niedziela, 26 lipca 2015

Trochę o polityce zagranicznej, czyli o co chodzi Putinowi

Jako że w Polsce niewiele się dzieje, rząd robi cuda aby wydawało się że działa, Kukiz usiłuje się pozbyć wyborców, PiS udaje że jest partią miłości i przyjaźni, a lewica zaraziła się choroba prawicy z końca XX w. i dzieli się na potęgę, dziś napisze parę słów na temat polityki zagranicznej.
Podejścia do polityki zagranicznej są dwa. Pierwsze, rzekłbym romantyczne, które usiłuje tłumaczyć działania państw na scenie międzynarodowej poprzez strefy wpływów, imperialne plany oraz dążenia do podziału świata. Drugie, pragmatyczne, że polityka zagraniczna jest funkcją polityki krajowej, wewnętrznej. Mówiąc wprost, to co robią państwa w polityce międzynarodowej, swoje źródło ma w polityce wewnętrznej i celem nadrzędnym są cele tej właśnie polityki.
USA wycofały się z Wietnamu nie dlatego że zostały militarnie pokonane, tylko na skutek nacisku społeczeństwa amerykańskiego. ZSRR znalazł się w Afganistanie nie w celu realizacji dalekosiężnych imperialnych planów ale jako przypadkowy rezultat walki o władze na szczytach władzy przed i po śmierci Breżniewa. Wycofanie USA z Iraku i Afganistanu powodowane było naciskami społeczeństwa by zakończyć niepopularne wojny, które rozpoczęto też pod naciskiem społecznym po 11 września. Obecna twardsza polityka amerykańska związana jest z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi i z zarzutami jakoby Obama nie radził sobie na tym polu i osłabiał pozycje USA. Jak widać niemal wszystko co dzieje się na scenie międzynarodowej związane jest z sytuacją wewnętrzną państw zaangażowanych. Można powiedzieć że mówiliśmy w większości o demokracjach które muszą się liczyć z opinia publiczną. Kraje autorytarne i dyktatury powinny mieć wolna rękę w polityce zagranicznej kontrolując ściśle społeczeństwo. Powinny, ale nie mają. Bardzo często w aktywnej polityce zagranicznej szukają możliwości odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych. I tak na przykład Argentyna zaatakowała Falklandy, by odwrócić uwagę społeczną od kryzysu. Podobnie Saddam Hussein napadł na Iran a potem na Kuwejt by uspokoić sytuacje wewnętrzną. W pierwszym przypadku chodziło mu o zjednoczenie społeczeństwa wokół niego i jego partii. Z kolei napaść na Kuwejt miała rozwiązać problemy gospodarcze Iraku po wojnie z Iranem. Podobnie główne cele polityki Hitlera związane były z sytuacja wewnętrzna Niemiec a podboje były jej rezultatem. Wojna była jedynym możliwym rozwiązaniem, inaczej funkcjonujące na stopie gospodarki wojennej i na kredyt Niemcy musiałyby upaść. Z kolei budowa gospodarki wojennej była próbą wyciągnięcia kraju z kryzysu. Nawet dyktator musi liczyć się z opinia społeczną jeśli chce pozostać dyktatorem

Wiedząc to wszystko przyjrzyjmy się obecnej polityce Rosji. Wiele się mówi o niej zarzucając rządzącym, a w szczególności Putinowi, szaleństwo i nieobliczalność. Spoglądając natomiast z punktu widzenia Rosji, decyzje władz na Kremlu zaczynają być logiczne. Niestety biorąc pod uwagę ich logikę, rysuje się naprawdę nieciekawa przyszłość.

Mimo szybujących w górę cen ropy naftowej, Rosja w 2013 roku znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Prezydent Putin musiał spełnić obietnice wyborcze, podwyższając emerytury i płace minimalną, powiększając armię. To kosztuje, Jednak spokój społeczny jest znacznie cenniejszy dla władz. I mimo rekordowych przychodów ze sprzedaży surowców okazało się że w budżecie na 2014 konieczne są cięcia. Mimo uspokojenia sytuacji po wyborach można liczyć na kolejne protesty wskutek pogarszania się sytuacji ekonomicznej w 2014 . Kolejne bo wybór na prezydenta Putina nie przeszedł bezboleśnie. Co rzadkie w Rosji, mieliśmy do czynienia z dość sporym oddolnym ruchem protestu. Nie był to ruch ogólnorosyjski, ale widoczny i nie dający się łatwo pominąć. Dlatego władze rosyjskie dążyły do uspokojenia zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego, w tzw. bliskiej zagranicy. Stąd niemiła niespodzianką był dla Moskwy Majdan. Ukraina była uważana za będącą pod kontrolą, zapominając że opozycja na Ukrainie mimo że podzielona był silna. W zasadzie podczas całych swoich rządów Juszczenko nie miał komfortu samodzielnego rządzenia, ale wykorzystywał zręcznie rozbicie obozu opozycji. Wydarzenia na Ukrainie zostały przyjęte przez Moskwę z irytacją i od początku mocno naciskała na prezydenta Juszczenkę na szybkie rozprawienie się z protestantami. Juszczenko miał świadomość swojego delikatnego położenia i nie był przekonany o lojalności swoich służby siłowych. Służb które na polecenie Moskwy od kilku lat demontował. Nie będę wdawał się w opis starć, ale też nie jestem przekonany że wina leży wyłącznie po stronie służb bezpieczeństwa i Berkutu. Zbyt wiele jest niejasności które należy jeszcze wyjaśnić, a rola Prawego Sektora jest raczej niejednoznaczna. Juszczenko ucieka z kraju – opozycja przejmuje władze, ku rosnącej irytacji Kremla.

Po pierwsze Rosja traci satelitę, miejsce gdzie mogła dalej rozbudowywać swoje wpływy polityczne i co ważniejsze ekonomiczne. Nie zapominajmy ze oba kraje są bardzo mocno związane ekonomicznie. Jednak taki bieg wypadków, zwłaszcza jak wtedy to przedstawiano, skuteczność polityki zachodu i nieskuteczność Moskwy, mocno nadszarpnęła autorytet Putina. Pierwszym działaniem było nakręceni machiny propagandowej i przedstawienie wydarzeń na majdanie jako „faszystowskiego puczu” a władz w Kijowie jako „brunatnej junty”. Oczywiście była to gruba przesada, ale znów uczestnictwo we władzach ludzi Prawego Sektora dawało Moskwie wolna ręke i możliwość przedstawiania rzeczywistości w dowolnie wybrany sposób. Nie zapominajmy że Prawy Sektor jest koalicja kilku skrajnie prawicowych ugrupowań, można określić niektóre z nich jako faszyzujące, ale którego poparcie w społeczeństwie ukraińskim nie przekracza kilku procent. Oczywiści na majdanie zdobyli szacunek, dzięki swojemu poświeceniu, ale nie na tyle duży aby skłonić ludzi do głosowania na nich. Jednak wzbudzona niechęć do władz w Kijowie wystarczyła aby wzbudzić niezadowolenie wśród mieszkańców Krymu. Czy było to zachowanie naturalne czy inspirowane przez Moskwę? Uważam że początkowo było to naprawdę działanie miejscowej ludności, dopiero w późniejszym etapie wmieszała się w to Rosja. Większość mieszkańców Krymu uważa się za Rosjan. Znaczna część z nich to byli żołnierze armii rosyjskiej którzy osiedli tam po zakończeniu służby, lub ich rodziny, tak że początkowo władze w Kijowie także traktowały ten protest jako prawdziwy. I tutaj zdecydowała się interweniować Moskwa i spróbować co najmniej zdestabilizować Ukrainę a najlepiej oderwać od niej Krym, który był i jest ważną bazą dla rosyjskiej floty. Okazało się że „zielone ludziki” sprawdziły się znakomicie i Krym w zasadzie bezproblemowo i bez oporu władz w Kijowie udało się zając a potem anektować. Oczywiście świat tej aneksji nie uznał, ale w oczach rosyjskiej opinii publicznej prezydent Putin wyszedł jako polityk sprytny i skuteczny. Casus wcześniej oddzielonego od Serbii Kosowa był wygodny i wiarygodny. Nawet sankcje, które początkowo nie były zbyt uciążliwe, można było sprzedać jako spisek świata przeciw skrzywdzonej Rosji, dalej budując obraz Putina jako męża opatrznościowego i skupiając wokół niego społeczeństwo rosyjskie.
Jak wyszło z Krymem to może uda się z Donieckiem? Początkowo wszystko tak wyglądało. Jednak Donieck to nie Krym. Znacznie większy, mniej jednorodny. Co prawda większość społeczności lokalnej sympatyzowała z Rosją i nie przepadała za władzami w Kijowie, jednak miedzy brakiem sympatii a otwartym sprzeciwem czy nawet buntem - droga daleka. Taktyki Zielonych ludzików trudno było użyć ze względu na rozległość terenu i trudności taktyczne. Zdecydowano się oprzeć na siłach „lokalnych” wspieranych „ochotnikami”. Jednak okazało się że siły lokalne są dość słabe i raczej nie ma tłumu ochotników. Na szczęście dla separatystów zdemontowana armia Ukrainy okazała się całkowicie nieskuteczna. Dopiero pod koniec lata wysiłki zbrojne Ukraińców zaczęły dawać wyniki, a „Buriaci” jak pogardliwie separatystów nazywali żołnierze rosyjscy, rozpaczliwie nieskuteczni.

I właśnie w lecie 2014 Putin stanął przed dylematem, co dalej? Sankcje okazały się być uciążliwe, obniżka cen ropy katastrofalna, Krym koszmarnie drogi w utrzymaniu, a separatyści w Doniecku nieskuteczni. Podsyłanie pojedynczych czołgów czy też niewielkich grup ochotników alb wsparcie artyleryjskie w pobliżu granic było niewystarczające. Zwycięstwo rządu w Kijowie oznaczałoby  mocne wsparcie dla aktualnych władz i jednocześnie utratę prestiżu przez Moskwę. Można by przypuszczać że Putin utraciłby to co zyskał zajmując Krym. W końcu sam stał się ofiarą kampanii w której konflikt w Donbasie przedstawił jako „prześladowanie Rosjan przez ukraińskich faszystów”. I jak tu braciom Rosjanom nie pomóc? I dlatego armia rosyjska interweniowała w Donbasie i nadal tam pozostaje. Oczywiście w charakterze „zielonych ludzików”. Nawet kilka rosyjskich batalionów wystarczyło by rozbić zdezorganizowaną armie ukraińską. No i co dalej? Dlaczego sytuacja utknęła w martwym punkcie?
Po pierwsze Rosja nie może pozwolić wygrać Ukraińcom, tzn. Donbas musi mieć jakąś formę autonomii. Po drugie Rosja nie chce Donbasu. Chce aby za obwody Ługański i Doniecki odpowiadała Ukraina. Dlaczego? Ponieważ utrzymanie Krymu okazało się koszmarnie drogie. Na przejęcie kilkumilionowego i do tego zrujnowanego Donbasu Rosji nie stać. Dlatego plan pokojowy Rosji jest prosty: Ukraina bierze na utrzymanie Donieck i Ługańsk, ale zarządzać w nim będzie Moskwa. Nic dziwnego że Kijów nie pali się do tego typu porozumienia. De facto porozumienie Mińskie wychodzi naprzeciw planom Putina, ale Ukraina nie jest skora do jego realizacji.. Zresztą „równanie frontu” przez separatystów zaraz po podpisaniu porozumień dało wygodny pretekst do spowolnienia wprowadzania porozumienia w życie stronie ukraińskiej. Ukraińcy zresztą upierają się przy tym ze chcą mieć wpływ na co pieniądze w obwodach będą wydawane, podczas gdy separatyści nawet nie chcą rozmawiać na ten temat. Dodatkowo sami „Buriaci” okazali się dla Moskwy dość kłopotliwi i krnąbrni, działając często samowolnie.
Sytuacja gospodarcza Rosji nadal się pogarsza. Społeczeństwo na razie ze zrozumieniem ponosi wyrzeczenia ale jak długo? Dlatego stan zawieszenia okazuje się być korzystny. Nie wiadomo kiedy znów przyda się wojna aby spacyfikować nastroje w kraju. Kontrakty chińskie sa dalekim mirażem, a nawet jeśli wejdą do realizacji to potrwa to  lata. Szczególnie że Chińczycy podchodzą do sprawy bardzo pragmatycznie i wygląda na to ze kontrakty gazowe dostana nie Rosjanie a Australijczycy, bo sa po prostu tańsi. Podobnie nawet po zniesieniu sankcji, napływ kapitału z zachodu i „know how” do przemysłu naftowego to wizja raczej lat niż miesięcy, więc jako ze nie przyniesie to natychmiastowego skutku, Kreml przestał być zainteresowany w zniesieniu sankcji. Wystarcza mu budowanie efektu „oblężonej twierdzy” – Rosji otoczonej przez wrogów i nakręcanie spirali strachu. Jest to pożyteczniejsze dla obecnych władz niż zniesienie sankcji. Gromadzi społeczeństwo wokół przywódcy.

Taki stan nie może trwać wiecznie. Sytuacja gospodarcza Rosji będzie się pogarszać. Już teraz Kreml usiłuje szukać oszczędności tam gdzie było to wcześniej nie do pomyślenia – w resortach siłowych – na początek redukując liczbę policjantów o 100 tys. To nie wystarczy na długo. Krym ciąży. Zaopatrzenie półwyspu jest koszmarem, a most przez cieśninę kerczeńską powstanie w perspektywie lat. Jeśli ceny ropy jakoś radykalnie nie pójdą w górę, a po podpisaniu porozumienia z Iranem raczej nie wchodzi to w grę, cena będzie spadać jeszcze bardziej, Rosja stanie przed ważnymi decyzjami. Jelcyn oszczędzał na resortach siłowych, Putin który opiera swą pozycje na sile raczej zbyt wielu oszczędności tam nie znajdzie, wiec będzie trzeba szukać ich gdzie indziej. Co zrobić żeby społeczeństwo to zaakceptowało? Dać im temat zastępczy – wojnę. Dlatego uważam że wojna na Ukrainie przejdzie w stan gorący w przyszłym roku – raczej na wiosnę, bo łatwiej prowadzić działania wojenne, choć decydować o tym będzie sytuacja wewnętrzna w samej Rosji. Przez najbliższe miesiące możemy liczyć na dalszą destabilizację Ukrainy. Będą zamachy terrorystyczne, kłótnie wśród oligarchów, lokalne wystąpienia ludności. Mniej lub bardziej wszystko inspirowane przez Moskwę aby uzasadnić interwencję i wprowadzenie porządku „w państwie upadłym” jakim według rosyjskiej propagandy stanie się Ukraina. Jeśli Kijów będzie sprawnie radził sobie z tego typu zagrożeniami, to najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z dużym zamachem terrorystycznym którego celem będą obywatele i żołnierze rosyjscy (pewnie na Krymie) którego organizatorem „okaże się” ukraińskie SBU – wszystko aby uzasadnić interwencję na Ukrainie przed własnymi obywatelami. Opinia publiczna na tym etapie Moskwy nie interesuje. Obecnie są pewni że nikt za Kijów nie będzie umierał. Celem operacji będzie zajęcie Ukrainy i osadzenie tam z powrotem przychylnych Moskwie władz.  Nowe władze zatwierdzą przekazanie Krymu i może jakieś inne korekty terytorialne. Ukraina pozostanie przynajmniej formalnie niezależna. Rosji zależy aby ktoś wziął odpowiedzialność za cały bałagan który zorganizują. To czy Ukraina będzie stabilna, czy nie Moskwy nie obchodzi. Jeśli jakieś, „zapewne faszystowskie” powstanie obali nowe władze, to się je znów przywróci. Dodatkowo zajęcie Ukrainy może oznaczać łupy które na chwile podratują budżet, a co najważniejsze, zwycięska wojna umocni Putina u władzy. A najśmieszniejsze że z cała pewnością i Ługańsk i Donieck pozostaną częścią Ukrainy. Na co Rosji dwie zrujnowane prowincje?

Pytanie czy Rosja wykorzysta Zielone Ludziki przeciw krajom NATO czy UE? Trudno powiedzieć, ale według mnie nie. Takie działania na Łotwie czy Estonii mogą wyglądać dla Moskwy kusząco, ale reakcja NATO jest nieobliczalna. Nikt nie wie, nawet samo NATO jak zareaguje.  Raczej miedzy bajki można włożyć zaangażowanie całego sojuszu, ale kilka państw może być dość zdeterminowanych i pomóc bałtom. Dla Moskwy najbardziej niepokojące jest to że wśród tych państw mogą być USA. Prezydent Obama który był postrzegany przez Kreml jako słaby, ostatnio mocno zaostrzył retorykę i także rozpoczął realne działania co mocno Putina zaskoczyło. Na razie działa to na korzyść prezydenta Rosji ponieważ może wszystko zrzucać na „amerykański spisek”, ale długofalowo ostry konflikt z USA raczej by Rosji zaszkodził.


Mimo wszystko musimy się przygotować na ostrą eskalację konfliktu na Ukrainie. Zawirowania wewnętrzne zakończone inwazją. Skutki tego na pewno będą nas dotyczyć. Po pierwsze liczne fale uchodźców, po drugie uzbrojone bandy przechodzące przez granice, czy to rabować czy to walczyć z okupacją rosyjską. Dodatkowo trzeba będzie pomyśleć o polskiej mniejszości. Ponadto pomyśleć o stosunku naszego kraju do sytuacji geopolitycznej jaka zaistnieje po rosyjskiej interwencji. Czy będzie nowa „posłuszna” Ukraina, czy też powstanie szereg „niepodległych” państw. Przed ostatnia opcja coraz częściej „ostrzegają” rosyjscy politycy, co oznacza ze biorą ją pod uwagę. Mam nadzieję że nasze nowe władze które wyłonią się w jesiennych wyborach zareagują na konflikt odpowiednio. Należy przy tym pamiętać że efekt „wojny Ukraińskiej” zostanie dość szybko zatarty i władze kremlowskie będą musiały szukać nowego konfliktu by skupić społeczeństwo na zagrożeniu zewnętrznym, bo sytuacja gospodarcza będzie się stale pogarszać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz