasad psychologiczna wynikająca z naszej konstrukcji psychicznej a nie z takich czy innych cech narodowych. Jednak nasi poltycy nie chcą jej uznać za obowiązującą i próbują co rusz powracać. najweselej było w latach 90. kiedy po przegranej tworzyło sie nowe ugrupowanie i pod nowym sztandarem ci sami po raz kolejny próbowali przekonać do siebie wyborców. Tak później powstało PO i PiS. Czasem ludzie sie na to nabierają, czasem nie. Wystarczy spojrzeć w biogramy niektórych polityków i liczba ugrupowań w których działali może powodować zawrót głowy.
Ciekawym przykładem może byc Leszek Miller. Po sukcesie wyborów z 2001 kiedy SLD zdobywa włądze z ponad 40% poparcie nadchodzi klęska jego rządu i rozpad SLD w 2005, i de facto wyrzucenie go z partii w 2007. Startuje nawet z list Samoobrony w 2007 - bez sukcesu. W 2008 zakłada własną partie z której odchodzi w 2010. W SLD ponownie od 2010. Dostaje sie do parlamentu jednak nie ze "swojej" Łodzi tylko z Gdyni. Potem zręcznymi zagraniami w trakcie walki wewnątrzpartyjnej zostaje przewodniczącym SLD (ponownie). Czy ludzie znów mu ufają? A czy SLD ma 40% poparcia? SLD nadal działa tylko swojemu żelaznemu elektoratowi który daje mu ledwie kilka procent poparcia. Nie zapominajmy ze SLD w latach 90. mógł liczyć mniej więcej na 20% głosów - zawsze w każdych wyborach. Dopiero katastrofalne rządy Millera sprowadziły tę partie do ledwie kilku procent poparcia i balansowanie na granicy progu wyborczego. Miller raczej nie poprowadzi lewicy do władzy. Jeśli będą rządzić to tylko i wyłącznie z łaski koalicjanta.
Wracając do Warszawy. PO z lubością wyciąga prezesowi Kaczyńskiemu ile wyborów przegrał. Zastanawiające że teraz przegrana w referendum ma stanowić dobry zadatek na wygraną w wyborach. Ewentualna przegrana w referendum w sposób znaczący zmniejszy szanse Gronkiewicz-Waltz na reelekcję czy we wcześniejszych wyborach czy też w terminowych. Tych kilku (nastu) procent głosów może zabraknąć i dzięki strategii PO prezydentem Warszawy zostanie Ryszard Kalisz.
Strategii, czy raczej braku takowej. Bowiem działania, zwłaszcza w polityce powinny realizować szerszy plan, strategię, i prowadzić do określonego celu. Tego nie widać w obecnych działaniach. Jest to raczej działanie ad-hoc. Realizowanie rożnych pomysłów które rożnym działaczom przychodzą do głowy. Jeśli PO na poważnie myśli o wyborach samorządowych to powinni iść na całość w referendum i je po prostu wygrać. Nic nie podbija pozycji polityka tak jak wygrana. Po wygranym referendum, wybory w 2014 w Warszawie byłyby czystą formalnością. Podejrzewam nawet że wygrana byłaby w pierwszej turze. Zdecydowano się na formę, jak uważają niektórzy, bezpieczniejszą. Gramy na nieważność referendum. Jest to może i bezpieczniejsze, ale niczego nie gwarantuje. Nie trzeba wygrywać wystarczy nie przegrać. Ustawia to jednak prezydent Warszawy w defensywnej pozycji i wystawia ja na ataki przez następny rok. W końcu, niezależnie od ważności referendum, to głosowanie pani Hanna przegra. Będzie to amunicja do ataków na nią przez cały kolejny rok. Jej pozycja w wyborach w 2014 będzie znacznie słabsza, a i sama Platforma Obywatelska traci sporo na wizerunku wzywając obywateli do zachowań nie do końca obywatelskich. Więc w obecnej sytuacji niezależnie od wyniku referendum wygranymi są jego pomysłodawcy. Nie przegranie nie oznacza zwyciestwa.

środa, 9 października 2013

Nowe otwarcie w listopadzie

Przynajmniej tak twierdzi premier. Zobaczymy. PO bardzo potrzebuje nowego otwarcia. Może ono dać nowy kredyt zaufania rządowi i zahamować spadek poparcia ugrupowania i dać nadzieje na sukces w nadchodzących wyborach. Obawiam się że trochę zbyt późno owo otwarcie nadchodzi. Społeczeństwo oczekuje zmiany od dłuższego czasu. Nie żeby oczekiwania społeczne były sprecyzowane. Raczej oczekuje się żeby było "inaczej" a rząd w końcu zaczął "rządzić. Niestety koniec października i początek listopada upłynie pod znakiem wojny domowej w PO i starcia lokalnych "baronów" o władze w regionach, jeszcze bardziej podkopując i tak wątłe zaufanie do Platformy. W tej sytuacji nowe otwarcie może przejść niezauważona albo wypaść po prostu blado. Ludzie coraz bardziej zirytowani są tym że PO zajmuje się wyłącznie sama sobą. Tak przynajmniej wygląda na zewnątrz. Nie jestem pewien ale mam wrażenie że znów i władze i media skupią się na sprawach personalnych, podczas gdy ludzie oczekują raczej spektakularnych działań - reform - oczekują zmian. Oczywiście każdy innych zmian, jednak nie zmienia to atmosfery wyczekiwania. To jest do pewnego stopnia fascynujące, jak partia która słynęła z dobrego PR, sukcesywnie sama gotuje sobie kolejne klęski marketingowe, pogrążając się nie tylko w oczach wyborców ale także wśród własnych członków którzy po prostu tego nie rozumieją. Zapowiada się że zarówno wybory w PO jak i "nowe otwarcie" będą kolejnymi w ciągu klęskami PRowymi.

wtorek, 8 października 2013

Tam gdzie bieleją kości poprzedników

Tytułowe sformułowanie to cytat z Leszka Millera. Mówił o Gowinie, o jego decyzji wyjścia z PO, porównując go do innych "rozłamowców" m.in Kalisza. Czy faktycznie nie ma życia politycznego poza głównymi partiami? Co się zmieniło od lat 90. kiedy nowe ugrupowania mogły liczyć na ciepłe zainteresowanie wyborców?
Niestety obecnie nie ma życia poza główną czwórką partii politycznych. Jeśli polityk chce się liczyć musi być członkiem tej czwórki. Z pełna premedytacja piszę czwórki. Nie uwzględniam Palikota i Twojego Ruchu z pełna świadomością. Po pierwsze minął okres romantyczny w naszej polityce kiedy po odzyskaniu niepodległości wszyscy żyli polityką i chcieli korzystać z wolności politycznej jak najpełniej. Każda nowa opcja, alternatywa spotykała sie z żywą odpowiedzią wyborców, niemal każdy miał szansę zaistnieć. Stad mieliśmy miedzy innymi Polską Partie Przyjaciół Piwa, Stana Tymińskiego i liczny kolorowy plankton polityczny. Scena polityczna nie była stabilna ale na pewno wesoła. By jakoś to okiełznać wprowadzono progi wyborcze, co sytuacje nieco poprawiło ale i tak zdarzało się zupełnie inne partie zaczynały kadencje sejmu a inne kończyły. Okres romantyczny skończył się dla wyborców prawicowych podwójnym szokiem najpierw klęską rządów AWSu a potem klęska POPiSu. Wtedy wielu z sympatyków prawicy straciło serce do polityki. Wyborców lewicy z kolei czekał szok końca rządów Millera. Już więcej nie udało sie zgromadzić wyborców "za kimś", czy raczej "za jakimś programem". Udało sie zmobilizować wyborców "przeciw". Najpierw przeciw PiS. Szok dwuletnich rządów PiS był tak duży dla społeczeństwa że nadal lęk przed ich powrotem do władzy moze byc silnym czynnikiem decydujacym o wyniku wyborów.  Potem był sprzeciw przeciwko klasie politycznej którego wynikiem był sukces Ruchu Palikota. Można odnieść wrażenie że skutkami obu sprzeciwów społeczeństwo jest rozczarowane. Niestety nie poszukuje alternatywy. Uważa się ze po prostu polityki i polityków nie da sie zmienić niezależnie od opcji, a słowo polityka z roku na rok ma coraz bardziej pejoratywny wydźwięk. Co najciekawsze, wygląda na to ze klasa polityczna pogodziła sie z tym i raczej zastanawia się jak ta sytuacje wykorzystać niż ja zmienić. Dlatego tez uważam ze dużym sukcesem Palikota będzie utrzymanie sie w parlamencie, w co raczej nie wierzę.
Dlaczego akurat cztery główne ugrupowania trwają? Ponieważ są wysoko zinstytucjonalizowane. Głosy członków tych ugrupowań wraz z rodzinami wystarczają by "załapać się" do parlamentu. Oczywiście dofinansowanie z budżetu pomaga ale nie jest decydujące. Wile ugrupowań było finansowanych z budżetu a teraz "ich kosci bieleją".  O przetrwaniu tych partii bedą oczywiście decydowały rozłamy i odejścia, ale przykład PiS świadczy że członkowie szeregowi ugrupowań są znacznie bardziej lojalni niż ich przywódcy. Dlatego po odejście kolejnych liderów z PiS w zasadzie nie odchodzili członkowie partii a poparcie się nie zmieniało. Podobnie będzie w przypadku Gowina. Mimo ze wielu członków PO uważało ze Gowin ma rację (blisko co czwarty) to jednak pozostaną w partii, ponieważ czuja się z nią związani. Jeśli trwające obecnie wybory w PO nie pogłębią podziałów wewnętrznych, czy raczej nie stworzą realnych podziałów, to PO mimo odejścia Gowina może czuć się bezpieczne. Ponadto przyglądając sie samym ruchom Gowina oraz jacy ludzie wyrazili zainteresowanie jego możliwym ugrupowaniem, tym bardziej można być pewnym jego niepowodzenia. Parafrazując Millera, jest realne niebezpieczeństwo ze  kosci Gowina dołącza do kości poprzedników.