piątek, 20 listopada 2015

Taka piękna katastrofa czyli jak spieprzyć kampanię

Od wyborów minął już prawie miesiąc, nowy rząd już się ukonstytuował i rozpoczął szybkie "nocne zmiany". Do czego dąży PiS i jak, tym się zajmę się później, kiedy pojawi się więcej realnych działań a nie tylko deklaracji. W tym poście chciałbym zająć się tym, dlaczego doszło do zmiany i do tego tak dramatycznej. Dramatycznej szczególnie dla PO i SLD, bo wydaje się że nikt z nich specjalnie nie rozumie co się wydarzyło i przede wszystkim dlaczego. Oskarża się "niedojrzałe społeczeństwo" o "nieprzemyślane wybory", podczas gdy w zasadzie całość winy spoczywa po stronie własnie tych ugrupowań. Źle prowadzona polityka i źle prowadzona kampania wyborcza pogrążyła PO, oderwanie od rzeczywistości pogrążyło SLD.
Jeśli chodzi o PO to już dawno temu w pierwszym poście na tym blogu pisałem o samozadowoleniu tego ugrupowania i pewnej zamierzonej bylejakości władzy, ponieważ uwierzyli że niezależnie od tego co zrobią i tak utrzymają się przy władzy strasząc PiSem. Wydawało się ze faktycznie im się to uda. Sam przewidywałem że zmiana z która mamy do czynienia przyjdzie dopiero za 4 lata. Jednak elementem ktorego sie nie dało przewidzieć był Kukiz. On stał sie katalizatorem niezadowolenia. To że sie pojawił uaktywniło tez Petru i pojawiła się alternatywa dla PO. Po raz pierwszy od 8 lat popieranie Platformy zaczęło się stawać passe a bycie antysystemowcem "trendy". Co ciekawe głosowanie na PiS przestało być obciachem. W tej nowej rzeczywistości PO nie potrafi się odnaleźć. Najpierw PO udało się zniszczyć własnego prezydenta i z poparcia blisko 80% po kilku miesiącach przegrywa z "człowiekiem znikąd" PiS. Tu ewidentną winę ponosi nieumiejętnie prowadzona kampania - nie do pomyślenia w partii która zawsze dotąd miała świetne wsparcie PR.Kampania prezydencka była kompletną amatorszczyzną i skończyła się jak się musiała skończyć. Ta kampania jest o tyle interesująca, bo rzadko kiedy współcześnie zdarza się aby na sam wynik aż taki wpływ miała tylko kampania. Zazwyczaj wyborcy mają swoje ustalone preferencje na które można tylko do pewnego stopnia wpływać. Tutaj podczas kampanii udało się zniechęcić własnych wyborców - naprawdę rzecz trudna do osiągnięcia.
W znacznej części winę za klęskę ponosi osoba która była architektem późniejszej klęski w wyborach parlamentarnych: Michał Kamiński. Dlaczego tak uważam? Jest dobrym PRowcem ale niestety hołduje dość specyficznemu typowi prowadzenia kampanii, który jest szczególnie popularny w USA.W kampanii takiej chodzi aby przeciwnika zniszczyć, maksymalnie mu dołożyć, skopać, zohydzić. Szuka się haków, wyciąga się brudy, insynuuje i rzuca najcięższe oskarżenia na przeciwników. Tak, to działa, wyborcy uwielbiają brudne kampanie wyborcze, ale jest jedno duże ale - nie lubią głosować na osoby które wykorzystują takie metody. W USA jest to mniej widoczne, bo tego typu metody się przyjęły już dawno, ale i tak główni kandydaci starają się aby najcięższe ataki na przeciwników nie wychodziły od ich sztabów ale "z boku" - od zaprzyjaźnionych środowisk bądź od kontrkandydata z tego samego obozu który nie ma już szans na wybór. W Europie wyborcy sa bardziej wyczuleni na tego typu ataki i tu jeszcze bardziej się uważa żeby "błoto" nie nadlatywało od kandydata. Straty mogą być większe od zysków. I kampanie PO były podręcznikowym tego przykładem. I prezydent a później premier "ładowały" w PiS, strasząc Maciarewiczem, Kaczyńskim i IV RP. I okazywało się że z marnym skutkiem - tracąc nawet coraz więcej wyborców. Naprawdę zabawne jest porównanie kampanii PiS i PO z 2007 z obecnymi. Obrót o 180 stopni. Wtedy PO było koncyliacyjne, łaczące, budujące 'normalną Polskę" z równymi szansami dla wszystkich, a PiS wściekle atakował "układ". Obecnie to PiS był koncyliacyjny, łączył wszystkich, budował "uczciwą Polskę" z równymi szansami dla wszystkich a PO wściekle atakowała "pogrobowców IV RP. Prawda że zabawne? A autorem kampanii PiS w 2007 był Michał Kamiński. Stąd obecną kampanię trafnie podsumowuje mem:

Czy można było wygrać? Po ostatnich 4 latach zapewne nie. Zbyt duże było zniechęcenie wyborców do modelu rządów zaproponowanych przez PO. Jednak straty można było ograniczyć i próbować utrzymać się przy władzy tworząc szeroką koalicję. Taką szansą był program ekonomiczny PO, z likwidacją ZUS, który mógł trafić do ich kiedyś żelaznego elektoratu - przedsiębiorców. Niestety PO nie zrobiła dokładnie NIC aby tę szanse wykorzystać. Program pozostał szerzej nieznany, ponieważ pani Premier i inni działacze PO zbyt zajęci byli "ładowaniem" w PiS. To z kolei powodowało "rozjeżdżanie" sie kampanii PO - hasła ekonomiczne pojawiały się w materiałach i hasłach ale nie były podejmowane w narracji - politycy nie rozwijali tematu, strzelając sobie i partii w stopę. Podstawowy błąd w każdej kampanii to brak konsekwencji. Prezydentowi podczas kampanii co najmniej trzykrotnie zmieniano wizerunek. W trakcie swojej kampanii PO usiłowała budować dwa, przeciwstawne wizerunki - to nie mogło się udać. Jeśli zdecydowano się na "ładowanie" to powinni się tego trzymać. Hasła powinny mówić o nadciągającej "zagładzie" i konieczności "obrony demokracji", a przy okazji podkreślać zalety rządów PO zwłaszcza pod względem poszanowania praw człowieka i demokracji. Odpuścić sobie element ekonomiczny. On z kolei, mimo ze bardzo dobry, powodował powstanie pytania: Jeśli jest to taki dobry pomysł, to dlaczego PO go nie zrobiła przez 8 lat? W toku kampanii nie pojawiła się odpowiedź, więc znów sami osłabiali własna kampanię pozostawiając zdezorientowanych wyborców.Dlatego kampania musi być spójna. Nie da się jej prowadzić dwutorowo. Należy się skupić na jednym, wyrazistym przekazie, a tego PO zabrakło. Nie było żadnego przekazu, był chaos.
Kampania SLD była z kolei "dziwna". Z jednej strony Leszek Miller czuł się już niemal wicepremierem, często występując w mediach i niemal z tej pozycji komentując rzeczywistość, podczas gdy kampania szła sobie własnym torem. Początkowe zatargi z drugą zjednoczona lewica na pewno nie pomogły. Kampania była nijaka. Konia z rzędem temu kto pamięta jakiekolwiek hasło "Zlewu" (kolejny wysoce nieudany skrót pogrążający ugrupowanie). I tutaj pojawia się pan Zandberg z "Razem". Jest sympatyczny i jest "jakiś". Podobnie partia Razem okazuje się partią sympatycznych ideowców. Lewaków ale "wierzących w sprawę' i zaangażowanych. I oni zabierają SLD tych którym naprawdę zależy na najbiedniejszych i do których lewicowe hasła docierają. Tych których PZPRowska jeszcze twarz SLD zniechęca. Co prawda Razem nie weszło ale odebrało SLD wystarczającą ilość głosów by to ugrupowanie pogrążyć. I znów mieliśmy ugrupowanie które nie wie do kogo ma adresować swój przekaz i gubi się w rutynie. To jest już raczej koniec SLD. Pozostali mu jedynie wymierający wyborcy. Czy Razem wybuduje nową lewicę? Ma szansę, lewa strona jest aktualnie pusta.

niedziela, 26 lipca 2015

Trochę o polityce zagranicznej, czyli o co chodzi Putinowi

Jako że w Polsce niewiele się dzieje, rząd robi cuda aby wydawało się że działa, Kukiz usiłuje się pozbyć wyborców, PiS udaje że jest partią miłości i przyjaźni, a lewica zaraziła się choroba prawicy z końca XX w. i dzieli się na potęgę, dziś napisze parę słów na temat polityki zagranicznej.
Podejścia do polityki zagranicznej są dwa. Pierwsze, rzekłbym romantyczne, które usiłuje tłumaczyć działania państw na scenie międzynarodowej poprzez strefy wpływów, imperialne plany oraz dążenia do podziału świata. Drugie, pragmatyczne, że polityka zagraniczna jest funkcją polityki krajowej, wewnętrznej. Mówiąc wprost, to co robią państwa w polityce międzynarodowej, swoje źródło ma w polityce wewnętrznej i celem nadrzędnym są cele tej właśnie polityki.
USA wycofały się z Wietnamu nie dlatego że zostały militarnie pokonane, tylko na skutek nacisku społeczeństwa amerykańskiego. ZSRR znalazł się w Afganistanie nie w celu realizacji dalekosiężnych imperialnych planów ale jako przypadkowy rezultat walki o władze na szczytach władzy przed i po śmierci Breżniewa. Wycofanie USA z Iraku i Afganistanu powodowane było naciskami społeczeństwa by zakończyć niepopularne wojny, które rozpoczęto też pod naciskiem społecznym po 11 września. Obecna twardsza polityka amerykańska związana jest z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi i z zarzutami jakoby Obama nie radził sobie na tym polu i osłabiał pozycje USA. Jak widać niemal wszystko co dzieje się na scenie międzynarodowej związane jest z sytuacją wewnętrzną państw zaangażowanych. Można powiedzieć że mówiliśmy w większości o demokracjach które muszą się liczyć z opinia publiczną. Kraje autorytarne i dyktatury powinny mieć wolna rękę w polityce zagranicznej kontrolując ściśle społeczeństwo. Powinny, ale nie mają. Bardzo często w aktywnej polityce zagranicznej szukają możliwości odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych. I tak na przykład Argentyna zaatakowała Falklandy, by odwrócić uwagę społeczną od kryzysu. Podobnie Saddam Hussein napadł na Iran a potem na Kuwejt by uspokoić sytuacje wewnętrzną. W pierwszym przypadku chodziło mu o zjednoczenie społeczeństwa wokół niego i jego partii. Z kolei napaść na Kuwejt miała rozwiązać problemy gospodarcze Iraku po wojnie z Iranem. Podobnie główne cele polityki Hitlera związane były z sytuacja wewnętrzna Niemiec a podboje były jej rezultatem. Wojna była jedynym możliwym rozwiązaniem, inaczej funkcjonujące na stopie gospodarki wojennej i na kredyt Niemcy musiałyby upaść. Z kolei budowa gospodarki wojennej była próbą wyciągnięcia kraju z kryzysu. Nawet dyktator musi liczyć się z opinia społeczną jeśli chce pozostać dyktatorem

Wiedząc to wszystko przyjrzyjmy się obecnej polityce Rosji. Wiele się mówi o niej zarzucając rządzącym, a w szczególności Putinowi, szaleństwo i nieobliczalność. Spoglądając natomiast z punktu widzenia Rosji, decyzje władz na Kremlu zaczynają być logiczne. Niestety biorąc pod uwagę ich logikę, rysuje się naprawdę nieciekawa przyszłość.

Mimo szybujących w górę cen ropy naftowej, Rosja w 2013 roku znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Prezydent Putin musiał spełnić obietnice wyborcze, podwyższając emerytury i płace minimalną, powiększając armię. To kosztuje, Jednak spokój społeczny jest znacznie cenniejszy dla władz. I mimo rekordowych przychodów ze sprzedaży surowców okazało się że w budżecie na 2014 konieczne są cięcia. Mimo uspokojenia sytuacji po wyborach można liczyć na kolejne protesty wskutek pogarszania się sytuacji ekonomicznej w 2014 . Kolejne bo wybór na prezydenta Putina nie przeszedł bezboleśnie. Co rzadkie w Rosji, mieliśmy do czynienia z dość sporym oddolnym ruchem protestu. Nie był to ruch ogólnorosyjski, ale widoczny i nie dający się łatwo pominąć. Dlatego władze rosyjskie dążyły do uspokojenia zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego, w tzw. bliskiej zagranicy. Stąd niemiła niespodzianką był dla Moskwy Majdan. Ukraina była uważana za będącą pod kontrolą, zapominając że opozycja na Ukrainie mimo że podzielona był silna. W zasadzie podczas całych swoich rządów Juszczenko nie miał komfortu samodzielnego rządzenia, ale wykorzystywał zręcznie rozbicie obozu opozycji. Wydarzenia na Ukrainie zostały przyjęte przez Moskwę z irytacją i od początku mocno naciskała na prezydenta Juszczenkę na szybkie rozprawienie się z protestantami. Juszczenko miał świadomość swojego delikatnego położenia i nie był przekonany o lojalności swoich służby siłowych. Służb które na polecenie Moskwy od kilku lat demontował. Nie będę wdawał się w opis starć, ale też nie jestem przekonany że wina leży wyłącznie po stronie służb bezpieczeństwa i Berkutu. Zbyt wiele jest niejasności które należy jeszcze wyjaśnić, a rola Prawego Sektora jest raczej niejednoznaczna. Juszczenko ucieka z kraju – opozycja przejmuje władze, ku rosnącej irytacji Kremla.

Po pierwsze Rosja traci satelitę, miejsce gdzie mogła dalej rozbudowywać swoje wpływy polityczne i co ważniejsze ekonomiczne. Nie zapominajmy ze oba kraje są bardzo mocno związane ekonomicznie. Jednak taki bieg wypadków, zwłaszcza jak wtedy to przedstawiano, skuteczność polityki zachodu i nieskuteczność Moskwy, mocno nadszarpnęła autorytet Putina. Pierwszym działaniem było nakręceni machiny propagandowej i przedstawienie wydarzeń na majdanie jako „faszystowskiego puczu” a władz w Kijowie jako „brunatnej junty”. Oczywiście była to gruba przesada, ale znów uczestnictwo we władzach ludzi Prawego Sektora dawało Moskwie wolna ręke i możliwość przedstawiania rzeczywistości w dowolnie wybrany sposób. Nie zapominajmy że Prawy Sektor jest koalicja kilku skrajnie prawicowych ugrupowań, można określić niektóre z nich jako faszyzujące, ale którego poparcie w społeczeństwie ukraińskim nie przekracza kilku procent. Oczywiści na majdanie zdobyli szacunek, dzięki swojemu poświeceniu, ale nie na tyle duży aby skłonić ludzi do głosowania na nich. Jednak wzbudzona niechęć do władz w Kijowie wystarczyła aby wzbudzić niezadowolenie wśród mieszkańców Krymu. Czy było to zachowanie naturalne czy inspirowane przez Moskwę? Uważam że początkowo było to naprawdę działanie miejscowej ludności, dopiero w późniejszym etapie wmieszała się w to Rosja. Większość mieszkańców Krymu uważa się za Rosjan. Znaczna część z nich to byli żołnierze armii rosyjskiej którzy osiedli tam po zakończeniu służby, lub ich rodziny, tak że początkowo władze w Kijowie także traktowały ten protest jako prawdziwy. I tutaj zdecydowała się interweniować Moskwa i spróbować co najmniej zdestabilizować Ukrainę a najlepiej oderwać od niej Krym, który był i jest ważną bazą dla rosyjskiej floty. Okazało się że „zielone ludziki” sprawdziły się znakomicie i Krym w zasadzie bezproblemowo i bez oporu władz w Kijowie udało się zając a potem anektować. Oczywiście świat tej aneksji nie uznał, ale w oczach rosyjskiej opinii publicznej prezydent Putin wyszedł jako polityk sprytny i skuteczny. Casus wcześniej oddzielonego od Serbii Kosowa był wygodny i wiarygodny. Nawet sankcje, które początkowo nie były zbyt uciążliwe, można było sprzedać jako spisek świata przeciw skrzywdzonej Rosji, dalej budując obraz Putina jako męża opatrznościowego i skupiając wokół niego społeczeństwo rosyjskie.
Jak wyszło z Krymem to może uda się z Donieckiem? Początkowo wszystko tak wyglądało. Jednak Donieck to nie Krym. Znacznie większy, mniej jednorodny. Co prawda większość społeczności lokalnej sympatyzowała z Rosją i nie przepadała za władzami w Kijowie, jednak miedzy brakiem sympatii a otwartym sprzeciwem czy nawet buntem - droga daleka. Taktyki Zielonych ludzików trudno było użyć ze względu na rozległość terenu i trudności taktyczne. Zdecydowano się oprzeć na siłach „lokalnych” wspieranych „ochotnikami”. Jednak okazało się że siły lokalne są dość słabe i raczej nie ma tłumu ochotników. Na szczęście dla separatystów zdemontowana armia Ukrainy okazała się całkowicie nieskuteczna. Dopiero pod koniec lata wysiłki zbrojne Ukraińców zaczęły dawać wyniki, a „Buriaci” jak pogardliwie separatystów nazywali żołnierze rosyjscy, rozpaczliwie nieskuteczni.

I właśnie w lecie 2014 Putin stanął przed dylematem, co dalej? Sankcje okazały się być uciążliwe, obniżka cen ropy katastrofalna, Krym koszmarnie drogi w utrzymaniu, a separatyści w Doniecku nieskuteczni. Podsyłanie pojedynczych czołgów czy też niewielkich grup ochotników alb wsparcie artyleryjskie w pobliżu granic było niewystarczające. Zwycięstwo rządu w Kijowie oznaczałoby  mocne wsparcie dla aktualnych władz i jednocześnie utratę prestiżu przez Moskwę. Można by przypuszczać że Putin utraciłby to co zyskał zajmując Krym. W końcu sam stał się ofiarą kampanii w której konflikt w Donbasie przedstawił jako „prześladowanie Rosjan przez ukraińskich faszystów”. I jak tu braciom Rosjanom nie pomóc? I dlatego armia rosyjska interweniowała w Donbasie i nadal tam pozostaje. Oczywiście w charakterze „zielonych ludzików”. Nawet kilka rosyjskich batalionów wystarczyło by rozbić zdezorganizowaną armie ukraińską. No i co dalej? Dlaczego sytuacja utknęła w martwym punkcie?
Po pierwsze Rosja nie może pozwolić wygrać Ukraińcom, tzn. Donbas musi mieć jakąś formę autonomii. Po drugie Rosja nie chce Donbasu. Chce aby za obwody Ługański i Doniecki odpowiadała Ukraina. Dlaczego? Ponieważ utrzymanie Krymu okazało się koszmarnie drogie. Na przejęcie kilkumilionowego i do tego zrujnowanego Donbasu Rosji nie stać. Dlatego plan pokojowy Rosji jest prosty: Ukraina bierze na utrzymanie Donieck i Ługańsk, ale zarządzać w nim będzie Moskwa. Nic dziwnego że Kijów nie pali się do tego typu porozumienia. De facto porozumienie Mińskie wychodzi naprzeciw planom Putina, ale Ukraina nie jest skora do jego realizacji.. Zresztą „równanie frontu” przez separatystów zaraz po podpisaniu porozumień dało wygodny pretekst do spowolnienia wprowadzania porozumienia w życie stronie ukraińskiej. Ukraińcy zresztą upierają się przy tym ze chcą mieć wpływ na co pieniądze w obwodach będą wydawane, podczas gdy separatyści nawet nie chcą rozmawiać na ten temat. Dodatkowo sami „Buriaci” okazali się dla Moskwy dość kłopotliwi i krnąbrni, działając często samowolnie.
Sytuacja gospodarcza Rosji nadal się pogarsza. Społeczeństwo na razie ze zrozumieniem ponosi wyrzeczenia ale jak długo? Dlatego stan zawieszenia okazuje się być korzystny. Nie wiadomo kiedy znów przyda się wojna aby spacyfikować nastroje w kraju. Kontrakty chińskie sa dalekim mirażem, a nawet jeśli wejdą do realizacji to potrwa to  lata. Szczególnie że Chińczycy podchodzą do sprawy bardzo pragmatycznie i wygląda na to ze kontrakty gazowe dostana nie Rosjanie a Australijczycy, bo sa po prostu tańsi. Podobnie nawet po zniesieniu sankcji, napływ kapitału z zachodu i „know how” do przemysłu naftowego to wizja raczej lat niż miesięcy, więc jako ze nie przyniesie to natychmiastowego skutku, Kreml przestał być zainteresowany w zniesieniu sankcji. Wystarcza mu budowanie efektu „oblężonej twierdzy” – Rosji otoczonej przez wrogów i nakręcanie spirali strachu. Jest to pożyteczniejsze dla obecnych władz niż zniesienie sankcji. Gromadzi społeczeństwo wokół przywódcy.

Taki stan nie może trwać wiecznie. Sytuacja gospodarcza Rosji będzie się pogarszać. Już teraz Kreml usiłuje szukać oszczędności tam gdzie było to wcześniej nie do pomyślenia – w resortach siłowych – na początek redukując liczbę policjantów o 100 tys. To nie wystarczy na długo. Krym ciąży. Zaopatrzenie półwyspu jest koszmarem, a most przez cieśninę kerczeńską powstanie w perspektywie lat. Jeśli ceny ropy jakoś radykalnie nie pójdą w górę, a po podpisaniu porozumienia z Iranem raczej nie wchodzi to w grę, cena będzie spadać jeszcze bardziej, Rosja stanie przed ważnymi decyzjami. Jelcyn oszczędzał na resortach siłowych, Putin który opiera swą pozycje na sile raczej zbyt wielu oszczędności tam nie znajdzie, wiec będzie trzeba szukać ich gdzie indziej. Co zrobić żeby społeczeństwo to zaakceptowało? Dać im temat zastępczy – wojnę. Dlatego uważam że wojna na Ukrainie przejdzie w stan gorący w przyszłym roku – raczej na wiosnę, bo łatwiej prowadzić działania wojenne, choć decydować o tym będzie sytuacja wewnętrzna w samej Rosji. Przez najbliższe miesiące możemy liczyć na dalszą destabilizację Ukrainy. Będą zamachy terrorystyczne, kłótnie wśród oligarchów, lokalne wystąpienia ludności. Mniej lub bardziej wszystko inspirowane przez Moskwę aby uzasadnić interwencję i wprowadzenie porządku „w państwie upadłym” jakim według rosyjskiej propagandy stanie się Ukraina. Jeśli Kijów będzie sprawnie radził sobie z tego typu zagrożeniami, to najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z dużym zamachem terrorystycznym którego celem będą obywatele i żołnierze rosyjscy (pewnie na Krymie) którego organizatorem „okaże się” ukraińskie SBU – wszystko aby uzasadnić interwencję na Ukrainie przed własnymi obywatelami. Opinia publiczna na tym etapie Moskwy nie interesuje. Obecnie są pewni że nikt za Kijów nie będzie umierał. Celem operacji będzie zajęcie Ukrainy i osadzenie tam z powrotem przychylnych Moskwie władz.  Nowe władze zatwierdzą przekazanie Krymu i może jakieś inne korekty terytorialne. Ukraina pozostanie przynajmniej formalnie niezależna. Rosji zależy aby ktoś wziął odpowiedzialność za cały bałagan który zorganizują. To czy Ukraina będzie stabilna, czy nie Moskwy nie obchodzi. Jeśli jakieś, „zapewne faszystowskie” powstanie obali nowe władze, to się je znów przywróci. Dodatkowo zajęcie Ukrainy może oznaczać łupy które na chwile podratują budżet, a co najważniejsze, zwycięska wojna umocni Putina u władzy. A najśmieszniejsze że z cała pewnością i Ługańsk i Donieck pozostaną częścią Ukrainy. Na co Rosji dwie zrujnowane prowincje?

Pytanie czy Rosja wykorzysta Zielone Ludziki przeciw krajom NATO czy UE? Trudno powiedzieć, ale według mnie nie. Takie działania na Łotwie czy Estonii mogą wyglądać dla Moskwy kusząco, ale reakcja NATO jest nieobliczalna. Nikt nie wie, nawet samo NATO jak zareaguje.  Raczej miedzy bajki można włożyć zaangażowanie całego sojuszu, ale kilka państw może być dość zdeterminowanych i pomóc bałtom. Dla Moskwy najbardziej niepokojące jest to że wśród tych państw mogą być USA. Prezydent Obama który był postrzegany przez Kreml jako słaby, ostatnio mocno zaostrzył retorykę i także rozpoczął realne działania co mocno Putina zaskoczyło. Na razie działa to na korzyść prezydenta Rosji ponieważ może wszystko zrzucać na „amerykański spisek”, ale długofalowo ostry konflikt z USA raczej by Rosji zaszkodził.


Mimo wszystko musimy się przygotować na ostrą eskalację konfliktu na Ukrainie. Zawirowania wewnętrzne zakończone inwazją. Skutki tego na pewno będą nas dotyczyć. Po pierwsze liczne fale uchodźców, po drugie uzbrojone bandy przechodzące przez granice, czy to rabować czy to walczyć z okupacją rosyjską. Dodatkowo trzeba będzie pomyśleć o polskiej mniejszości. Ponadto pomyśleć o stosunku naszego kraju do sytuacji geopolitycznej jaka zaistnieje po rosyjskiej interwencji. Czy będzie nowa „posłuszna” Ukraina, czy też powstanie szereg „niepodległych” państw. Przed ostatnia opcja coraz częściej „ostrzegają” rosyjscy politycy, co oznacza ze biorą ją pod uwagę. Mam nadzieję że nasze nowe władze które wyłonią się w jesiennych wyborach zareagują na konflikt odpowiednio. Należy przy tym pamiętać że efekt „wojny Ukraińskiej” zostanie dość szybko zatarty i władze kremlowskie będą musiały szukać nowego konfliktu by skupić społeczeństwo na zagrożeniu zewnętrznym, bo sytuacja gospodarcza będzie się stale pogarszać.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Czy program jest do czegokolwiek potrzebny? Wbrew pozorom tak.

W trakcie zjazdu swojego ruchu Kukiz stwierdził ze programy to kłamstwo i jego ugrupowanie czegoś takiego nie potrzebuje. Ich interesuje wyłącznie zmiana ustrojowa. Wydaje się że podkreślając swój radykalizm powinien trafić do większej ilości niezadowolonych wyborców. Czy na pewno?
W marketingu politycznym często po macoszemu traktuje się program wyborczy. generalnie uważa się ze powinien być nie za długi, skonstruowany przy pomocy prostych zdań, unikając słów wielosylabowych, bo przeciętny wyborca nie lubi czytać i nie zna długich, skomplikowanych słów. I jest to niestety prawda. Choć nie do końca jest to zasada "ciemny lud to kupi". Wbrew pozorom wyborca wybiera w sposób świadomy. W większości wypadków najpierw kieruje się przyzwyczajeniem, głosuje tak jak zawsze głosował, na "swoje" ugrupowanie. jednak wcześniej to ugrupowanie, zanim dany wyborca stanie się jego elektoratem, musi go przekonać - musi mieć w programie coś z czym się dany człowiek może identyfikować. Program jest jeszcze istotniejszy gdy oczekujemy od glosującego zmiany przyzwyczajeń, dotychczasowych zachowań. Element który to spowoduje musi mieć duża siłę oddziaływania i musi być jakoś ogłoszony. Jako ze nie wszystko działa na wszystkich zbiór takich elementów o jak najszerszym zasięgu oddziaływania to program.
Kukiz dystansując się od kwestii programu ogranicza się wyłącznie do kwestii JOW, w sposób zasadniczy zmniejszając sobie bazę wyborczą. Po pierwsze sporo ludzi nie do końca rozumie o co chodzi w okręgach jednomandatowych, przyjmując na razie to co mówi Kukiz za dobra monetę. jednak ograniczając się tylko do jednego punktu, ułatwia tylko swoim przeciwnikom ataki.Po drugie, jako że JOWy sa mocno dyskusyjne, może się okazać że przeciwnicy dotrą ze swoim przekazem do wyborców wyjaśniając skutecznie zagrożenia tego systemu, może łatwo stracić tych którzy go dotąd popierali.
Jednocześnie, skupiając się wyłącznie na JOW, odrzuca poparcie tych którzy z różnych powodów mieli dosyć PO-PiS, a nie koniecznie kwestia okręgów do nich przemawia. Dodatkowo Kukiz powinien mieć świadomość że zmiana ustrojowa trwa. Nie jest to dzień czy tydzień. W tym czasie kraj musi być jakoś rządzony. Są decyzje które trzeba na co dzień podejmować, uczestniczyć w międzynarodowych obradach, podpisywać dokumenty które będą zmieniać przyszłość kraju na dekady. Nie da się zawiesić zarządu kraju na powiedzmy pół roku. pamiętajmy tez ze po zmianach proponowanych przez Kukiza czekają nas kolejne wybory. Trzymając się wyłącznie JOWów traci wiarygodność.
Oczywiście ludzie nie czytają programów, jednak zawsze poszukują czy dane ugrupowanie ma odpowiedź na najbardziej gnębiące go w danym momencie problemy. Nie czytają całości, ale szukają określonego punktu, hasła. Dlatego ważne jest by po pierwsze program był, a po drugie, przedstawiono go w sposób jasny i obrazowy. Dlatego obecna 'dyskusja programowa" PiS i PO tez jest przeciw skuteczna - "wszystko dla wszystkich" oznacza "nic dla wszystkich". Taka ilość postulatów jest dla wyborcy bełkotem. należy się skupić na 4-5 podstawowych.
takie a nie inne przedstawienie swoich celów wyborczych przez Kukiza odcina go automatycznie od wszystkich niezadowolonych z sytuacji gospodarczej zarówno własnej jak i kraju a niezbyt zaangażowanych w kwestie ustrojowe. Wydaje się że zjawisko to już zadziałało bo w ostatnich badaniach jest już widoczny odpływ wyborców od ruchu Kukiza. Oznacza to pojawienie się niezagospodarowanego elektoratu o który zacznie walczyć PiS i Nowoczesna.pl a może nawet PO - bo to ich byli wyborcy. Kukiz nadal jest najpoważniejsza ofertą spoza dotychczasowego układu, jednak sam podważa swoją pozycję. Podczas dalszej części kampanii powinien stworzyć coś na kształt programu, inaczej będzie skazany na marginalizację. To ostatnia szansa dla Nowoczesnej.pl która może mieć największe szansę na przyciągnięcie  porzuconych przez PO a teraz przez Kukiza przedsiębiorców.
Podsumowując, program jest koniecznością, nie za obszerny, raczej nie książka, choć i taka może być by pokazać same jej istnienie i słuszne rozmiary (nikt do tego i tak nie zajrzy), którego główne punkty ujęte sa w sposób jasny i przejrzysty, bo program zawsze stanowi płaszczyznę odniesienia dla wyborcy. Dlatego treści zawarte w programie powinny być dość konkretne i sensowne. Do programu opartego na "wartościach", wbrew pozorom, trudniej przekonać wyborców - do walki w imię oczywistości trudniej ludzi zaangażować, może najmłodszych wyborców. Jeśli chodzi o wyborców starszych, zawsze najlepiej walczy się o to co boli najbardziej. Kukiz bez programu musi sie liczyć z tym ze stanie się obiektem kpin. I memy takie jak poniższy będą pojawiać się częściej.

czwartek, 18 czerwca 2015

Bądźmy antysystemowi!

W trakcie kampanii prezydenckiej wiele mówiło się o „systemie” i o kandydatach „antysystemowych”. Hasło się przyjęło i wygląda na to że kampania wyborcza także będzie przebiegać pod hasłami walki z systemem. A czy ktokolwiek z nas zastanowił się o jaki system chodzi?

W retoryce Kukiza najczęściej pojawiają się JOWy i konieczność zmiany systemu wyborczego – walka z „partiokracją”. Średnio rozgarnięty politolog wie że system jednomandatowy prowadzi do zabetonowania sceny politycznej i niepodzielnej władzy partii, czego dowodem u nas jest senat, ale nikt nie broni Kukizowi twierdzić inaczej. Tylko czy to jest walka z systemem?
Polska jest demokracja parlamentarną, gdzie władza ustawodawcza znajduje się w rękach dwuizbowego sejmu. Propozycje Kukiza zmieniają tylko jeden z aspektów wyborów do owego ciała. Faktycznie najbardziej wątpliwy, ponieważ w konstytucji mamy zapisane ze wybory maja być proporcjonalne wiec JOWy w pewnym sensie są z Konstytucja sprzeczne – zależy jak owa proporcjonalność interpretują konstytucjonaliści. Nie wdając się w szczegóły, czy ta zmiana to radykalne obalenie sytemu politycznego w Polsce? Nieszczególnie, rzekłbym nawet że to zmiana kosmetyczna. Dalsze propozycje zmian Kukiza, mimo ze znaczące nie są wywalaniem systemu, szczególnie politycznego. Nie podejrzewam aby jego dość abstrakcyjne zmiany w mediach na coś realnie wpłynęły. Prawo spółek jest na tyle elastyczne że zmieni się kilka szyldów a realna własność zostanie po staremu. Ciekawie wygląda propozycja likwidacji ZUS, chyba jedyny naprawdę antysystemowy postulat Kukiza, ale nie jestem pewien czy realnie się na niego zdecyduje, bo jakoś musi sfinansować wypłatę emerytur, a nie wydaje się prawdopodobne żeby „antysystemowiec” radykalnie podniósł podatki (potrzeba około 200 mld. zł rocznie). Zresztą obecność wśród ludzi Kukiza osób takich jak panowie Bosak i Wipler każe wątpić w antysystemowość. W końcu są oni na swój sposób twórcami tego systemu.

NowoczesnaPL chce też tylko modyfikacji systemu, szczególnie w zakresie ubezpieczeniowo- podatkowym i w zasadzie nie ma propozycji ustrojowych, więc tez raczej trudno twierdzić że są radykalnymi antysystemowcami.

Takim „antysystemowcem” jest za to Korwin Mikke. Jemu naprawdę chodzi o likwidację systemu – czyli demokracji parlamentarnej. Co proponuje w zamian? Libertariańską monarchię absolutną. Jest to twór dość dziwaczny, gdzie absolutnej wolności gospodarczej towarzyszyć ma brak wolności obywatelskich. Nie dlatego ze państwo je odbiera obywatelom, a raczej państwa to po prostu nie obchodzi. W wersji skrajnej nawet nie konieczna jest policja bo uzbrojeni obywatele wymierzaliby sprawiedliwość szybko i sprawnie, a że za większość przestępstw realnie byłaby kara śmierci, no cóż, to problem przestępców. Dla mnie wygląda to jak anarchia i nie jestem pewien czy chciałbym żyć w kraju gdzie w obawie przed sąsiadami musiałbym mieć broń automatyczną.

Najzabawniejsze na obecnej scenie politycznej jest to, że PiS walczący od 10 lat z systemem, stał się owego systemu obrońcą, trochę chyba z zaskoczenia i wbrew sobie. Widziałem gdzieś w necie jak prezes Kaczyński bardzo sensownie tłumaczył dlaczego JOW to zły pomysł. Była to jedna z nielicznych sytuacji gdzie mogłem się zgodzić z każdym słowem prezesa.

Skoro brak realnej alternatywy antysystemowej może ja stwórzmy? A co najbardziej irytuje nas, obywateli w obecnym systemie? Politycy. „Nieroby w Sejmie”. Ci którzy zyją z naszych podatków nie dając nam, tak nam się wydaje, nic w zamian. Poczucie ze nic od nas nie zależy, ze wybieramy miedzy jedną „bandą” a drugą, powoduje z jednej strony apatie z drugiej strony agresje wobec całego systemu. A czy można mieć system demokratyczny bez polityków? Można choć całkowicie polityków wyzbyć się nie da. Chodzi mi tu o system demokracji bezpośredniej, pierwszej jaka powstała. Potem gdy rozmiary państw rosły i nie przestała się sprawdzać wprowadzono demokracje pośrednią, czyli przedstawicielską, czyli parlamentarną. Demokracje w której nie decydujemy osobiście a przez swoich ‘reprezentantów” – polityków.
Politycy twierdzą ze taka demokracja jest niemożliwa i niepraktyczna ze względu na skomplikowanie współczesnych państw. Czy na pewno? W Szwajcarii taki system istnieje i kraj jakoś funkcjonuje, rzekłbym nawet bardzo dobrze. Fakt, bywa ten system uciążliwy, bo w Szwajcarii sprawowany jest „po staremu” czyli na wiecach lokalnej społeczności, co za tym idzie nie da się w takim systemie podjąć decyzji szybko, dlatego Szwajcaria wprowadziła pewne elementy demokracji parlamentarnej.

Żyjemy jednak w epoce komunikacji i Internetu. To w jakim humorze się obudziłem może wiedzieć natychmiast setka ludzi na całym globie. Dlatego uważam że mamy już możliwości techniczne aby powrócić do źródeł czyli do demokracji bezpośredniej. Zrezygnować z organów przedstawicielskich i bezpośrednio wziąć odpowiedzialność za kraj.
W wyborach bezpośrednich wybierano by jedynie władze wykonawczą prezydenta lub premiera. Zamiast parlamentu nad ustawami głosowali by bezpośrednio obywatele, mając dostęp do wszystkich dokumentów którymi dysponują obecnie posłowie. Już obecnie korzystając z profilu zaufanego ePUAP można by stworzyć w miarę bezpieczny i efektywny system. Rozbudowane struktury partyjne nie byłyby konieczne w takim systemie nie mówiąc o znacznie niższych kosztach administracyjnych. W takim układzie można by było zrezygnować nawet z rad na niższych szczeblach samorządu, gdyż społeczeństwo samo kontrolowałoby swoich wójtów i burmistrzów. To by było naprawdę „tanie państwo”.

Zagrożenia? Mogłoby być bardziej wrażliwe na populizm. Wpadka rządu, czy afera mogłaby skutkować natychmiastową dymisją, lub przegłosowanie jakiejś abstrakcyjnej ustawy ewidentnie szkodliwej. Z drugiej strony w takim systemie zaangażowane by były jednostki którym najbardziej zależy na państwie czy społeczności lokalnej. Głosowanie, czytanie materiałów wymagałoby stałego bezpośredniego zaangażowania, więc siłą rzeczy osoby zaangażowane nie byłyby aż tak podatne na nagłe wpływy i zmiany. Wbrew pozorom taki system mógłby być stabilniejszy, gdyż przeciętny obywatel nie jest tak wystraszony na przykład mediami i nie będzie działał „ze strachu” jak się zdarza politykom w czasie kryzysu, nie byłby poddany tak bezpośrednim naciskom ze strony partii czy grup interesu. Dlatego wierzę ze taki system był by skuteczny.


Czy kiedyś się takiego systemu doczekamy? Wątpię. Dla polityków jak i dla wielkiego biznesu demokracja parlamentarna jest zbyt wygodna. Za dużo dużych pieniędzy, i za łatwo pewne koncesje po prostu sobie wynegocjować. Dodatkowo ten system pozwala tysiącom ludzi żyć wcale dostatnio więc raczej nie liczyłbym na zmianę sytemu. Zbyt wiele osób na tym by straciło. A pokrzykiwania „jestem antysystemowy” naprawdę są tylko zmyłką dla wyborców, bo wszyscy uczestniczący w tym systemie są zainteresowani trwaniem owego systemu. Nawet Kukiz a przynajmniej jego otoczenie.

piątek, 12 czerwca 2015

Na co komu struktury?

Ostatnimi czasy Pan Kukiz zbulwersował naszą scenę polityczną ogłaszając że nie będzie tworzył struktur. Partyjni działacze z prawa i z lewa zapałali świętym oburzeniem. Jak można nie tworzyć struktur? Jak utrzymać w takim razie kontakt z ludem?

Problem w tym ze z tym kontaktem i tymi strukturami nie jest wcale tak różowo. W teorii rozróżnia się partie masowe i kadrowe. Masowe mają zgromadzić jak największa ilość członków – liczba jest siłą. Wszystkie partie w ustrojach totalitarnych mają tendencje do masowości. Każdy kto nie z partią ten przeciwko partii . I mimo pozorów elitarności liczba członków takiego ugrupowania sięga milionów. Z tym ze do kręgu przywódczego dostać się już dużo trudniej – do tzw. kadry. Tam dostęp strzeżony jest już zazdrośnie. Tutaj przechodzimy do partii kadrowych, mniejszych, do których dostęp z zasady nie jest powszechny a nieco utrudniony. W zasadzie wszystkie polskie partie mają charakter kadrowy i, przynajmniej teoretycznie, nikogo z ulicy nie przyjmują.
Jak to wygląda praktycznie? PO ma obecnie nieco ponad 40 tys. członków, PiS ponad 20 tys. Największą polska partia jest PSL który gromadzi ponad 120 tys. członków. Tyle deklaracje partyjne. Czy jest „rząd dusz” twardo stojący za swoim „wodzem”, gotowy walczyć o dobro własnego ugrupowania do ostatniej kropli krwi? No cóż… Jeśli o stopniu zaangażowania ma świadczyć na przykład ilość zbieranych składek, to nie wygląda to tak dobrze. Przyjrzyjmy się liczbom. Składka miesięczna w PO wynosi 5 zł. Zakładając pewną ilość członków honorowych Platforma powinna zbierać około 200 tys. zł składek miesięcznie. I tyle zbiera – problem w tym że rocznie. Oznacza to ze mniej więcej 90 procent członków PO nie jest w stanie poświecić 5 zł miesięcznie (60 rocznie) dla swojej partii? W PiS sprawa ta nie wygląda lepiej. Także tam niemal 90 procent członków nie opłaca składek (z tym że PiS jest bardziej wymagający bo żąda od swoich członków aż 10 zł miesięcznie). Kompletna tragedia za to jest w PSL który ma 3 razy więcej członków niż PO i zbiera 3 razy mniej składek. Oznacza to że realnie największe partie mogą się poszczycić zaangażowanymi kadrami w liczbie około 4 – 5 tys. To są mniej więcej 2 osoby na powiat. W mniejszych partiach wygląda to jeszcze gorzej. Trudno powiedzieć żeby rozbudowanie struktur naszych partii było powalające. Podejrzewam że podobną ilość ludzi zaangażowanych jest w stanie bez trudu pozyskać Kukiz. W tego typu ruchach jest to prostsze. Pomoc nie oznacza jednoznacznej deklaracji, dlatego oficjalny brak struktur ułatwi mu owych struktur budowanie.

Czy tych struktur naprawdę mieć nie będzie? Oczywiście że one powstaną. Będzie je musiał mieć. Wymagania prawne kampanii siła rzeczy wymuszą pewna instytucjonalizację. Po wyborach każdy poseł ruchu Kukiza będzie musiał mieć lokalne biuro a nawet biura, wokół których zaczną gromadzić się współpracownicy – już mamy pierwsze struktury. Czy to przybierze formę kół, stowarzyszeń, klubów – nieważne, struktury i tak powstaną. Czy to w jakiś sposób pomoże Kukizowi albo zaszkodzi? Czy ja wiem. Jak pokazałem powyżej współczesne polskie partie obywają się bez realnych rozbudowanych struktur. To co u nas uchodzi za struktury Kukiz mieć i tak będzie, bo musi, wiec i tak będzie obiektem ataków o zatrudnianie kolesi, oraz o zaprzedanie się systemowi. Miał z systemem walczyć, a włączył się w jego tryby.


Co z kolei prowadzi nas do kolejnego punktu jak finansowanie partii. Czy da się poprowadzić partie za 200 tys. rocznie? Nie da się. Dlatego partie (parlamentarne) dostają na swoją działalność pieniądze z budżetu państwa. PO 17 mln zł, PiS 16 mln. To są już poważne sumy. Co się stanie kiedy finansowanie partii z budżetu zniknie? Będą musiały znaleźć pieniądze gdzie indziej. Kukiz proponuje aby utrzymywały się wyłącznie ze składek. Jak wygląda płacenie owych składek, widzieliśmy. Ale załóżmy że płacą wszyscy wtedy PiS i PO miałyby po ok. 2,5 mln zł na działalność. Lepiej, ale wciąż daleko do obecnych 16 mln.  To oznacza że skądś partie będą musiały brakujące fundusze znaleźć. Najprawdopodobniej będzie to biznes, zarówno krajowy jak i zagraniczny. Wtedy dopiero zacznie się prawdziwy lobbying i tworzenie „ustaw na zamówienie”, bo wraz z likwidacją finansowania partii z budżetu z pewnością znikną ograniczenia co do źródeł finansowania. Mamy więc do wyboru albo będziemy utrzymywać „darmozjadów” sami, z podatków, albo będą utrzymywani przez biznes za co w sumie i tak zapłacimy później też z naszych podatków. Większość krajów na świecie wybrała wariant pierwszy, choć też w większości nie tak hojny jak w Polsce. To znaczy partie dostają pewne sumy na funkcjonowanie z czego są skrupulatnie rozliczane. U nas dostają tych pieniędzy więcej, co prawda też są skrupulatnie rozliczane przez PKW, ale u nas wolno partiom w sposób niemal dowolny te fundusze rozdysponowywać. Więc partia musi w rozliczeniu „ośmiorniczki” wykazać, ale nie ma ograniczeń w owych ośmiorniczek zakupywaniu. W Irlandii np. partie dostają wyłącznie na funkcjonowanie biur i pensje ludzi tam zatrudnionych. Dlatego raczej nie wyzbywałbym się finansowania partii przez budżet ale raczej przyjrzał się jak te pieniądze są wydawane i tu wprowadził dodatkowe regulacje. Czyli niech już się męczą za nasze pieniądze w tej Warszawie, ale nie koniecznie przy przysłowiowych „ośmiorniczkach” i w garniturach po 20 tys. zł.

niedziela, 31 maja 2015

Miało być tak pięknie – Co dalej z PO?

Przegrane wybory mocno wstrząsnęły Platforma Obywatelską. Oczywiście większość jej działaczy miało świadomość że wybory parlamentarne raczej przegrają, ale miano nadzieje że z PSL czy SLD uda się utrzymać przy władzy. Sam tak przewidywałem. Jednak niezadowolenie z rządów PO które od dłuższego czasu było wyczuwalne, znalazło ujście i katalizator w postaci Kukiza. Przez to oraz nieudolnie poprowadzoną kampanię, wybory które miały być formalnością, skończyły się porażką. W odbiorze wewnątrzpartyjnym nawet druzgocącą klęską ponieważ nie tak dawno wszyscy liczyli na zwycięstwo w pierwszej turze. To z kolei doprowadziło do pewnego rodzaju otrzeźwienia – wcale nie musimy utrzymać się przy władzy. Niestety zamiast do mobilizacji doprowadziło to rozprzężenia: część szuka wyjścia z sytuacji, część winnych, a część szuka wyjść awaryjnych.

Platforma nie jest jednak na przegranej pozycji. Po pierwsze niemal pięćdziesięcioprocentowe poparcie w drugiej turze nie rokuje źle. W końcu niemal co drugi wyborca zagłosował na kandydata PO. Łatwiej można ich przekonać żeby zrobili to powtórnie. Po drugie jeśli na pierwsze strony wrócą prezes Kaczyński i Antoni Maciarewicz znów może wrócić niechęć do PiS i część wyborców może się od PiS odwrócić. Ostatnia kampania PiS była przeprowadzona podejrzanie profesjonalnie, więc szanse na tego typu potknięcie są mniejsze, jednak od dnia wyboru prezydenta Dudy wróciła dyskusja na temat pomnika smoleńskiego, a nie jest to temat o którym młodzi wyborcy młodego prezydenta chcieliby słuchać.
Wiele zależy od Kukiza. Jeśli zachowa zdrowy dystans od obu partii i będzie punktował absurdy w programach obu ugrupowań, może utrzymać swoich wyborców a nawet powiększyć ich ilość. Jednak jest w trudnej sytuacji. Przyciągnął z elektoratu PO bardzo trudnych wyborców – wykształconych, samodzielnie myślących, wiec jeśli przegnie w którąś stronę, może ich zniechęcić.
Przede wszystkim musi mieć atrakcyjny program ekonomiczny. Coś czego PiS i PO nie mają. Oferta ekonomiczna PiS była zawsze dość anemiczna bo te tematy nigdy prezesa nie interesowały. Zazwyczaj próbowano obiecywać wszystko wszystkim ale bez specjalnego przekonania, co było wyczuwalne.  Zobaczymy co się stanie z propozycjami Dudy z czasu kampanii. Jak na razie dość sprytnie próbują wyjść z kwestii emerytalnej, nieco rozwijając propozycje Komorowskiego (40 lat składkowych), głównie jednak deklarując tylko że jest zupełnie nowa i inna. Generalnie jednak wiek 67 lat pozostanie jeśli jednak ktoś będzie miał 40 lat składkowych (ważne- nie pracy a okresów składkowych) będzie mógł przejść na wcześniejszą emeryturę. Problem w tym że z takiego przejście będzie mógł skorzystać nikły procent ubezpieczonych. Po odliczeniu urlopów i innych przerw realnie trzeba by mieć około 45 do nawet 50 lat pracy.
Ofertę ekonomiczną z pewnością będzie miała Nowoczesna.pl. Problemem tej partii jest jej brak wizerunku. Jeśli Petru jest średnio rozpoznawalny, dla osób nie interesujących się ekonomią, tak Balcerowicz (przez osobę którego Petru najczęściej jest przedstawiany) jest dla nowej formacji dużym obciążeniem. Jego duży elektorat negatywny będzie ugrupowaniu po pierwsze ciążył, po drugi mocno ograniczał zasięg oddziaływania do ludzi stricte znających się na ekonomii. Zwykli śmiertelnicy mogą być uprzedzeni i szukać oferty dla siebie raczej u Kukiza, który program ekonomiczny może nie ma tak dobrze opracowany, ale jest medialny i operuje chwytliwymi hasłami. Jesli panu Petru uda się zdystansować od Balcerowicza któremu doradzał, formacja może mieć szansę, i to nie tylko na wynik w okolicach progu wyborczego.

Jak widać jest pewna przestrzeń do działania dla PO. Czy wykorzysta szansę? Szczerze w to wątpię. PiS musiałby z Kukizem zaliczyć w kampanii potężną wpadkę żeby PO mogłoby w ten sposób zyskać. Jeśli chodzi o działania jakie PO musiałoby podjąć, to zacząć wprowadzać jakieś reformy ekonomiczne, o których zresztą mówiło 8 lat temu. Nie widać ku temu ani chęci ani pomysłów. Nadal używają jednej narracji: „jest świetnie”. Niestety nie jest, co widza nawet wyborcy Platformy.
Czy to oznacza ze Polska dąży ku zagładzie i upadkowi? Nie. Efekt rządów PO to naprawdę szybki rozwój ekonomiczny kraju. Więc dlaczego tak wielu niezadowolonych? Znaleźliśmy się w sytuacji która w politologii trochę nieadekwatnie nazywana jest rewolucyjną. Rewolucje wybuchają nie wtedy kiedy ludziom jest źle. Wtedy są zbyt zajęci walka o przetrwanie a nie myśleniem o zmianie władz. Rewolucje wybuchają wtedy gdy sytuacja się polepsza, ale nie dość szybko i liczba ludzi którzy czują się z tego postępu wykluczeni rośnie. Taką sytuacje mamy w Polsce. Młodzi uważają że postęp gospodarczy zupełnie ich minął i zostali z niczym. Wbrew pozorom sytuacja trudniejsza jest w segmencie 30-40 latków którzy przez ostatnie 10 lat pracowali na umowach śmieciowych i po pierwsze mają świadomość że niezależnie od wieku emerytalnego będą musieli pracować do śmierci, oraz z dużą niechęcią odbierają postawę roszczeniowa młodych. Dlaczego jest to niebezpieczne? Ponieważ działania podjęte w celu zachęcenia młodego elektoratu przyjmą negatywnie, uważając że jest to nieuczciwe – oni muszą i musieli sobie radzić sami.

Dlatego na miejscu PO był bym ostrożny z ofertą wobec młodych. Najskuteczniejsze byłyby zmiany w prawie podatkowym i ZUSie. Problemy w tym widzę dwa. Po pierwsze Platforma obiecywała takie zmiany 8 lat temu i przypomnienie sobie o nich raptem przed wyborami może być źle przyjęte. Należałoby je dobrze sprzedać. Osobiście radziłbym się zając ZUSem. Instytucja dość powszechnie nielubiana, zmiany w niej zostaną przyjęte pozytywnie, szczególnie przez przedsiębiorców a to elektorat PO. To zostawi z kolei możliwość atakowanie zarówno PiS jak i Kukiza majstrujących przy prawie podatkowym jako nieodpowiedzialnych, którzy w sumie chcą zwiększyć obciążenia Polaków. Po drugie ministerstwo finansów uważa że jest świetnie i żadne zmiany nie są konieczna ani wskazane. Niestety z takim podejściem można przegrać wybory.


Podsumowując. Bez zmian i prób reform PO nie ma szans na dobry wynik wyborczy. Zmian na ważnych polach. Mimo popularności Kukiza bynajmniej JOWy nie dadzą PO zwycięstwa ani na przykład likwidacja senatu (faktycznie zbędnego swoja drogą). Większość społeczeństwa ma dość ruchów i tematów pozornych. Chce uczestniczyć i korzystać z rozwoju kraju i tego wymagają od rządzących. To jest także kwestia do przemyślenia dla PiS. To będzie ciężka kampania dla obu ugrupowań. Jak rzadko wyborcy wymagają konkretów.

wtorek, 26 maja 2015

Trzęsienie ziemi czyli co wydarzyło się w niedzielę.


Najczarniejsze obawy sztabowców PO spełniły się. Bronisław Komorowski poległ w drugiej turze. Pierwszy realny sukces PiS od 2005 stał się faktem. Andrzej Duda zostanie kolejnym prezydentem Polski. Co się stało? Dlaczego urzędujący prezydent, którego jeszcze parę miesięcy temu aprobowało ponad 60% obywateli przegrywa z nieznanym szerzej politykiem PiS?
Złożyło się na to kilka elementów. Bezpośrednio na pewno skopana kampania wyborcza. Jeśli kiedyś zostanie wydany podręcznik w zakresie PR pod tytułem „Jaj tego nie robić” kampania Bronisława Komorowskiego powinna znaleźć tam swój własny rozdział.  Nie będę wdawał się w szczegóły, bo elementów które nie zagrały bądź zrobiono je źle było po prostu zbyt wiele. Zacznę od grzechu głównego: brak pomysłu i idei kampanii. To w zasadzie rozłożyło kampanię w całości. Prezydent wyglądał jakby się miotał, bez szczególnego sensu i celu. Spotkania i wystąpienia nie miały nic ze sobą wspólnego, nie było idei. Zmiana hasła przewodniego, brak nawet spójnej koncepcji wizerunku prezydenta. Nie uważam ze przy kampanii pracowali idioci. Było tam wielu ludzi którzy znaja się na rzeczy. Wydaje mi się ze zbyt wielu. Dlatego tak częste zmiany koncepcji i strategii. Zamiast doskonalić to co nie działało dobrze, wyrzucano stara strategię i wprowadzano nową, którą tez po jakimś czasie zmieniano zanim zdążyły pojawić się skutki.

Wydaje się że początkowo uważano że wizerunek prezydenta powinien być koncyliacyjny, spokojny wyważony. Prezydent który łączy a nie dzieli. I nie był to zły pomysł, z tym ze dość trudno prowadzi się tak kampanię. Nie ma „efektów specjalnych”, czyli starć słownych, pyskówek, konfliktu który świetnie się sprzedaje. Dlatego jest to skomplikowana kampania i do tego długofalowa. Kontrkandydaci będą „strzelać” czym się da w kandydata a on powinien się od tego dystansować. Przedstawiać że jest ponad to, zajmuje się Polską i Polakami a nie jakimiś pierdołami. Sam kandydat nie może wchodzić w bliskie starcia, ale powinien to robić jego sztab, a raczej ludzie przez sztab wytypowani nie mający z nim nic wspólnego. Z tego kierunku powinny iść wściekłe i bezpardonowe ataki. Jeśli nie ma konfliktu prezydent nie może być koncyliacyjny, nie ma kogo godzić. Uderzenia powinien na siebie wziąć rząd lub inni politycy PO. Tego nie było. Wydawało się że prezydent walczy sam.
Spadek notowań był do przewidzenia bo strategia ta po prostu tak funkcjonuje, głośni kandydaci sa atrakcyjniejsi, a do tego nie była prawidłowo wykonywana. Zamiast ją skorygować jeszcze przed pierwsza turą, zdecydowano się trochę wystąpienia prezydenta wyostrzyć, co w zasadzie zniszczyło efekt poprzedniej strategii. Przyjęto ze prezydent dopiero od tego momentu prowadzi kampanię no i ze się spóźnił. Komorowski w tego typu  wystąpieniach nie wypada najlepiej więc dalej tracił, a zmiany wizerunku nie rozumieli nawet jego zwolennicy. Zresztą przykładem oderwania od rzeczywistości sztabu i chyba samozadowolenia było hasło „rozstrzygnijmy wybory w pierwszej turze”. Skutki takiego podejścia były opłakane. Przegrana pierwsza tura i zaangażowanie Kamińskiego wprowadziło kolejna zmianę. Prezydent miał być fighterem. Walczyć w pierwszym szeregu i pokonać Dudę w debatach i na argumenty. I Kamiński świetnie Komorowskiego do tego przygotował. Prezydent dobrze wypadł w tych debatach. Problem w tym że to już trzecia zmiana jego wizerunku w jednej kampanii czego rezultatem była utrata wiarygodności. Paradoksalnie to Duda zajął pozycje które powinien zajmować prezydent, to on był koncyliacyjny, on łączył, a to prezydent krzyczał i dzielił. I to był majstersztyk prowadzącego kampanie PiS – doprowadził do zamiany ról, wiedząc że to na spokojnych kandydatów w tego typu wyborach ludzie wola głosować. PiS wybudował trochę wizerunek swojego kandydata na nijakości. Obiecywał głównie zmianę i bliskość do wyborców. Coś czego Komorowskiemu brakowało a próby nadrabiania kończyły się spektakularnymi porażkami. Jestem fajny, będę fajny i nie jestem prezesem. To wystarczyło, oraz zostawienie wolnego miejsca sztabowi Komorowskiego żeby dalej Kandydata pogrążać, co też ten czynił. Nikt nie pomyślał aby wykorzystać największy atut Komorowskiego, to że był prezydentem. Szereg imprez, uroczystości, zjazdów na których można prezydenta odpowiednio pokazać. Można tego rodzaju eventy stworzyć. Dlaczego prezydenta ze dwa razy nie było na poligonie? Zdjęcie na czołgu łatwiej sprzedać niż mgliste wypowiedzi na temat obronności, szczególnie w dobie kryzysu ukraińskiego. Konsekwentna kampania mogłaby dać te kilka brakujących procent.

Oczywiście nie tylko sama kampania. Prezydent zerwał także za zachowawczą politykę zarówno PO jak i rządu. Stąd taki sukces Kukiza o czym wspominałem wcześniej. Biegunka różnego rodzaju ustaw, które można było stworzyć wcześniej, a jakoś nikomu nie przyszło to do głowy. To powodowało dalsze podważanie wizerunku i wiarygodności prezydenta. Po prostu przestał być dla znacznej części Polaków poważnym człowiekiem, reprezentantem narodu.

PO dziwi się że nie głosowała na Komorowskiego młodzież. Po przemyśleniu, dlaczego miałaby to zrobić? Przez 8 lat rząd PO zrobił niewiele dla tej grupy, a prezydent przez 5 lat jeszcze mniej. Ta młodzież w 2005 roku była w podstawówce lub myślała o szkole średniej. Nie pamięta rządów PiS i atmosfery wtedy panującej. Może to stanowić najwyżej niejasne wspomnienie. Dla nich ważne jest to że wchodzą właśnie w rynek pracy i wygląda na to że będą musieli emigrować, bo o stabilnej pracy w kraju mogą tylko pomarzyć. I kogo za to mają winić? Partię która od 8 lat jest przy władzy, czy też opozycję? Nic dziwnego że winią rządzących. Ci co doświadczyli chaosu rządów PiS nadal głosowali na Komorowskiego. Niestety to już za mało. PO musi wykonać jakiekolwiek ruchy aby próbować walczyć o nowych wyborców, szczególnie że jej obecny elektorat tez nie jest zachwycony postawą rządu. Platforma doprowadziła państwo do jakiego takiego porządku po chaosie jaki wprowadził PiS. Udało się i to wyborcy docenili 4 lata temu przedłużając PO mandat. Niestety nic więcej Platforma nie osiągnęła, podczas gdy oczekiwania jej wyborców nadal były duże. Wystarczy sobie przypomnieć kampanie z 2005 roku i szereg obietnic jakie wtedy PO złożyło. W sumie do tego programu sięga Kukiz, mówiąc „to są wasze słowa, co zostało zrobione?”. I dlatego zdobył część dawnego żelaznego elektoratu Platformy – przedsiębiorców i ludzi z wyższym wykształceniem.


Czy PO zmieni swoje postępowanie? Wątpię, zbyt dużo bezwładu panuje w tej partii. Wbrew pozorom losy kraju leżą w rękach Kukiza. Jeśli już teraz dogada się z PiS, o czym głośno w mediach, przegra wszystko. Odejdzie od niego większość elektoratu „oburzonego” rządami PO i pozwoli tej partii zewrzeć szyki przed zagrożeniem PiS. Pamiętajmy że 40% jego wyborców to dawni wyborcy PO. Jednocześnie ułatwi robotę PiS który prowadząc kampanię pod hasłem Kukiz z nami przejmie młody elektorat, bo w końcu głosowanie na Kukiza to głosowanie na PiS więc czemu nie głosować bezpośrednio? Wtedy jego ugrupowanie zostanie zredukowane do kilku procent marzycieli. Jeśli zdystansuje się od obu partii ma szansę na dalsze budowanie swojego elektoratu i kto wie, może na status jeśli nie trzeciej to może nawet drugiej siły w parlamencie? Według ostatnich sondaży jego ruch traci tylko 1 % do PO. Może naprawdę dużo ugrać poruszając kwestie ekonomiczne i przeciągając sporo elektoratu PO jak i trochę PiS – tego wykształconego i prowadzącego własną działalność. Zobaczymy co zrobi. Naprawdę ma olbrzymią szansę na stworzenie czegoś nowego w polskiej polityce. Czy mu się uda, czy znów zostaniemy sprowadzeni do duopolu PO-PiS?