Od wyborów minął już prawie miesiąc, nowy rząd już się ukonstytuował i rozpoczął szybkie "nocne zmiany". Do czego dąży PiS i jak, tym się zajmę się później, kiedy pojawi się więcej realnych działań a nie tylko deklaracji. W tym poście chciałbym zająć się tym, dlaczego doszło do zmiany i do tego tak dramatycznej. Dramatycznej szczególnie dla PO i SLD, bo wydaje się że nikt z nich specjalnie nie rozumie co się wydarzyło i przede wszystkim dlaczego. Oskarża się "niedojrzałe społeczeństwo" o "nieprzemyślane wybory", podczas gdy w zasadzie całość winy spoczywa po stronie własnie tych ugrupowań. Źle prowadzona polityka i źle prowadzona kampania wyborcza pogrążyła PO, oderwanie od rzeczywistości pogrążyło SLD.
Jeśli chodzi o PO to już dawno temu w pierwszym poście na tym blogu pisałem o samozadowoleniu tego ugrupowania i pewnej zamierzonej bylejakości władzy, ponieważ uwierzyli że niezależnie od tego co zrobią i tak utrzymają się przy władzy strasząc PiSem. Wydawało się ze faktycznie im się to uda. Sam przewidywałem że zmiana z która mamy do czynienia przyjdzie dopiero za 4 lata. Jednak elementem ktorego sie nie dało przewidzieć był Kukiz. On stał sie katalizatorem niezadowolenia. To że sie pojawił uaktywniło tez Petru i pojawiła się alternatywa dla PO. Po raz pierwszy od 8 lat popieranie Platformy zaczęło się stawać passe a bycie antysystemowcem "trendy". Co ciekawe głosowanie na PiS przestało być obciachem. W tej nowej rzeczywistości PO nie potrafi się odnaleźć. Najpierw PO udało się zniszczyć własnego prezydenta i z poparcia blisko 80% po kilku miesiącach przegrywa z "człowiekiem znikąd" PiS. Tu ewidentną winę ponosi nieumiejętnie prowadzona kampania - nie do pomyślenia w partii która zawsze dotąd miała świetne wsparcie PR.Kampania prezydencka była kompletną amatorszczyzną i skończyła się jak się musiała skończyć. Ta kampania jest o tyle interesująca, bo rzadko kiedy współcześnie zdarza się aby na sam wynik aż taki wpływ miała tylko kampania. Zazwyczaj wyborcy mają swoje ustalone preferencje na które można tylko do pewnego stopnia wpływać. Tutaj podczas kampanii udało się zniechęcić własnych wyborców - naprawdę rzecz trudna do osiągnięcia.
W znacznej części winę za klęskę ponosi osoba która była architektem późniejszej klęski w wyborach parlamentarnych: Michał Kamiński. Dlaczego tak uważam? Jest dobrym PRowcem ale niestety hołduje dość specyficznemu typowi prowadzenia kampanii, który jest szczególnie popularny w USA.W kampanii takiej chodzi aby przeciwnika zniszczyć, maksymalnie mu dołożyć, skopać, zohydzić. Szuka się haków, wyciąga się brudy, insynuuje i rzuca najcięższe oskarżenia na przeciwników. Tak, to działa, wyborcy uwielbiają brudne kampanie wyborcze, ale jest jedno duże ale - nie lubią głosować na osoby które wykorzystują takie metody. W USA jest to mniej widoczne, bo tego typu metody się przyjęły już dawno, ale i tak główni kandydaci starają się aby najcięższe ataki na przeciwników nie wychodziły od ich sztabów ale "z boku" - od zaprzyjaźnionych środowisk bądź od kontrkandydata z tego samego obozu który nie ma już szans na wybór. W Europie wyborcy sa bardziej wyczuleni na tego typu ataki i tu jeszcze bardziej się uważa żeby "błoto" nie nadlatywało od kandydata. Straty mogą być większe od zysków. I kampanie PO były podręcznikowym tego przykładem. I prezydent a później premier "ładowały" w PiS, strasząc Maciarewiczem, Kaczyńskim i IV RP. I okazywało się że z marnym skutkiem - tracąc nawet coraz więcej wyborców. Naprawdę zabawne jest porównanie kampanii PiS i PO z 2007 z obecnymi. Obrót o 180 stopni. Wtedy PO było koncyliacyjne, łaczące, budujące 'normalną Polskę" z równymi szansami dla wszystkich, a PiS wściekle atakował "układ". Obecnie to PiS był koncyliacyjny, łączył wszystkich, budował "uczciwą Polskę" z równymi szansami dla wszystkich a PO wściekle atakowała "pogrobowców IV RP. Prawda że zabawne? A autorem kampanii PiS w 2007 był Michał Kamiński. Stąd obecną kampanię trafnie podsumowuje mem:
Czy można było wygrać? Po ostatnich 4 latach zapewne nie. Zbyt duże było zniechęcenie wyborców do modelu rządów zaproponowanych przez PO. Jednak straty można było ograniczyć i próbować utrzymać się przy władzy tworząc szeroką koalicję. Taką szansą był program ekonomiczny PO, z likwidacją ZUS, który mógł trafić do ich kiedyś żelaznego elektoratu - przedsiębiorców. Niestety PO nie zrobiła dokładnie NIC aby tę szanse wykorzystać. Program pozostał szerzej nieznany, ponieważ pani Premier i inni działacze PO zbyt zajęci byli "ładowaniem" w PiS. To z kolei powodowało "rozjeżdżanie" sie kampanii PO - hasła ekonomiczne pojawiały się w materiałach i hasłach ale nie były podejmowane w narracji - politycy nie rozwijali tematu, strzelając sobie i partii w stopę. Podstawowy błąd w każdej kampanii to brak konsekwencji. Prezydentowi podczas kampanii co najmniej trzykrotnie zmieniano wizerunek. W trakcie swojej kampanii PO usiłowała budować dwa, przeciwstawne wizerunki - to nie mogło się udać. Jeśli zdecydowano się na "ładowanie" to powinni się tego trzymać. Hasła powinny mówić o nadciągającej "zagładzie" i konieczności "obrony demokracji", a przy okazji podkreślać zalety rządów PO zwłaszcza pod względem poszanowania praw człowieka i demokracji. Odpuścić sobie element ekonomiczny. On z kolei, mimo ze bardzo dobry, powodował powstanie pytania: Jeśli jest to taki dobry pomysł, to dlaczego PO go nie zrobiła przez 8 lat? W toku kampanii nie pojawiła się odpowiedź, więc znów sami osłabiali własna kampanię pozostawiając zdezorientowanych wyborców.Dlatego kampania musi być spójna. Nie da się jej prowadzić dwutorowo. Należy się skupić na jednym, wyrazistym przekazie, a tego PO zabrakło. Nie było żadnego przekazu, był chaos.
Kampania SLD była z kolei "dziwna". Z jednej strony Leszek Miller czuł się już niemal wicepremierem, często występując w mediach i niemal z tej pozycji komentując rzeczywistość, podczas gdy kampania szła sobie własnym torem. Początkowe zatargi z drugą zjednoczona lewica na pewno nie pomogły. Kampania była nijaka. Konia z rzędem temu kto pamięta jakiekolwiek hasło "Zlewu" (kolejny wysoce nieudany skrót pogrążający ugrupowanie). I tutaj pojawia się pan Zandberg z "Razem". Jest sympatyczny i jest "jakiś". Podobnie partia Razem okazuje się partią sympatycznych ideowców. Lewaków ale "wierzących w sprawę' i zaangażowanych. I oni zabierają SLD tych którym naprawdę zależy na najbiedniejszych i do których lewicowe hasła docierają. Tych których PZPRowska jeszcze twarz SLD zniechęca. Co prawda Razem nie weszło ale odebrało SLD wystarczającą ilość głosów by to ugrupowanie pogrążyć. I znów mieliśmy ugrupowanie które nie wie do kogo ma adresować swój przekaz i gubi się w rutynie. To jest już raczej koniec SLD. Pozostali mu jedynie wymierający wyborcy. Czy Razem wybuduje nową lewicę? Ma szansę, lewa strona jest aktualnie pusta.
Prosto o polityce
Blog w którym prosto i jasno piszemy o polityce, wyjaśniamy jej mechanizmy i przyglądamy się działaniom polityków zarówno w kraju jak i za granicą.
piątek, 20 listopada 2015
niedziela, 26 lipca 2015
Trochę o polityce zagranicznej, czyli o co chodzi Putinowi
Jako że w Polsce niewiele się dzieje, rząd robi cuda aby
wydawało się że działa, Kukiz usiłuje się pozbyć wyborców, PiS udaje że jest
partią miłości i przyjaźni, a lewica zaraziła się choroba prawicy z końca XX w.
i dzieli się na potęgę, dziś napisze parę słów na temat polityki zagranicznej.
Podejścia do polityki zagranicznej są dwa. Pierwsze,
rzekłbym romantyczne, które usiłuje tłumaczyć działania państw na scenie
międzynarodowej poprzez strefy wpływów, imperialne plany oraz dążenia do
podziału świata. Drugie, pragmatyczne, że polityka zagraniczna jest funkcją
polityki krajowej, wewnętrznej. Mówiąc wprost, to co robią państwa w polityce
międzynarodowej, swoje źródło ma w polityce wewnętrznej i celem nadrzędnym są
cele tej właśnie polityki.
USA wycofały się z Wietnamu nie dlatego że zostały
militarnie pokonane, tylko na skutek nacisku społeczeństwa amerykańskiego. ZSRR
znalazł się w Afganistanie nie w celu realizacji dalekosiężnych imperialnych planów
ale jako przypadkowy rezultat walki o władze na szczytach władzy przed i po
śmierci Breżniewa. Wycofanie USA z Iraku i
Afganistanu powodowane było naciskami społeczeństwa by zakończyć niepopularne
wojny, które rozpoczęto też pod naciskiem społecznym po 11 września. Obecna twardsza
polityka amerykańska związana jest z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi i z
zarzutami jakoby Obama nie radził sobie na tym polu i osłabiał pozycje USA. Jak
widać niemal wszystko co dzieje się na scenie międzynarodowej związane jest z
sytuacją wewnętrzną państw zaangażowanych. Można powiedzieć że mówiliśmy w większości o demokracjach które muszą się liczyć z opinia publiczną. Kraje autorytarne i
dyktatury powinny mieć wolna rękę w polityce zagranicznej kontrolując ściśle
społeczeństwo. Powinny, ale nie mają. Bardzo często w aktywnej polityce
zagranicznej szukają możliwości odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych. I
tak na przykład Argentyna zaatakowała Falklandy, by odwrócić uwagę społeczną od
kryzysu. Podobnie Saddam Hussein napadł na Iran a potem na Kuwejt by uspokoić
sytuacje wewnętrzną. W pierwszym przypadku chodziło mu o zjednoczenie
społeczeństwa wokół niego i jego partii. Z kolei napaść na Kuwejt miała
rozwiązać problemy gospodarcze Iraku po wojnie z Iranem. Podobnie główne cele
polityki Hitlera związane były z sytuacja wewnętrzna Niemiec a podboje były jej
rezultatem. Wojna była jedynym możliwym rozwiązaniem, inaczej funkcjonujące na
stopie gospodarki wojennej i na kredyt Niemcy musiałyby upaść. Z kolei budowa
gospodarki wojennej była próbą wyciągnięcia kraju z kryzysu. Nawet dyktator
musi liczyć się z opinia społeczną jeśli chce pozostać dyktatorem
Wiedząc to wszystko przyjrzyjmy się obecnej polityce Rosji.
Wiele się mówi o niej zarzucając rządzącym, a w szczególności Putinowi,
szaleństwo i nieobliczalność. Spoglądając natomiast z punktu widzenia Rosji,
decyzje władz na Kremlu zaczynają być logiczne. Niestety biorąc pod uwagę ich
logikę, rysuje się naprawdę nieciekawa przyszłość.
Mimo szybujących w górę cen ropy naftowej, Rosja w 2013 roku
znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Prezydent Putin musiał spełnić
obietnice wyborcze, podwyższając emerytury i płace minimalną, powiększając
armię. To kosztuje, Jednak spokój społeczny jest znacznie cenniejszy dla władz.
I mimo rekordowych przychodów ze sprzedaży surowców okazało się że w budżecie
na 2014 konieczne są cięcia. Mimo uspokojenia sytuacji po wyborach można liczyć
na kolejne protesty wskutek pogarszania się sytuacji ekonomicznej w 2014 .
Kolejne bo wybór na prezydenta Putina nie przeszedł bezboleśnie. Co rzadkie w
Rosji, mieliśmy do czynienia z dość sporym oddolnym ruchem protestu. Nie był to
ruch ogólnorosyjski, ale widoczny i nie dający się łatwo pominąć. Dlatego
władze rosyjskie dążyły do uspokojenia zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego,
w tzw. bliskiej zagranicy. Stąd niemiła niespodzianką był dla Moskwy Majdan.
Ukraina była uważana za będącą pod kontrolą, zapominając że opozycja na
Ukrainie mimo że podzielona był silna. W zasadzie podczas całych swoich rządów
Juszczenko nie miał komfortu samodzielnego rządzenia, ale wykorzystywał
zręcznie rozbicie obozu opozycji. Wydarzenia na Ukrainie zostały przyjęte przez
Moskwę z irytacją i od początku mocno naciskała na prezydenta Juszczenkę na
szybkie rozprawienie się z protestantami. Juszczenko miał świadomość swojego
delikatnego położenia i nie był przekonany o lojalności swoich służby siłowych.
Służb które na polecenie Moskwy od kilku lat demontował. Nie będę wdawał się w
opis starć, ale też nie jestem przekonany że wina leży wyłącznie po stronie
służb bezpieczeństwa i Berkutu. Zbyt wiele jest niejasności które należy
jeszcze wyjaśnić, a rola Prawego Sektora jest raczej niejednoznaczna.
Juszczenko ucieka z kraju – opozycja przejmuje władze, ku rosnącej irytacji
Kremla.
Po pierwsze Rosja traci satelitę, miejsce gdzie mogła dalej
rozbudowywać swoje wpływy polityczne i co ważniejsze ekonomiczne. Nie
zapominajmy ze oba kraje są bardzo mocno związane ekonomicznie. Jednak taki
bieg wypadków, zwłaszcza jak wtedy to przedstawiano, skuteczność polityki zachodu i
nieskuteczność Moskwy, mocno nadszarpnęła autorytet Putina. Pierwszym działaniem było nakręceni machiny propagandowej i przedstawienie wydarzeń na
majdanie jako „faszystowskiego puczu” a władz w Kijowie jako „brunatnej junty”.
Oczywiście była to gruba przesada, ale znów uczestnictwo we władzach ludzi
Prawego Sektora dawało Moskwie wolna ręke i możliwość przedstawiania
rzeczywistości w dowolnie wybrany sposób. Nie zapominajmy że Prawy Sektor jest
koalicja kilku skrajnie prawicowych ugrupowań, można określić niektóre z nich
jako faszyzujące, ale którego poparcie w społeczeństwie ukraińskim nie
przekracza kilku procent. Oczywiści na majdanie zdobyli szacunek, dzięki
swojemu poświeceniu, ale nie na tyle duży aby skłonić ludzi do głosowania na
nich. Jednak wzbudzona niechęć do władz w Kijowie wystarczyła aby wzbudzić
niezadowolenie wśród mieszkańców Krymu. Czy było to zachowanie naturalne czy
inspirowane przez Moskwę? Uważam że początkowo było to naprawdę działanie
miejscowej ludności, dopiero w późniejszym etapie wmieszała się w to Rosja.
Większość mieszkańców Krymu uważa się za Rosjan. Znaczna część z nich to byli żołnierze armii rosyjskiej którzy osiedli tam po zakończeniu służby, lub ich
rodziny, tak że początkowo władze w Kijowie także traktowały ten protest jako
prawdziwy. I tutaj zdecydowała się interweniować Moskwa i spróbować co najmniej
zdestabilizować Ukrainę a najlepiej oderwać od niej Krym, który był i jest
ważną bazą dla rosyjskiej floty. Okazało się że „zielone ludziki” sprawdziły
się znakomicie i Krym w zasadzie bezproblemowo i bez oporu władz w Kijowie
udało się zając a potem anektować. Oczywiście świat tej aneksji nie uznał, ale
w oczach rosyjskiej opinii publicznej prezydent Putin wyszedł jako polityk
sprytny i skuteczny. Casus wcześniej oddzielonego od Serbii Kosowa był wygodny
i wiarygodny. Nawet sankcje, które początkowo nie były zbyt uciążliwe, można
było sprzedać jako spisek świata przeciw skrzywdzonej Rosji, dalej budując
obraz Putina jako męża opatrznościowego i skupiając wokół niego społeczeństwo
rosyjskie.
Jak wyszło z Krymem to może uda się z Donieckiem? Początkowo
wszystko tak wyglądało. Jednak Donieck to nie Krym. Znacznie większy, mniej
jednorodny. Co prawda większość społeczności lokalnej sympatyzowała z Rosją i
nie przepadała za władzami w Kijowie, jednak miedzy brakiem sympatii a otwartym
sprzeciwem czy nawet buntem - droga daleka. Taktyki Zielonych ludzików trudno
było użyć ze względu na rozległość terenu i trudności taktyczne. Zdecydowano
się oprzeć na siłach „lokalnych” wspieranych „ochotnikami”. Jednak okazało się
że siły lokalne są dość słabe i raczej nie ma tłumu ochotników. Na szczęście
dla separatystów zdemontowana armia Ukrainy okazała się całkowicie
nieskuteczna. Dopiero pod koniec lata wysiłki zbrojne Ukraińców zaczęły dawać
wyniki, a „Buriaci” jak pogardliwie separatystów nazywali żołnierze rosyjscy,
rozpaczliwie nieskuteczni.
I właśnie w lecie 2014 Putin stanął przed dylematem, co
dalej? Sankcje okazały się być uciążliwe, obniżka cen ropy katastrofalna, Krym
koszmarnie drogi w utrzymaniu, a separatyści w Doniecku nieskuteczni.
Podsyłanie pojedynczych czołgów czy też niewielkich grup ochotników alb wsparcie artyleryjskie w pobliżu granic było niewystarczające. Zwycięstwo rządu
w Kijowie oznaczałoby mocne wsparcie dla
aktualnych władz i jednocześnie utratę prestiżu przez Moskwę. Można by
przypuszczać że Putin utraciłby to co zyskał zajmując Krym. W końcu sam stał
się ofiarą kampanii w której konflikt w Donbasie przedstawił jako
„prześladowanie Rosjan przez ukraińskich faszystów”. I jak tu braciom Rosjanom
nie pomóc? I dlatego armia rosyjska interweniowała w Donbasie i nadal tam
pozostaje. Oczywiście w charakterze „zielonych ludzików”. Nawet kilka
rosyjskich batalionów wystarczyło by rozbić zdezorganizowaną armie ukraińską.
No i co dalej? Dlaczego sytuacja utknęła w martwym punkcie?
Po pierwsze Rosja nie może pozwolić wygrać Ukraińcom, tzn. Donbas
musi mieć jakąś formę autonomii. Po drugie Rosja nie chce Donbasu. Chce aby za
obwody Ługański i Doniecki odpowiadała Ukraina. Dlaczego? Ponieważ utrzymanie
Krymu okazało się koszmarnie drogie. Na przejęcie kilkumilionowego i do tego
zrujnowanego Donbasu Rosji nie stać. Dlatego plan pokojowy Rosji jest prosty:
Ukraina bierze na utrzymanie Donieck i Ługańsk, ale zarządzać w nim będzie
Moskwa. Nic dziwnego że Kijów nie pali się do tego typu porozumienia. De facto
porozumienie Mińskie wychodzi naprzeciw planom Putina, ale Ukraina nie jest
skora do jego realizacji.. Zresztą „równanie frontu” przez separatystów
zaraz po podpisaniu porozumień dało wygodny pretekst do spowolnienia
wprowadzania porozumienia w życie stronie ukraińskiej. Ukraińcy zresztą
upierają się przy tym ze chcą mieć wpływ na co pieniądze w obwodach będą
wydawane, podczas gdy separatyści nawet nie chcą rozmawiać na ten temat. Dodatkowo
sami „Buriaci” okazali się dla Moskwy dość kłopotliwi i krnąbrni, działając
często samowolnie.
Sytuacja gospodarcza Rosji nadal się pogarsza. Społeczeństwo
na razie ze zrozumieniem ponosi wyrzeczenia ale jak długo? Dlatego stan
zawieszenia okazuje się być korzystny. Nie wiadomo kiedy znów przyda się wojna
aby spacyfikować nastroje w kraju. Kontrakty chińskie sa dalekim mirażem, a
nawet jeśli wejdą do realizacji to potrwa to lata. Szczególnie że Chińczycy podchodzą do
sprawy bardzo pragmatycznie i wygląda na to ze kontrakty gazowe dostana nie Rosjanie
a Australijczycy, bo sa po prostu tańsi. Podobnie nawet po zniesieniu sankcji,
napływ kapitału z zachodu i „know how” do przemysłu naftowego to wizja raczej
lat niż miesięcy, więc jako ze nie przyniesie to natychmiastowego skutku, Kreml
przestał być zainteresowany w zniesieniu sankcji. Wystarcza mu budowanie efektu
„oblężonej twierdzy” – Rosji otoczonej przez wrogów i nakręcanie spirali
strachu. Jest to pożyteczniejsze dla obecnych władz niż zniesienie sankcji.
Gromadzi społeczeństwo wokół przywódcy.
Taki stan nie może trwać wiecznie. Sytuacja gospodarcza
Rosji będzie się pogarszać. Już teraz Kreml usiłuje szukać oszczędności tam
gdzie było to wcześniej nie do pomyślenia – w resortach siłowych – na początek
redukując liczbę policjantów o 100 tys. To nie wystarczy na długo. Krym ciąży.
Zaopatrzenie półwyspu jest koszmarem, a most przez cieśninę kerczeńską powstanie
w perspektywie lat. Jeśli ceny ropy jakoś radykalnie nie pójdą w górę, a po
podpisaniu porozumienia z Iranem raczej nie wchodzi to w grę, cena
będzie spadać jeszcze bardziej, Rosja stanie przed ważnymi decyzjami. Jelcyn
oszczędzał na resortach siłowych, Putin który opiera swą pozycje na sile raczej
zbyt wielu oszczędności tam nie znajdzie, wiec będzie trzeba szukać ich gdzie
indziej. Co zrobić żeby społeczeństwo to zaakceptowało? Dać im temat zastępczy
– wojnę. Dlatego uważam że wojna na Ukrainie przejdzie w stan gorący w
przyszłym roku – raczej na wiosnę, bo łatwiej prowadzić działania wojenne, choć
decydować o tym będzie sytuacja wewnętrzna w samej Rosji. Przez najbliższe
miesiące możemy liczyć na dalszą destabilizację Ukrainy. Będą zamachy terrorystyczne,
kłótnie wśród oligarchów, lokalne wystąpienia ludności. Mniej lub bardziej
wszystko inspirowane przez Moskwę aby uzasadnić interwencję i wprowadzenie
porządku „w państwie upadłym” jakim według rosyjskiej propagandy stanie się
Ukraina. Jeśli Kijów będzie sprawnie radził sobie z tego typu zagrożeniami, to
najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z dużym zamachem terrorystycznym
którego celem będą obywatele i żołnierze rosyjscy (pewnie na Krymie) którego
organizatorem „okaże się” ukraińskie SBU – wszystko aby uzasadnić interwencję
na Ukrainie przed własnymi obywatelami. Opinia publiczna na tym etapie Moskwy
nie interesuje. Obecnie są pewni że nikt za Kijów nie będzie umierał.
Celem operacji będzie zajęcie Ukrainy i osadzenie tam z powrotem przychylnych
Moskwie władz. Nowe władze zatwierdzą przekazanie Krymu i może jakieś inne korekty terytorialne. Ukraina pozostanie
przynajmniej formalnie niezależna. Rosji zależy aby ktoś wziął odpowiedzialność
za cały bałagan który zorganizują. To czy Ukraina będzie stabilna, czy nie
Moskwy nie obchodzi. Jeśli jakieś, „zapewne faszystowskie” powstanie obali nowe
władze, to się je znów przywróci. Dodatkowo zajęcie Ukrainy może oznaczać łupy
które na chwile podratują budżet, a co najważniejsze, zwycięska wojna umocni
Putina u władzy. A najśmieszniejsze że z cała pewnością i Ługańsk i Donieck
pozostaną częścią Ukrainy. Na co Rosji dwie zrujnowane prowincje?
Pytanie czy Rosja wykorzysta Zielone Ludziki przeciw krajom
NATO czy UE? Trudno powiedzieć, ale według mnie nie. Takie działania na Łotwie
czy Estonii mogą wyglądać dla Moskwy kusząco, ale reakcja NATO jest
nieobliczalna. Nikt nie wie, nawet samo NATO jak zareaguje. Raczej miedzy bajki można włożyć
zaangażowanie całego sojuszu, ale kilka państw może być dość zdeterminowanych i
pomóc bałtom. Dla Moskwy najbardziej niepokojące jest to że wśród tych państw
mogą być USA. Prezydent Obama który był postrzegany przez Kreml jako słaby,
ostatnio mocno zaostrzył retorykę i także rozpoczął realne działania co mocno
Putina zaskoczyło. Na razie działa to na korzyść prezydenta Rosji ponieważ może
wszystko zrzucać na „amerykański spisek”, ale długofalowo ostry konflikt z USA
raczej by Rosji zaszkodził.
Mimo wszystko musimy się przygotować na ostrą eskalację
konfliktu na Ukrainie. Zawirowania wewnętrzne zakończone inwazją. Skutki tego
na pewno będą nas dotyczyć. Po pierwsze liczne fale uchodźców, po drugie
uzbrojone bandy przechodzące przez granice, czy to rabować czy to walczyć z
okupacją rosyjską. Dodatkowo trzeba będzie pomyśleć o polskiej mniejszości.
Ponadto pomyśleć o stosunku naszego kraju do sytuacji geopolitycznej jaka
zaistnieje po rosyjskiej interwencji. Czy będzie nowa „posłuszna” Ukraina, czy
też powstanie szereg „niepodległych” państw. Przed ostatnia opcja coraz
częściej „ostrzegają” rosyjscy politycy, co oznacza ze biorą ją pod uwagę. Mam
nadzieję że nasze nowe władze które wyłonią się w jesiennych wyborach zareagują
na konflikt odpowiednio. Należy przy tym pamiętać że efekt „wojny Ukraińskiej”
zostanie dość szybko zatarty i władze kremlowskie będą musiały szukać nowego
konfliktu by skupić społeczeństwo na zagrożeniu zewnętrznym, bo sytuacja
gospodarcza będzie się stale pogarszać.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Czy program jest do czegokolwiek potrzebny? Wbrew pozorom tak.
W trakcie zjazdu swojego ruchu Kukiz stwierdził ze programy to kłamstwo i jego ugrupowanie czegoś takiego nie potrzebuje. Ich interesuje wyłącznie zmiana ustrojowa. Wydaje się że podkreślając swój radykalizm powinien trafić do większej ilości niezadowolonych wyborców. Czy na pewno?
W marketingu politycznym często po macoszemu traktuje się program wyborczy. generalnie uważa się ze powinien być nie za długi, skonstruowany przy pomocy prostych zdań, unikając słów wielosylabowych, bo przeciętny wyborca nie lubi czytać i nie zna długich, skomplikowanych słów. I jest to niestety prawda. Choć nie do końca jest to zasada "ciemny lud to kupi". Wbrew pozorom wyborca wybiera w sposób świadomy. W większości wypadków najpierw kieruje się przyzwyczajeniem, głosuje tak jak zawsze głosował, na "swoje" ugrupowanie. jednak wcześniej to ugrupowanie, zanim dany wyborca stanie się jego elektoratem, musi go przekonać - musi mieć w programie coś z czym się dany człowiek może identyfikować. Program jest jeszcze istotniejszy gdy oczekujemy od glosującego zmiany przyzwyczajeń, dotychczasowych zachowań. Element który to spowoduje musi mieć duża siłę oddziaływania i musi być jakoś ogłoszony. Jako ze nie wszystko działa na wszystkich zbiór takich elementów o jak najszerszym zasięgu oddziaływania to program.
Kukiz dystansując się od kwestii programu ogranicza się wyłącznie do kwestii JOW, w sposób zasadniczy zmniejszając sobie bazę wyborczą. Po pierwsze sporo ludzi nie do końca rozumie o co chodzi w okręgach jednomandatowych, przyjmując na razie to co mówi Kukiz za dobra monetę. jednak ograniczając się tylko do jednego punktu, ułatwia tylko swoim przeciwnikom ataki.Po drugie, jako że JOWy sa mocno dyskusyjne, może się okazać że przeciwnicy dotrą ze swoim przekazem do wyborców wyjaśniając skutecznie zagrożenia tego systemu, może łatwo stracić tych którzy go dotąd popierali.
Jednocześnie, skupiając się wyłącznie na JOW, odrzuca poparcie tych którzy z różnych powodów mieli dosyć PO-PiS, a nie koniecznie kwestia okręgów do nich przemawia. Dodatkowo Kukiz powinien mieć świadomość że zmiana ustrojowa trwa. Nie jest to dzień czy tydzień. W tym czasie kraj musi być jakoś rządzony. Są decyzje które trzeba na co dzień podejmować, uczestniczyć w międzynarodowych obradach, podpisywać dokumenty które będą zmieniać przyszłość kraju na dekady. Nie da się zawiesić zarządu kraju na powiedzmy pół roku. pamiętajmy tez ze po zmianach proponowanych przez Kukiza czekają nas kolejne wybory. Trzymając się wyłącznie JOWów traci wiarygodność.
Oczywiście ludzie nie czytają programów, jednak zawsze poszukują czy dane ugrupowanie ma odpowiedź na najbardziej gnębiące go w danym momencie problemy. Nie czytają całości, ale szukają określonego punktu, hasła. Dlatego ważne jest by po pierwsze program był, a po drugie, przedstawiono go w sposób jasny i obrazowy. Dlatego obecna 'dyskusja programowa" PiS i PO tez jest przeciw skuteczna - "wszystko dla wszystkich" oznacza "nic dla wszystkich". Taka ilość postulatów jest dla wyborcy bełkotem. należy się skupić na 4-5 podstawowych.
takie a nie inne przedstawienie swoich celów wyborczych przez Kukiza odcina go automatycznie od wszystkich niezadowolonych z sytuacji gospodarczej zarówno własnej jak i kraju a niezbyt zaangażowanych w kwestie ustrojowe. Wydaje się że zjawisko to już zadziałało bo w ostatnich badaniach jest już widoczny odpływ wyborców od ruchu Kukiza. Oznacza to pojawienie się niezagospodarowanego elektoratu o który zacznie walczyć PiS i Nowoczesna.pl a może nawet PO - bo to ich byli wyborcy. Kukiz nadal jest najpoważniejsza ofertą spoza dotychczasowego układu, jednak sam podważa swoją pozycję. Podczas dalszej części kampanii powinien stworzyć coś na kształt programu, inaczej będzie skazany na marginalizację. To ostatnia szansa dla Nowoczesnej.pl która może mieć największe szansę na przyciągnięcie porzuconych przez PO a teraz przez Kukiza przedsiębiorców.
Podsumowując, program jest koniecznością, nie za obszerny, raczej nie książka, choć i taka może być by pokazać same jej istnienie i słuszne rozmiary (nikt do tego i tak nie zajrzy), którego główne punkty ujęte sa w sposób jasny i przejrzysty, bo program zawsze stanowi płaszczyznę odniesienia dla wyborcy. Dlatego treści zawarte w programie powinny być dość konkretne i sensowne. Do programu opartego na "wartościach", wbrew pozorom, trudniej przekonać wyborców - do walki w imię oczywistości trudniej ludzi zaangażować, może najmłodszych wyborców. Jeśli chodzi o wyborców starszych, zawsze najlepiej walczy się o to co boli najbardziej. Kukiz bez programu musi sie liczyć z tym ze stanie się obiektem kpin. I memy takie jak poniższy będą pojawiać się częściej.
W marketingu politycznym często po macoszemu traktuje się program wyborczy. generalnie uważa się ze powinien być nie za długi, skonstruowany przy pomocy prostych zdań, unikając słów wielosylabowych, bo przeciętny wyborca nie lubi czytać i nie zna długich, skomplikowanych słów. I jest to niestety prawda. Choć nie do końca jest to zasada "ciemny lud to kupi". Wbrew pozorom wyborca wybiera w sposób świadomy. W większości wypadków najpierw kieruje się przyzwyczajeniem, głosuje tak jak zawsze głosował, na "swoje" ugrupowanie. jednak wcześniej to ugrupowanie, zanim dany wyborca stanie się jego elektoratem, musi go przekonać - musi mieć w programie coś z czym się dany człowiek może identyfikować. Program jest jeszcze istotniejszy gdy oczekujemy od glosującego zmiany przyzwyczajeń, dotychczasowych zachowań. Element który to spowoduje musi mieć duża siłę oddziaływania i musi być jakoś ogłoszony. Jako ze nie wszystko działa na wszystkich zbiór takich elementów o jak najszerszym zasięgu oddziaływania to program.
Kukiz dystansując się od kwestii programu ogranicza się wyłącznie do kwestii JOW, w sposób zasadniczy zmniejszając sobie bazę wyborczą. Po pierwsze sporo ludzi nie do końca rozumie o co chodzi w okręgach jednomandatowych, przyjmując na razie to co mówi Kukiz za dobra monetę. jednak ograniczając się tylko do jednego punktu, ułatwia tylko swoim przeciwnikom ataki.Po drugie, jako że JOWy sa mocno dyskusyjne, może się okazać że przeciwnicy dotrą ze swoim przekazem do wyborców wyjaśniając skutecznie zagrożenia tego systemu, może łatwo stracić tych którzy go dotąd popierali.
Jednocześnie, skupiając się wyłącznie na JOW, odrzuca poparcie tych którzy z różnych powodów mieli dosyć PO-PiS, a nie koniecznie kwestia okręgów do nich przemawia. Dodatkowo Kukiz powinien mieć świadomość że zmiana ustrojowa trwa. Nie jest to dzień czy tydzień. W tym czasie kraj musi być jakoś rządzony. Są decyzje które trzeba na co dzień podejmować, uczestniczyć w międzynarodowych obradach, podpisywać dokumenty które będą zmieniać przyszłość kraju na dekady. Nie da się zawiesić zarządu kraju na powiedzmy pół roku. pamiętajmy tez ze po zmianach proponowanych przez Kukiza czekają nas kolejne wybory. Trzymając się wyłącznie JOWów traci wiarygodność.
Oczywiście ludzie nie czytają programów, jednak zawsze poszukują czy dane ugrupowanie ma odpowiedź na najbardziej gnębiące go w danym momencie problemy. Nie czytają całości, ale szukają określonego punktu, hasła. Dlatego ważne jest by po pierwsze program był, a po drugie, przedstawiono go w sposób jasny i obrazowy. Dlatego obecna 'dyskusja programowa" PiS i PO tez jest przeciw skuteczna - "wszystko dla wszystkich" oznacza "nic dla wszystkich". Taka ilość postulatów jest dla wyborcy bełkotem. należy się skupić na 4-5 podstawowych.
takie a nie inne przedstawienie swoich celów wyborczych przez Kukiza odcina go automatycznie od wszystkich niezadowolonych z sytuacji gospodarczej zarówno własnej jak i kraju a niezbyt zaangażowanych w kwestie ustrojowe. Wydaje się że zjawisko to już zadziałało bo w ostatnich badaniach jest już widoczny odpływ wyborców od ruchu Kukiza. Oznacza to pojawienie się niezagospodarowanego elektoratu o który zacznie walczyć PiS i Nowoczesna.pl a może nawet PO - bo to ich byli wyborcy. Kukiz nadal jest najpoważniejsza ofertą spoza dotychczasowego układu, jednak sam podważa swoją pozycję. Podczas dalszej części kampanii powinien stworzyć coś na kształt programu, inaczej będzie skazany na marginalizację. To ostatnia szansa dla Nowoczesnej.pl która może mieć największe szansę na przyciągnięcie porzuconych przez PO a teraz przez Kukiza przedsiębiorców.
Podsumowując, program jest koniecznością, nie za obszerny, raczej nie książka, choć i taka może być by pokazać same jej istnienie i słuszne rozmiary (nikt do tego i tak nie zajrzy), którego główne punkty ujęte sa w sposób jasny i przejrzysty, bo program zawsze stanowi płaszczyznę odniesienia dla wyborcy. Dlatego treści zawarte w programie powinny być dość konkretne i sensowne. Do programu opartego na "wartościach", wbrew pozorom, trudniej przekonać wyborców - do walki w imię oczywistości trudniej ludzi zaangażować, może najmłodszych wyborców. Jeśli chodzi o wyborców starszych, zawsze najlepiej walczy się o to co boli najbardziej. Kukiz bez programu musi sie liczyć z tym ze stanie się obiektem kpin. I memy takie jak poniższy będą pojawiać się częściej.
czwartek, 18 czerwca 2015
Bądźmy antysystemowi!
W trakcie kampanii prezydenckiej wiele mówiło się o
„systemie” i o kandydatach „antysystemowych”. Hasło się przyjęło i wygląda na
to że kampania wyborcza także będzie przebiegać pod hasłami walki z systemem. A
czy ktokolwiek z nas zastanowił się o jaki system chodzi?
W retoryce Kukiza najczęściej pojawiają się JOWy i
konieczność zmiany systemu wyborczego – walka z „partiokracją”. Średnio
rozgarnięty politolog wie że system jednomandatowy prowadzi do zabetonowania
sceny politycznej i niepodzielnej władzy partii, czego dowodem u nas jest
senat, ale nikt nie broni Kukizowi twierdzić inaczej. Tylko czy to jest walka z
systemem?
Polska jest demokracja parlamentarną, gdzie władza
ustawodawcza znajduje się w rękach dwuizbowego sejmu. Propozycje Kukiza
zmieniają tylko jeden z aspektów wyborów do owego ciała. Faktycznie najbardziej
wątpliwy, ponieważ w konstytucji mamy zapisane ze wybory maja być
proporcjonalne wiec JOWy w pewnym sensie są z Konstytucja sprzeczne – zależy
jak owa proporcjonalność interpretują konstytucjonaliści. Nie wdając się w
szczegóły, czy ta zmiana to radykalne obalenie sytemu politycznego w Polsce?
Nieszczególnie, rzekłbym nawet że to zmiana kosmetyczna. Dalsze propozycje
zmian Kukiza, mimo ze znaczące nie są wywalaniem systemu, szczególnie
politycznego. Nie podejrzewam aby jego dość abstrakcyjne zmiany w mediach na
coś realnie wpłynęły. Prawo spółek jest na tyle elastyczne że zmieni się kilka
szyldów a realna własność zostanie po staremu. Ciekawie wygląda propozycja likwidacji
ZUS, chyba jedyny naprawdę antysystemowy postulat Kukiza, ale nie jestem pewien
czy realnie się na niego zdecyduje, bo jakoś musi sfinansować wypłatę emerytur,
a nie wydaje się prawdopodobne żeby „antysystemowiec” radykalnie podniósł
podatki (potrzeba około 200 mld. zł rocznie). Zresztą obecność wśród ludzi
Kukiza osób takich jak panowie Bosak i Wipler każe wątpić w antysystemowość. W
końcu są oni na swój sposób twórcami tego systemu.
NowoczesnaPL chce też tylko modyfikacji systemu, szczególnie
w zakresie ubezpieczeniowo- podatkowym i w zasadzie nie ma propozycji
ustrojowych, więc tez raczej trudno twierdzić że są radykalnymi
antysystemowcami.
Takim „antysystemowcem” jest za to Korwin Mikke. Jemu
naprawdę chodzi o likwidację systemu – czyli demokracji parlamentarnej. Co
proponuje w zamian? Libertariańską monarchię absolutną. Jest to twór dość
dziwaczny, gdzie absolutnej wolności gospodarczej towarzyszyć ma brak wolności
obywatelskich. Nie dlatego ze państwo je odbiera obywatelom, a raczej państwa
to po prostu nie obchodzi. W wersji skrajnej nawet nie konieczna jest policja
bo uzbrojeni obywatele wymierzaliby sprawiedliwość szybko i sprawnie, a że za
większość przestępstw realnie byłaby kara śmierci, no cóż, to problem
przestępców. Dla mnie wygląda to jak anarchia i nie jestem pewien czy chciałbym
żyć w kraju gdzie w obawie przed sąsiadami musiałbym mieć broń automatyczną.
Najzabawniejsze na obecnej scenie politycznej jest to, że
PiS walczący od 10 lat z systemem, stał się owego systemu obrońcą, trochę chyba
z zaskoczenia i wbrew sobie. Widziałem gdzieś w necie jak prezes Kaczyński
bardzo sensownie tłumaczył dlaczego JOW to zły pomysł. Była to jedna z
nielicznych sytuacji gdzie mogłem się zgodzić z każdym słowem prezesa.
Skoro brak realnej alternatywy antysystemowej może ja
stwórzmy? A co najbardziej irytuje nas, obywateli w obecnym systemie? Politycy.
„Nieroby w Sejmie”. Ci którzy zyją z naszych podatków nie dając nam, tak nam
się wydaje, nic w zamian. Poczucie ze nic od nas nie zależy, ze wybieramy
miedzy jedną „bandą” a drugą, powoduje z jednej strony apatie z drugiej strony
agresje wobec całego systemu. A czy można mieć system demokratyczny bez
polityków? Można choć całkowicie polityków wyzbyć się nie da. Chodzi mi tu o
system demokracji bezpośredniej, pierwszej jaka powstała. Potem gdy rozmiary
państw rosły i nie przestała się sprawdzać wprowadzono demokracje pośrednią,
czyli przedstawicielską, czyli parlamentarną. Demokracje w której nie
decydujemy osobiście a przez swoich ‘reprezentantów” – polityków.
Politycy twierdzą ze taka demokracja jest niemożliwa i
niepraktyczna ze względu na skomplikowanie współczesnych państw. Czy na pewno?
W Szwajcarii taki system istnieje i kraj jakoś funkcjonuje, rzekłbym nawet
bardzo dobrze. Fakt, bywa ten system uciążliwy, bo w Szwajcarii sprawowany jest
„po staremu” czyli na wiecach lokalnej społeczności, co za tym idzie nie da się
w takim systemie podjąć decyzji szybko, dlatego Szwajcaria wprowadziła pewne
elementy demokracji parlamentarnej.
Żyjemy jednak w epoce komunikacji i Internetu. To w jakim
humorze się obudziłem może wiedzieć natychmiast setka ludzi na całym globie.
Dlatego uważam że mamy już możliwości techniczne aby powrócić do źródeł czyli
do demokracji bezpośredniej. Zrezygnować z organów przedstawicielskich i
bezpośrednio wziąć odpowiedzialność za kraj.
W wyborach bezpośrednich wybierano by jedynie władze
wykonawczą prezydenta lub premiera. Zamiast parlamentu nad ustawami głosowali
by bezpośrednio obywatele, mając dostęp do wszystkich dokumentów którymi
dysponują obecnie posłowie. Już obecnie korzystając z profilu zaufanego ePUAP
można by stworzyć w miarę bezpieczny i efektywny system. Rozbudowane struktury
partyjne nie byłyby konieczne w takim systemie nie mówiąc o znacznie niższych
kosztach administracyjnych. W takim układzie można by było zrezygnować nawet z
rad na niższych szczeblach samorządu, gdyż społeczeństwo samo kontrolowałoby
swoich wójtów i burmistrzów. To by było naprawdę „tanie państwo”.
Zagrożenia? Mogłoby być bardziej wrażliwe na populizm.
Wpadka rządu, czy afera mogłaby skutkować natychmiastową dymisją, lub
przegłosowanie jakiejś abstrakcyjnej ustawy ewidentnie szkodliwej. Z drugiej
strony w takim systemie zaangażowane by były jednostki którym najbardziej
zależy na państwie czy społeczności lokalnej. Głosowanie, czytanie materiałów
wymagałoby stałego bezpośredniego zaangażowania, więc siłą rzeczy osoby
zaangażowane nie byłyby aż tak podatne na nagłe wpływy i zmiany. Wbrew pozorom
taki system mógłby być stabilniejszy, gdyż przeciętny obywatel nie jest tak
wystraszony na przykład mediami i nie będzie działał „ze strachu” jak się zdarza
politykom w czasie kryzysu, nie byłby poddany tak bezpośrednim naciskom ze
strony partii czy grup interesu. Dlatego wierzę ze taki system był by
skuteczny.
Czy kiedyś się takiego systemu doczekamy? Wątpię. Dla
polityków jak i dla wielkiego biznesu demokracja parlamentarna jest zbyt
wygodna. Za dużo dużych pieniędzy, i za łatwo pewne koncesje po prostu sobie
wynegocjować. Dodatkowo ten system pozwala tysiącom ludzi żyć wcale dostatnio
więc raczej nie liczyłbym na zmianę sytemu. Zbyt wiele osób na tym by straciło.
A pokrzykiwania „jestem antysystemowy” naprawdę są tylko zmyłką dla wyborców,
bo wszyscy uczestniczący w tym systemie są zainteresowani trwaniem owego
systemu. Nawet Kukiz a przynajmniej jego otoczenie.
piątek, 12 czerwca 2015
Na co komu struktury?
Ostatnimi czasy Pan Kukiz zbulwersował naszą scenę
polityczną ogłaszając że nie będzie tworzył struktur. Partyjni działacze z
prawa i z lewa zapałali świętym oburzeniem. Jak można nie tworzyć struktur? Jak
utrzymać w takim razie kontakt z ludem?
Problem w tym ze z tym kontaktem i tymi strukturami nie jest
wcale tak różowo. W teorii rozróżnia się partie masowe i kadrowe. Masowe mają
zgromadzić jak największa ilość członków – liczba jest siłą. Wszystkie partie w
ustrojach totalitarnych mają tendencje do masowości. Każdy kto nie z partią ten
przeciwko partii . I mimo pozorów elitarności liczba członków takiego
ugrupowania sięga milionów. Z tym ze do kręgu przywódczego dostać się już dużo
trudniej – do tzw. kadry. Tam dostęp strzeżony jest już zazdrośnie. Tutaj
przechodzimy do partii kadrowych, mniejszych, do których dostęp z zasady nie
jest powszechny a nieco utrudniony. W zasadzie wszystkie polskie partie mają
charakter kadrowy i, przynajmniej teoretycznie, nikogo z ulicy nie przyjmują.
Jak to wygląda praktycznie? PO ma obecnie nieco ponad 40
tys. członków, PiS ponad 20 tys. Największą polska partia jest PSL który
gromadzi ponad 120 tys. członków. Tyle deklaracje partyjne. Czy jest „rząd
dusz” twardo stojący za swoim „wodzem”, gotowy walczyć o dobro własnego
ugrupowania do ostatniej kropli krwi? No cóż… Jeśli o stopniu zaangażowania ma
świadczyć na przykład ilość zbieranych składek, to nie wygląda to tak dobrze. Przyjrzyjmy
się liczbom. Składka miesięczna w PO wynosi 5 zł. Zakładając pewną ilość
członków honorowych Platforma powinna zbierać około 200 tys. zł składek
miesięcznie. I tyle zbiera – problem w tym że rocznie. Oznacza to ze mniej
więcej 90 procent członków PO nie jest w stanie poświecić 5 zł miesięcznie (60
rocznie) dla swojej partii? W PiS sprawa ta nie wygląda lepiej. Także tam
niemal 90 procent członków nie opłaca składek (z tym że PiS jest bardziej
wymagający bo żąda od swoich członków aż 10 zł miesięcznie). Kompletna tragedia
za to jest w PSL który ma 3 razy więcej członków niż PO i zbiera 3 razy mniej
składek. Oznacza to że realnie największe partie mogą się poszczycić
zaangażowanymi kadrami w liczbie około 4 – 5 tys. To są mniej więcej 2 osoby na
powiat. W mniejszych partiach wygląda to jeszcze gorzej. Trudno powiedzieć żeby
rozbudowanie struktur naszych partii było powalające. Podejrzewam że podobną
ilość ludzi zaangażowanych jest w stanie bez trudu pozyskać Kukiz. W tego typu
ruchach jest to prostsze. Pomoc nie oznacza jednoznacznej deklaracji, dlatego
oficjalny brak struktur ułatwi mu owych struktur budowanie.
Czy tych struktur naprawdę mieć nie będzie? Oczywiście że one
powstaną. Będzie je musiał mieć. Wymagania prawne kampanii siła rzeczy wymuszą
pewna instytucjonalizację. Po wyborach każdy poseł ruchu Kukiza będzie musiał
mieć lokalne biuro a nawet biura, wokół których zaczną gromadzić się
współpracownicy – już mamy pierwsze struktury. Czy to przybierze formę kół,
stowarzyszeń, klubów – nieważne, struktury i tak powstaną. Czy to w jakiś
sposób pomoże Kukizowi albo zaszkodzi? Czy ja wiem. Jak pokazałem powyżej
współczesne polskie partie obywają się bez realnych rozbudowanych struktur. To
co u nas uchodzi za struktury Kukiz mieć i tak będzie, bo musi, wiec i tak
będzie obiektem ataków o zatrudnianie kolesi, oraz o zaprzedanie się systemowi.
Miał z systemem walczyć, a włączył się w jego tryby.
Co z kolei prowadzi nas do kolejnego punktu jak finansowanie
partii. Czy da się poprowadzić partie za 200 tys. rocznie? Nie da się. Dlatego
partie (parlamentarne) dostają na swoją działalność pieniądze z budżetu państwa.
PO 17 mln zł, PiS 16 mln. To są już poważne sumy. Co się stanie kiedy
finansowanie partii z budżetu zniknie? Będą musiały znaleźć pieniądze gdzie
indziej. Kukiz proponuje aby utrzymywały się wyłącznie ze składek. Jak wygląda
płacenie owych składek, widzieliśmy. Ale załóżmy że płacą wszyscy wtedy PiS i
PO miałyby po ok. 2,5 mln zł na działalność. Lepiej, ale wciąż daleko do
obecnych 16 mln. To oznacza że skądś
partie będą musiały brakujące fundusze znaleźć. Najprawdopodobniej będzie to
biznes, zarówno krajowy jak i zagraniczny. Wtedy dopiero zacznie się prawdziwy
lobbying i tworzenie „ustaw na zamówienie”, bo wraz z likwidacją finansowania
partii z budżetu z pewnością znikną ograniczenia co do źródeł finansowania.
Mamy więc do wyboru albo będziemy utrzymywać „darmozjadów” sami, z podatków,
albo będą utrzymywani przez biznes za co w sumie i tak zapłacimy później też z
naszych podatków. Większość krajów na świecie wybrała wariant pierwszy, choć
też w większości nie tak hojny jak w Polsce. To znaczy partie dostają pewne
sumy na funkcjonowanie z czego są skrupulatnie rozliczane. U nas dostają tych
pieniędzy więcej, co prawda też są skrupulatnie rozliczane przez PKW, ale u nas
wolno partiom w sposób niemal dowolny te fundusze rozdysponowywać. Więc partia
musi w rozliczeniu „ośmiorniczki” wykazać, ale nie ma ograniczeń w owych
ośmiorniczek zakupywaniu. W Irlandii np. partie dostają wyłącznie na
funkcjonowanie biur i pensje ludzi tam zatrudnionych. Dlatego raczej nie
wyzbywałbym się finansowania partii przez budżet ale raczej przyjrzał się jak
te pieniądze są wydawane i tu wprowadził dodatkowe regulacje. Czyli niech już
się męczą za nasze pieniądze w tej Warszawie, ale nie koniecznie przy
przysłowiowych „ośmiorniczkach” i w garniturach po 20 tys. zł.
niedziela, 31 maja 2015
Miało być tak pięknie – Co dalej z PO?
Przegrane wybory mocno wstrząsnęły Platforma Obywatelską. Oczywiście
większość jej działaczy miało świadomość że wybory parlamentarne raczej
przegrają, ale miano nadzieje że z PSL czy SLD uda się utrzymać przy władzy.
Sam tak przewidywałem. Jednak niezadowolenie z rządów PO które od dłuższego czasu
było wyczuwalne, znalazło ujście i katalizator w postaci Kukiza. Przez to oraz
nieudolnie poprowadzoną kampanię, wybory które miały być formalnością,
skończyły się porażką. W odbiorze wewnątrzpartyjnym nawet druzgocącą klęską ponieważ
nie tak dawno wszyscy liczyli na zwycięstwo w pierwszej turze. To z kolei
doprowadziło do pewnego rodzaju otrzeźwienia – wcale nie musimy utrzymać się
przy władzy. Niestety zamiast do mobilizacji doprowadziło to rozprzężenia:
część szuka wyjścia z sytuacji, część winnych, a część szuka wyjść awaryjnych.
Platforma nie jest jednak na przegranej pozycji. Po pierwsze
niemal pięćdziesięcioprocentowe poparcie w drugiej turze nie rokuje źle. W
końcu niemal co drugi wyborca zagłosował na kandydata PO. Łatwiej można ich przekonać
żeby zrobili to powtórnie. Po drugie jeśli na pierwsze strony wrócą prezes Kaczyński
i Antoni Maciarewicz znów może wrócić niechęć do PiS i część wyborców może się od
PiS odwrócić. Ostatnia kampania PiS była przeprowadzona podejrzanie
profesjonalnie, więc szanse na tego typu potknięcie są mniejsze, jednak od dnia
wyboru prezydenta Dudy wróciła dyskusja na temat pomnika smoleńskiego, a nie
jest to temat o którym młodzi wyborcy młodego prezydenta chcieliby słuchać.
Wiele zależy od Kukiza. Jeśli zachowa zdrowy dystans od obu
partii i będzie punktował absurdy w programach obu ugrupowań, może utrzymać swoich
wyborców a nawet powiększyć ich ilość. Jednak jest w trudnej sytuacji. Przyciągnął
z elektoratu PO bardzo trudnych wyborców – wykształconych, samodzielnie myślących,
wiec jeśli przegnie w którąś stronę, może ich zniechęcić.
Przede wszystkim musi mieć atrakcyjny program ekonomiczny.
Coś czego PiS i PO nie mają. Oferta ekonomiczna PiS była zawsze dość anemiczna
bo te tematy nigdy prezesa nie interesowały. Zazwyczaj próbowano obiecywać wszystko
wszystkim ale bez specjalnego przekonania, co było wyczuwalne. Zobaczymy co się stanie z propozycjami Dudy z
czasu kampanii. Jak na razie dość sprytnie próbują wyjść z kwestii emerytalnej,
nieco rozwijając propozycje Komorowskiego (40 lat składkowych), głównie jednak deklarując tylko że jest zupełnie nowa i inna. Generalnie jednak wiek 67 lat pozostanie jeśli jednak
ktoś będzie miał 40 lat składkowych (ważne- nie pracy a okresów składkowych) będzie
mógł przejść na wcześniejszą emeryturę. Problem w tym że z takiego przejście będzie
mógł skorzystać nikły procent ubezpieczonych. Po odliczeniu urlopów i innych
przerw realnie trzeba by mieć około 45 do nawet 50 lat pracy.
Ofertę ekonomiczną z pewnością będzie miała Nowoczesna.pl.
Problemem tej partii jest jej brak wizerunku. Jeśli Petru jest średnio
rozpoznawalny, dla osób nie interesujących się ekonomią, tak Balcerowicz (przez osobę którego Petru najczęściej jest przedstawiany) jest
dla nowej formacji dużym obciążeniem. Jego duży elektorat negatywny będzie ugrupowaniu
po pierwsze ciążył, po drugi mocno ograniczał zasięg oddziaływania do ludzi
stricte znających się na ekonomii. Zwykli śmiertelnicy mogą być uprzedzeni i
szukać oferty dla siebie raczej u Kukiza, który program ekonomiczny może nie ma
tak dobrze opracowany, ale jest medialny i operuje chwytliwymi hasłami. Jesli panu Petru uda się zdystansować od Balcerowicza któremu doradzał, formacja może mieć szansę, i to nie tylko na wynik w okolicach progu wyborczego.
Jak widać jest pewna przestrzeń do działania dla PO. Czy
wykorzysta szansę? Szczerze w to wątpię. PiS musiałby z Kukizem zaliczyć w
kampanii potężną wpadkę żeby PO mogłoby w ten sposób zyskać. Jeśli chodzi o
działania jakie PO musiałoby podjąć, to zacząć wprowadzać jakieś reformy
ekonomiczne, o których zresztą mówiło 8 lat temu. Nie widać ku temu ani chęci
ani pomysłów. Nadal używają jednej narracji: „jest świetnie”. Niestety nie
jest, co widza nawet wyborcy Platformy.
Czy to oznacza ze Polska dąży ku zagładzie i upadkowi? Nie.
Efekt rządów PO to naprawdę szybki rozwój ekonomiczny kraju. Więc dlaczego tak
wielu niezadowolonych? Znaleźliśmy się w sytuacji która w politologii trochę nieadekwatnie
nazywana jest rewolucyjną. Rewolucje wybuchają nie wtedy kiedy ludziom jest źle.
Wtedy są zbyt zajęci walka o przetrwanie a nie myśleniem o zmianie władz. Rewolucje
wybuchają wtedy gdy sytuacja się polepsza, ale nie dość szybko i liczba ludzi
którzy czują się z tego postępu wykluczeni rośnie. Taką sytuacje mamy w Polsce.
Młodzi uważają że postęp gospodarczy zupełnie ich minął i zostali z niczym.
Wbrew pozorom sytuacja trudniejsza jest w segmencie 30-40 latków którzy przez
ostatnie 10 lat pracowali na umowach śmieciowych i po pierwsze mają świadomość że
niezależnie od wieku emerytalnego będą musieli pracować do śmierci, oraz z dużą
niechęcią odbierają postawę roszczeniowa młodych. Dlaczego jest to
niebezpieczne? Ponieważ działania podjęte w celu zachęcenia młodego elektoratu przyjmą
negatywnie, uważając że jest to nieuczciwe – oni muszą i musieli sobie radzić
sami.
Dlatego na miejscu PO był bym ostrożny z ofertą wobec
młodych. Najskuteczniejsze byłyby zmiany w prawie podatkowym i ZUSie. Problemy
w tym widzę dwa. Po pierwsze Platforma obiecywała takie zmiany 8 lat temu i
przypomnienie sobie o nich raptem przed wyborami może być źle przyjęte. Należałoby
je dobrze sprzedać. Osobiście radziłbym się zając ZUSem. Instytucja dość powszechnie
nielubiana, zmiany w niej zostaną przyjęte pozytywnie, szczególnie przez przedsiębiorców
a to elektorat PO. To zostawi z kolei możliwość atakowanie zarówno PiS jak i
Kukiza majstrujących przy prawie podatkowym jako nieodpowiedzialnych, którzy w
sumie chcą zwiększyć obciążenia Polaków. Po drugie ministerstwo finansów uważa
że jest świetnie i żadne zmiany nie są konieczna ani wskazane. Niestety z takim
podejściem można przegrać wybory.
Podsumowując. Bez zmian i prób reform PO nie ma szans na
dobry wynik wyborczy. Zmian na ważnych polach. Mimo popularności Kukiza
bynajmniej JOWy nie dadzą PO zwycięstwa ani na przykład likwidacja senatu
(faktycznie zbędnego swoja drogą). Większość społeczeństwa ma dość ruchów i
tematów pozornych. Chce uczestniczyć i korzystać z rozwoju kraju i tego
wymagają od rządzących. To jest także kwestia do przemyślenia dla PiS. To będzie
ciężka kampania dla obu ugrupowań. Jak rzadko wyborcy wymagają konkretów.
wtorek, 26 maja 2015
Trzęsienie ziemi czyli co wydarzyło się w niedzielę.
Najczarniejsze obawy sztabowców PO spełniły się. Bronisław
Komorowski poległ w drugiej turze. Pierwszy realny sukces PiS od 2005 stał się
faktem. Andrzej Duda zostanie kolejnym prezydentem Polski. Co się stało?
Dlaczego urzędujący prezydent, którego jeszcze parę miesięcy temu aprobowało
ponad 60% obywateli przegrywa z nieznanym szerzej politykiem PiS?
Złożyło się na to kilka elementów. Bezpośrednio na pewno
skopana kampania wyborcza. Jeśli kiedyś zostanie wydany podręcznik w zakresie
PR pod tytułem „Jaj tego nie robić” kampania Bronisława Komorowskiego powinna
znaleźć tam swój własny rozdział. Nie
będę wdawał się w szczegóły, bo elementów które nie zagrały bądź zrobiono je
źle było po prostu zbyt wiele. Zacznę od grzechu głównego: brak pomysłu i idei
kampanii. To w zasadzie rozłożyło kampanię w całości. Prezydent wyglądał jakby
się miotał, bez szczególnego sensu i celu. Spotkania i wystąpienia nie miały
nic ze sobą wspólnego, nie było idei. Zmiana hasła przewodniego, brak nawet
spójnej koncepcji wizerunku prezydenta. Nie uważam ze przy kampanii pracowali
idioci. Było tam wielu ludzi którzy znaja się na rzeczy. Wydaje mi się ze zbyt
wielu. Dlatego tak częste zmiany koncepcji i strategii. Zamiast doskonalić to
co nie działało dobrze, wyrzucano stara strategię i wprowadzano nową, którą tez
po jakimś czasie zmieniano zanim zdążyły pojawić się skutki.
Wydaje się że początkowo uważano że wizerunek prezydenta
powinien być koncyliacyjny, spokojny wyważony. Prezydent który łączy a nie
dzieli. I nie był to zły pomysł, z tym ze dość trudno prowadzi się tak
kampanię. Nie ma „efektów specjalnych”, czyli starć słownych, pyskówek,
konfliktu który świetnie się sprzedaje. Dlatego jest to skomplikowana kampania
i do tego długofalowa. Kontrkandydaci będą „strzelać” czym się da w kandydata a
on powinien się od tego dystansować. Przedstawiać że jest ponad to, zajmuje się
Polską i Polakami a nie jakimiś pierdołami. Sam kandydat nie może wchodzić w
bliskie starcia, ale powinien to robić jego sztab, a raczej ludzie przez sztab
wytypowani nie mający z nim nic wspólnego. Z tego kierunku powinny iść wściekłe
i bezpardonowe ataki. Jeśli nie ma konfliktu prezydent nie może być
koncyliacyjny, nie ma kogo godzić. Uderzenia powinien na siebie wziąć rząd lub
inni politycy PO. Tego nie było. Wydawało się że prezydent walczy sam.
Spadek notowań był do przewidzenia bo strategia ta po prostu
tak funkcjonuje, głośni kandydaci sa atrakcyjniejsi, a do tego nie była
prawidłowo wykonywana. Zamiast ją skorygować jeszcze przed pierwsza turą,
zdecydowano się trochę wystąpienia prezydenta wyostrzyć, co w zasadzie
zniszczyło efekt poprzedniej strategii. Przyjęto ze prezydent dopiero od tego
momentu prowadzi kampanię no i ze się spóźnił. Komorowski w tego typu wystąpieniach nie wypada najlepiej więc dalej
tracił, a zmiany wizerunku nie rozumieli nawet jego zwolennicy. Zresztą
przykładem oderwania od rzeczywistości sztabu i chyba samozadowolenia było
hasło „rozstrzygnijmy wybory w pierwszej turze”. Skutki takiego podejścia były
opłakane. Przegrana pierwsza tura i zaangażowanie Kamińskiego wprowadziło
kolejna zmianę. Prezydent miał być fighterem. Walczyć w pierwszym szeregu i
pokonać Dudę w debatach i na argumenty. I Kamiński świetnie Komorowskiego do
tego przygotował. Prezydent dobrze wypadł w tych debatach. Problem w tym że to
już trzecia zmiana jego wizerunku w jednej kampanii czego rezultatem była
utrata wiarygodności. Paradoksalnie to Duda zajął pozycje które powinien
zajmować prezydent, to on był koncyliacyjny, on łączył, a to prezydent krzyczał
i dzielił. I to był majstersztyk prowadzącego kampanie PiS – doprowadził do
zamiany ról, wiedząc że to na spokojnych kandydatów w tego typu wyborach ludzie
wola głosować. PiS wybudował trochę wizerunek swojego kandydata na nijakości.
Obiecywał głównie zmianę i bliskość do wyborców. Coś czego Komorowskiemu
brakowało a próby nadrabiania kończyły się spektakularnymi porażkami. Jestem
fajny, będę fajny i nie jestem prezesem. To wystarczyło, oraz zostawienie
wolnego miejsca sztabowi Komorowskiego żeby dalej Kandydata pogrążać, co też
ten czynił. Nikt nie pomyślał aby wykorzystać największy atut Komorowskiego, to
że był prezydentem. Szereg imprez, uroczystości, zjazdów na których można
prezydenta odpowiednio pokazać. Można tego rodzaju eventy stworzyć. Dlaczego
prezydenta ze dwa razy nie było na poligonie? Zdjęcie na czołgu łatwiej
sprzedać niż mgliste wypowiedzi na temat obronności, szczególnie w dobie
kryzysu ukraińskiego. Konsekwentna kampania mogłaby dać te kilka brakujących
procent.
Oczywiście nie tylko sama kampania. Prezydent zerwał także
za zachowawczą politykę zarówno PO jak i rządu. Stąd taki sukces Kukiza o czym
wspominałem wcześniej. Biegunka różnego rodzaju ustaw, które można było
stworzyć wcześniej, a jakoś nikomu nie przyszło to do głowy. To powodowało
dalsze podważanie wizerunku i wiarygodności prezydenta. Po prostu przestał być
dla znacznej części Polaków poważnym człowiekiem, reprezentantem narodu.
PO dziwi się że nie głosowała na Komorowskiego młodzież. Po
przemyśleniu, dlaczego miałaby to zrobić? Przez 8 lat rząd PO zrobił niewiele
dla tej grupy, a prezydent przez 5 lat jeszcze mniej. Ta młodzież w 2005 roku
była w podstawówce lub myślała o szkole średniej. Nie pamięta rządów PiS i
atmosfery wtedy panującej. Może to stanowić najwyżej niejasne wspomnienie. Dla
nich ważne jest to że wchodzą właśnie w rynek pracy i wygląda na to że będą
musieli emigrować, bo o stabilnej pracy w kraju mogą tylko pomarzyć. I kogo za
to mają winić? Partię która od 8 lat jest przy władzy, czy też opozycję? Nic
dziwnego że winią rządzących. Ci co doświadczyli chaosu rządów PiS nadal
głosowali na Komorowskiego. Niestety to już za mało. PO musi wykonać
jakiekolwiek ruchy aby próbować walczyć o nowych wyborców, szczególnie że jej
obecny elektorat tez nie jest zachwycony postawą rządu. Platforma doprowadziła
państwo do jakiego takiego porządku po chaosie jaki wprowadził PiS. Udało się i
to wyborcy docenili 4 lata temu przedłużając PO mandat. Niestety nic więcej
Platforma nie osiągnęła, podczas gdy oczekiwania jej wyborców nadal były duże.
Wystarczy sobie przypomnieć kampanie z 2005 roku i szereg obietnic jakie wtedy
PO złożyło. W sumie do tego programu sięga Kukiz, mówiąc „to są wasze słowa, co
zostało zrobione?”. I dlatego zdobył część dawnego żelaznego elektoratu
Platformy – przedsiębiorców i ludzi z wyższym wykształceniem.
Czy PO zmieni swoje postępowanie? Wątpię, zbyt dużo bezwładu
panuje w tej partii. Wbrew pozorom losy kraju leżą w rękach Kukiza. Jeśli już
teraz dogada się z PiS, o czym głośno w mediach, przegra wszystko. Odejdzie od
niego większość elektoratu „oburzonego” rządami PO i pozwoli tej partii zewrzeć
szyki przed zagrożeniem PiS. Pamiętajmy że 40% jego wyborców to dawni wyborcy
PO. Jednocześnie ułatwi robotę PiS który prowadząc kampanię pod hasłem Kukiz z
nami przejmie młody elektorat, bo w końcu głosowanie na Kukiza to głosowanie na
PiS więc czemu nie głosować bezpośrednio? Wtedy jego ugrupowanie zostanie
zredukowane do kilku procent marzycieli. Jeśli zdystansuje się od obu partii ma
szansę na dalsze budowanie swojego elektoratu i kto wie, może na status jeśli
nie trzeciej to może nawet drugiej siły w parlamencie? Według ostatnich sondaży
jego ruch traci tylko 1 % do PO. Może naprawdę dużo ugrać poruszając kwestie
ekonomiczne i przeciągając sporo elektoratu PO jak i trochę PiS – tego wykształconego
i prowadzącego własną działalność. Zobaczymy co zrobi. Naprawdę ma olbrzymią
szansę na stworzenie czegoś nowego w polskiej polityce. Czy mu się uda, czy
znów zostaniemy sprowadzeni do duopolu PO-PiS?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

