piątek, 12 czerwca 2015

Na co komu struktury?

Ostatnimi czasy Pan Kukiz zbulwersował naszą scenę polityczną ogłaszając że nie będzie tworzył struktur. Partyjni działacze z prawa i z lewa zapałali świętym oburzeniem. Jak można nie tworzyć struktur? Jak utrzymać w takim razie kontakt z ludem?

Problem w tym ze z tym kontaktem i tymi strukturami nie jest wcale tak różowo. W teorii rozróżnia się partie masowe i kadrowe. Masowe mają zgromadzić jak największa ilość członków – liczba jest siłą. Wszystkie partie w ustrojach totalitarnych mają tendencje do masowości. Każdy kto nie z partią ten przeciwko partii . I mimo pozorów elitarności liczba członków takiego ugrupowania sięga milionów. Z tym ze do kręgu przywódczego dostać się już dużo trudniej – do tzw. kadry. Tam dostęp strzeżony jest już zazdrośnie. Tutaj przechodzimy do partii kadrowych, mniejszych, do których dostęp z zasady nie jest powszechny a nieco utrudniony. W zasadzie wszystkie polskie partie mają charakter kadrowy i, przynajmniej teoretycznie, nikogo z ulicy nie przyjmują.
Jak to wygląda praktycznie? PO ma obecnie nieco ponad 40 tys. członków, PiS ponad 20 tys. Największą polska partia jest PSL który gromadzi ponad 120 tys. członków. Tyle deklaracje partyjne. Czy jest „rząd dusz” twardo stojący za swoim „wodzem”, gotowy walczyć o dobro własnego ugrupowania do ostatniej kropli krwi? No cóż… Jeśli o stopniu zaangażowania ma świadczyć na przykład ilość zbieranych składek, to nie wygląda to tak dobrze. Przyjrzyjmy się liczbom. Składka miesięczna w PO wynosi 5 zł. Zakładając pewną ilość członków honorowych Platforma powinna zbierać około 200 tys. zł składek miesięcznie. I tyle zbiera – problem w tym że rocznie. Oznacza to ze mniej więcej 90 procent członków PO nie jest w stanie poświecić 5 zł miesięcznie (60 rocznie) dla swojej partii? W PiS sprawa ta nie wygląda lepiej. Także tam niemal 90 procent członków nie opłaca składek (z tym że PiS jest bardziej wymagający bo żąda od swoich członków aż 10 zł miesięcznie). Kompletna tragedia za to jest w PSL który ma 3 razy więcej członków niż PO i zbiera 3 razy mniej składek. Oznacza to że realnie największe partie mogą się poszczycić zaangażowanymi kadrami w liczbie około 4 – 5 tys. To są mniej więcej 2 osoby na powiat. W mniejszych partiach wygląda to jeszcze gorzej. Trudno powiedzieć żeby rozbudowanie struktur naszych partii było powalające. Podejrzewam że podobną ilość ludzi zaangażowanych jest w stanie bez trudu pozyskać Kukiz. W tego typu ruchach jest to prostsze. Pomoc nie oznacza jednoznacznej deklaracji, dlatego oficjalny brak struktur ułatwi mu owych struktur budowanie.

Czy tych struktur naprawdę mieć nie będzie? Oczywiście że one powstaną. Będzie je musiał mieć. Wymagania prawne kampanii siła rzeczy wymuszą pewna instytucjonalizację. Po wyborach każdy poseł ruchu Kukiza będzie musiał mieć lokalne biuro a nawet biura, wokół których zaczną gromadzić się współpracownicy – już mamy pierwsze struktury. Czy to przybierze formę kół, stowarzyszeń, klubów – nieważne, struktury i tak powstaną. Czy to w jakiś sposób pomoże Kukizowi albo zaszkodzi? Czy ja wiem. Jak pokazałem powyżej współczesne polskie partie obywają się bez realnych rozbudowanych struktur. To co u nas uchodzi za struktury Kukiz mieć i tak będzie, bo musi, wiec i tak będzie obiektem ataków o zatrudnianie kolesi, oraz o zaprzedanie się systemowi. Miał z systemem walczyć, a włączył się w jego tryby.


Co z kolei prowadzi nas do kolejnego punktu jak finansowanie partii. Czy da się poprowadzić partie za 200 tys. rocznie? Nie da się. Dlatego partie (parlamentarne) dostają na swoją działalność pieniądze z budżetu państwa. PO 17 mln zł, PiS 16 mln. To są już poważne sumy. Co się stanie kiedy finansowanie partii z budżetu zniknie? Będą musiały znaleźć pieniądze gdzie indziej. Kukiz proponuje aby utrzymywały się wyłącznie ze składek. Jak wygląda płacenie owych składek, widzieliśmy. Ale załóżmy że płacą wszyscy wtedy PiS i PO miałyby po ok. 2,5 mln zł na działalność. Lepiej, ale wciąż daleko do obecnych 16 mln.  To oznacza że skądś partie będą musiały brakujące fundusze znaleźć. Najprawdopodobniej będzie to biznes, zarówno krajowy jak i zagraniczny. Wtedy dopiero zacznie się prawdziwy lobbying i tworzenie „ustaw na zamówienie”, bo wraz z likwidacją finansowania partii z budżetu z pewnością znikną ograniczenia co do źródeł finansowania. Mamy więc do wyboru albo będziemy utrzymywać „darmozjadów” sami, z podatków, albo będą utrzymywani przez biznes za co w sumie i tak zapłacimy później też z naszych podatków. Większość krajów na świecie wybrała wariant pierwszy, choć też w większości nie tak hojny jak w Polsce. To znaczy partie dostają pewne sumy na funkcjonowanie z czego są skrupulatnie rozliczane. U nas dostają tych pieniędzy więcej, co prawda też są skrupulatnie rozliczane przez PKW, ale u nas wolno partiom w sposób niemal dowolny te fundusze rozdysponowywać. Więc partia musi w rozliczeniu „ośmiorniczki” wykazać, ale nie ma ograniczeń w owych ośmiorniczek zakupywaniu. W Irlandii np. partie dostają wyłącznie na funkcjonowanie biur i pensje ludzi tam zatrudnionych. Dlatego raczej nie wyzbywałbym się finansowania partii przez budżet ale raczej przyjrzał się jak te pieniądze są wydawane i tu wprowadził dodatkowe regulacje. Czyli niech już się męczą za nasze pieniądze w tej Warszawie, ale nie koniecznie przy przysłowiowych „ośmiorniczkach” i w garniturach po 20 tys. zł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz