Jako że w Polsce niewiele się dzieje, rząd robi cuda aby
wydawało się że działa, Kukiz usiłuje się pozbyć wyborców, PiS udaje że jest
partią miłości i przyjaźni, a lewica zaraziła się choroba prawicy z końca XX w.
i dzieli się na potęgę, dziś napisze parę słów na temat polityki zagranicznej.
Podejścia do polityki zagranicznej są dwa. Pierwsze,
rzekłbym romantyczne, które usiłuje tłumaczyć działania państw na scenie
międzynarodowej poprzez strefy wpływów, imperialne plany oraz dążenia do
podziału świata. Drugie, pragmatyczne, że polityka zagraniczna jest funkcją
polityki krajowej, wewnętrznej. Mówiąc wprost, to co robią państwa w polityce
międzynarodowej, swoje źródło ma w polityce wewnętrznej i celem nadrzędnym są
cele tej właśnie polityki.
USA wycofały się z Wietnamu nie dlatego że zostały
militarnie pokonane, tylko na skutek nacisku społeczeństwa amerykańskiego. ZSRR
znalazł się w Afganistanie nie w celu realizacji dalekosiężnych imperialnych planów
ale jako przypadkowy rezultat walki o władze na szczytach władzy przed i po
śmierci Breżniewa. Wycofanie USA z Iraku i
Afganistanu powodowane było naciskami społeczeństwa by zakończyć niepopularne
wojny, które rozpoczęto też pod naciskiem społecznym po 11 września. Obecna twardsza
polityka amerykańska związana jest z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi i z
zarzutami jakoby Obama nie radził sobie na tym polu i osłabiał pozycje USA. Jak
widać niemal wszystko co dzieje się na scenie międzynarodowej związane jest z
sytuacją wewnętrzną państw zaangażowanych. Można powiedzieć że mówiliśmy w większości o demokracjach które muszą się liczyć z opinia publiczną. Kraje autorytarne i
dyktatury powinny mieć wolna rękę w polityce zagranicznej kontrolując ściśle
społeczeństwo. Powinny, ale nie mają. Bardzo często w aktywnej polityce
zagranicznej szukają możliwości odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych. I
tak na przykład Argentyna zaatakowała Falklandy, by odwrócić uwagę społeczną od
kryzysu. Podobnie Saddam Hussein napadł na Iran a potem na Kuwejt by uspokoić
sytuacje wewnętrzną. W pierwszym przypadku chodziło mu o zjednoczenie
społeczeństwa wokół niego i jego partii. Z kolei napaść na Kuwejt miała
rozwiązać problemy gospodarcze Iraku po wojnie z Iranem. Podobnie główne cele
polityki Hitlera związane były z sytuacja wewnętrzna Niemiec a podboje były jej
rezultatem. Wojna była jedynym możliwym rozwiązaniem, inaczej funkcjonujące na
stopie gospodarki wojennej i na kredyt Niemcy musiałyby upaść. Z kolei budowa
gospodarki wojennej była próbą wyciągnięcia kraju z kryzysu. Nawet dyktator
musi liczyć się z opinia społeczną jeśli chce pozostać dyktatorem
Wiedząc to wszystko przyjrzyjmy się obecnej polityce Rosji.
Wiele się mówi o niej zarzucając rządzącym, a w szczególności Putinowi,
szaleństwo i nieobliczalność. Spoglądając natomiast z punktu widzenia Rosji,
decyzje władz na Kremlu zaczynają być logiczne. Niestety biorąc pod uwagę ich
logikę, rysuje się naprawdę nieciekawa przyszłość.
Mimo szybujących w górę cen ropy naftowej, Rosja w 2013 roku
znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Prezydent Putin musiał spełnić
obietnice wyborcze, podwyższając emerytury i płace minimalną, powiększając
armię. To kosztuje, Jednak spokój społeczny jest znacznie cenniejszy dla władz.
I mimo rekordowych przychodów ze sprzedaży surowców okazało się że w budżecie
na 2014 konieczne są cięcia. Mimo uspokojenia sytuacji po wyborach można liczyć
na kolejne protesty wskutek pogarszania się sytuacji ekonomicznej w 2014 .
Kolejne bo wybór na prezydenta Putina nie przeszedł bezboleśnie. Co rzadkie w
Rosji, mieliśmy do czynienia z dość sporym oddolnym ruchem protestu. Nie był to
ruch ogólnorosyjski, ale widoczny i nie dający się łatwo pominąć. Dlatego
władze rosyjskie dążyły do uspokojenia zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego,
w tzw. bliskiej zagranicy. Stąd niemiła niespodzianką był dla Moskwy Majdan.
Ukraina była uważana za będącą pod kontrolą, zapominając że opozycja na
Ukrainie mimo że podzielona był silna. W zasadzie podczas całych swoich rządów
Juszczenko nie miał komfortu samodzielnego rządzenia, ale wykorzystywał
zręcznie rozbicie obozu opozycji. Wydarzenia na Ukrainie zostały przyjęte przez
Moskwę z irytacją i od początku mocno naciskała na prezydenta Juszczenkę na
szybkie rozprawienie się z protestantami. Juszczenko miał świadomość swojego
delikatnego położenia i nie był przekonany o lojalności swoich służby siłowych.
Służb które na polecenie Moskwy od kilku lat demontował. Nie będę wdawał się w
opis starć, ale też nie jestem przekonany że wina leży wyłącznie po stronie
służb bezpieczeństwa i Berkutu. Zbyt wiele jest niejasności które należy
jeszcze wyjaśnić, a rola Prawego Sektora jest raczej niejednoznaczna.
Juszczenko ucieka z kraju – opozycja przejmuje władze, ku rosnącej irytacji
Kremla.
Po pierwsze Rosja traci satelitę, miejsce gdzie mogła dalej
rozbudowywać swoje wpływy polityczne i co ważniejsze ekonomiczne. Nie
zapominajmy ze oba kraje są bardzo mocno związane ekonomicznie. Jednak taki
bieg wypadków, zwłaszcza jak wtedy to przedstawiano, skuteczność polityki zachodu i
nieskuteczność Moskwy, mocno nadszarpnęła autorytet Putina. Pierwszym działaniem było nakręceni machiny propagandowej i przedstawienie wydarzeń na
majdanie jako „faszystowskiego puczu” a władz w Kijowie jako „brunatnej junty”.
Oczywiście była to gruba przesada, ale znów uczestnictwo we władzach ludzi
Prawego Sektora dawało Moskwie wolna ręke i możliwość przedstawiania
rzeczywistości w dowolnie wybrany sposób. Nie zapominajmy że Prawy Sektor jest
koalicja kilku skrajnie prawicowych ugrupowań, można określić niektóre z nich
jako faszyzujące, ale którego poparcie w społeczeństwie ukraińskim nie
przekracza kilku procent. Oczywiści na majdanie zdobyli szacunek, dzięki
swojemu poświeceniu, ale nie na tyle duży aby skłonić ludzi do głosowania na
nich. Jednak wzbudzona niechęć do władz w Kijowie wystarczyła aby wzbudzić
niezadowolenie wśród mieszkańców Krymu. Czy było to zachowanie naturalne czy
inspirowane przez Moskwę? Uważam że początkowo było to naprawdę działanie
miejscowej ludności, dopiero w późniejszym etapie wmieszała się w to Rosja.
Większość mieszkańców Krymu uważa się za Rosjan. Znaczna część z nich to byli żołnierze armii rosyjskiej którzy osiedli tam po zakończeniu służby, lub ich
rodziny, tak że początkowo władze w Kijowie także traktowały ten protest jako
prawdziwy. I tutaj zdecydowała się interweniować Moskwa i spróbować co najmniej
zdestabilizować Ukrainę a najlepiej oderwać od niej Krym, który był i jest
ważną bazą dla rosyjskiej floty. Okazało się że „zielone ludziki” sprawdziły
się znakomicie i Krym w zasadzie bezproblemowo i bez oporu władz w Kijowie
udało się zając a potem anektować. Oczywiście świat tej aneksji nie uznał, ale
w oczach rosyjskiej opinii publicznej prezydent Putin wyszedł jako polityk
sprytny i skuteczny. Casus wcześniej oddzielonego od Serbii Kosowa był wygodny
i wiarygodny. Nawet sankcje, które początkowo nie były zbyt uciążliwe, można
było sprzedać jako spisek świata przeciw skrzywdzonej Rosji, dalej budując
obraz Putina jako męża opatrznościowego i skupiając wokół niego społeczeństwo
rosyjskie.
Jak wyszło z Krymem to może uda się z Donieckiem? Początkowo
wszystko tak wyglądało. Jednak Donieck to nie Krym. Znacznie większy, mniej
jednorodny. Co prawda większość społeczności lokalnej sympatyzowała z Rosją i
nie przepadała za władzami w Kijowie, jednak miedzy brakiem sympatii a otwartym
sprzeciwem czy nawet buntem - droga daleka. Taktyki Zielonych ludzików trudno
było użyć ze względu na rozległość terenu i trudności taktyczne. Zdecydowano
się oprzeć na siłach „lokalnych” wspieranych „ochotnikami”. Jednak okazało się
że siły lokalne są dość słabe i raczej nie ma tłumu ochotników. Na szczęście
dla separatystów zdemontowana armia Ukrainy okazała się całkowicie
nieskuteczna. Dopiero pod koniec lata wysiłki zbrojne Ukraińców zaczęły dawać
wyniki, a „Buriaci” jak pogardliwie separatystów nazywali żołnierze rosyjscy,
rozpaczliwie nieskuteczni.
I właśnie w lecie 2014 Putin stanął przed dylematem, co
dalej? Sankcje okazały się być uciążliwe, obniżka cen ropy katastrofalna, Krym
koszmarnie drogi w utrzymaniu, a separatyści w Doniecku nieskuteczni.
Podsyłanie pojedynczych czołgów czy też niewielkich grup ochotników alb wsparcie artyleryjskie w pobliżu granic było niewystarczające. Zwycięstwo rządu
w Kijowie oznaczałoby mocne wsparcie dla
aktualnych władz i jednocześnie utratę prestiżu przez Moskwę. Można by
przypuszczać że Putin utraciłby to co zyskał zajmując Krym. W końcu sam stał
się ofiarą kampanii w której konflikt w Donbasie przedstawił jako
„prześladowanie Rosjan przez ukraińskich faszystów”. I jak tu braciom Rosjanom
nie pomóc? I dlatego armia rosyjska interweniowała w Donbasie i nadal tam
pozostaje. Oczywiście w charakterze „zielonych ludzików”. Nawet kilka
rosyjskich batalionów wystarczyło by rozbić zdezorganizowaną armie ukraińską.
No i co dalej? Dlaczego sytuacja utknęła w martwym punkcie?
Po pierwsze Rosja nie może pozwolić wygrać Ukraińcom, tzn. Donbas
musi mieć jakąś formę autonomii. Po drugie Rosja nie chce Donbasu. Chce aby za
obwody Ługański i Doniecki odpowiadała Ukraina. Dlaczego? Ponieważ utrzymanie
Krymu okazało się koszmarnie drogie. Na przejęcie kilkumilionowego i do tego
zrujnowanego Donbasu Rosji nie stać. Dlatego plan pokojowy Rosji jest prosty:
Ukraina bierze na utrzymanie Donieck i Ługańsk, ale zarządzać w nim będzie
Moskwa. Nic dziwnego że Kijów nie pali się do tego typu porozumienia. De facto
porozumienie Mińskie wychodzi naprzeciw planom Putina, ale Ukraina nie jest
skora do jego realizacji.. Zresztą „równanie frontu” przez separatystów
zaraz po podpisaniu porozumień dało wygodny pretekst do spowolnienia
wprowadzania porozumienia w życie stronie ukraińskiej. Ukraińcy zresztą
upierają się przy tym ze chcą mieć wpływ na co pieniądze w obwodach będą
wydawane, podczas gdy separatyści nawet nie chcą rozmawiać na ten temat. Dodatkowo
sami „Buriaci” okazali się dla Moskwy dość kłopotliwi i krnąbrni, działając
często samowolnie.
Sytuacja gospodarcza Rosji nadal się pogarsza. Społeczeństwo
na razie ze zrozumieniem ponosi wyrzeczenia ale jak długo? Dlatego stan
zawieszenia okazuje się być korzystny. Nie wiadomo kiedy znów przyda się wojna
aby spacyfikować nastroje w kraju. Kontrakty chińskie sa dalekim mirażem, a
nawet jeśli wejdą do realizacji to potrwa to lata. Szczególnie że Chińczycy podchodzą do
sprawy bardzo pragmatycznie i wygląda na to ze kontrakty gazowe dostana nie Rosjanie
a Australijczycy, bo sa po prostu tańsi. Podobnie nawet po zniesieniu sankcji,
napływ kapitału z zachodu i „know how” do przemysłu naftowego to wizja raczej
lat niż miesięcy, więc jako ze nie przyniesie to natychmiastowego skutku, Kreml
przestał być zainteresowany w zniesieniu sankcji. Wystarcza mu budowanie efektu
„oblężonej twierdzy” – Rosji otoczonej przez wrogów i nakręcanie spirali
strachu. Jest to pożyteczniejsze dla obecnych władz niż zniesienie sankcji.
Gromadzi społeczeństwo wokół przywódcy.
Taki stan nie może trwać wiecznie. Sytuacja gospodarcza
Rosji będzie się pogarszać. Już teraz Kreml usiłuje szukać oszczędności tam
gdzie było to wcześniej nie do pomyślenia – w resortach siłowych – na początek
redukując liczbę policjantów o 100 tys. To nie wystarczy na długo. Krym ciąży.
Zaopatrzenie półwyspu jest koszmarem, a most przez cieśninę kerczeńską powstanie
w perspektywie lat. Jeśli ceny ropy jakoś radykalnie nie pójdą w górę, a po
podpisaniu porozumienia z Iranem raczej nie wchodzi to w grę, cena
będzie spadać jeszcze bardziej, Rosja stanie przed ważnymi decyzjami. Jelcyn
oszczędzał na resortach siłowych, Putin który opiera swą pozycje na sile raczej
zbyt wielu oszczędności tam nie znajdzie, wiec będzie trzeba szukać ich gdzie
indziej. Co zrobić żeby społeczeństwo to zaakceptowało? Dać im temat zastępczy
– wojnę. Dlatego uważam że wojna na Ukrainie przejdzie w stan gorący w
przyszłym roku – raczej na wiosnę, bo łatwiej prowadzić działania wojenne, choć
decydować o tym będzie sytuacja wewnętrzna w samej Rosji. Przez najbliższe
miesiące możemy liczyć na dalszą destabilizację Ukrainy. Będą zamachy terrorystyczne,
kłótnie wśród oligarchów, lokalne wystąpienia ludności. Mniej lub bardziej
wszystko inspirowane przez Moskwę aby uzasadnić interwencję i wprowadzenie
porządku „w państwie upadłym” jakim według rosyjskiej propagandy stanie się
Ukraina. Jeśli Kijów będzie sprawnie radził sobie z tego typu zagrożeniami, to
najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z dużym zamachem terrorystycznym
którego celem będą obywatele i żołnierze rosyjscy (pewnie na Krymie) którego
organizatorem „okaże się” ukraińskie SBU – wszystko aby uzasadnić interwencję
na Ukrainie przed własnymi obywatelami. Opinia publiczna na tym etapie Moskwy
nie interesuje. Obecnie są pewni że nikt za Kijów nie będzie umierał.
Celem operacji będzie zajęcie Ukrainy i osadzenie tam z powrotem przychylnych
Moskwie władz. Nowe władze zatwierdzą przekazanie Krymu i może jakieś inne korekty terytorialne. Ukraina pozostanie
przynajmniej formalnie niezależna. Rosji zależy aby ktoś wziął odpowiedzialność
za cały bałagan który zorganizują. To czy Ukraina będzie stabilna, czy nie
Moskwy nie obchodzi. Jeśli jakieś, „zapewne faszystowskie” powstanie obali nowe
władze, to się je znów przywróci. Dodatkowo zajęcie Ukrainy może oznaczać łupy
które na chwile podratują budżet, a co najważniejsze, zwycięska wojna umocni
Putina u władzy. A najśmieszniejsze że z cała pewnością i Ługańsk i Donieck
pozostaną częścią Ukrainy. Na co Rosji dwie zrujnowane prowincje?
Pytanie czy Rosja wykorzysta Zielone Ludziki przeciw krajom
NATO czy UE? Trudno powiedzieć, ale według mnie nie. Takie działania na Łotwie
czy Estonii mogą wyglądać dla Moskwy kusząco, ale reakcja NATO jest
nieobliczalna. Nikt nie wie, nawet samo NATO jak zareaguje. Raczej miedzy bajki można włożyć
zaangażowanie całego sojuszu, ale kilka państw może być dość zdeterminowanych i
pomóc bałtom. Dla Moskwy najbardziej niepokojące jest to że wśród tych państw
mogą być USA. Prezydent Obama który był postrzegany przez Kreml jako słaby,
ostatnio mocno zaostrzył retorykę i także rozpoczął realne działania co mocno
Putina zaskoczyło. Na razie działa to na korzyść prezydenta Rosji ponieważ może
wszystko zrzucać na „amerykański spisek”, ale długofalowo ostry konflikt z USA
raczej by Rosji zaszkodził.
Mimo wszystko musimy się przygotować na ostrą eskalację
konfliktu na Ukrainie. Zawirowania wewnętrzne zakończone inwazją. Skutki tego
na pewno będą nas dotyczyć. Po pierwsze liczne fale uchodźców, po drugie
uzbrojone bandy przechodzące przez granice, czy to rabować czy to walczyć z
okupacją rosyjską. Dodatkowo trzeba będzie pomyśleć o polskiej mniejszości.
Ponadto pomyśleć o stosunku naszego kraju do sytuacji geopolitycznej jaka
zaistnieje po rosyjskiej interwencji. Czy będzie nowa „posłuszna” Ukraina, czy
też powstanie szereg „niepodległych” państw. Przed ostatnia opcja coraz
częściej „ostrzegają” rosyjscy politycy, co oznacza ze biorą ją pod uwagę. Mam
nadzieję że nasze nowe władze które wyłonią się w jesiennych wyborach zareagują
na konflikt odpowiednio. Należy przy tym pamiętać że efekt „wojny Ukraińskiej”
zostanie dość szybko zatarty i władze kremlowskie będą musiały szukać nowego
konfliktu by skupić społeczeństwo na zagrożeniu zewnętrznym, bo sytuacja
gospodarcza będzie się stale pogarszać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz