No i mamy juz po rekonstrukcji. Jest kilka niespodzianek. Dla mnie dwie. Po pierwsze rezygnacja/odwołanie Rostowskiego. Pozycja byłego już wicepremiera wydawała się niezagrożona, mimo fatalnych sondaży i tego że minister był po prostu nielubiany. Na pewno znajdzie to odbicie w notowaniach rządu, choć nie podejrzewam żeby aż takie na jakie liczy premier.
Druga niespodzianka, dla mnie osobiście dość przyjemna, że na 7 nominacji ministerialnych, tylko jedna, a w zasadzie dwie (Biernat i Kluzik Rostkowska) to nominacje polityczne - ludzi wg klucza partyjnego. Reszta ministrów to technokraci - specjaliści którzy znają sie na tym co robią. Do tej grupy także można zaliczyć posła Trzaskowskiego, bo na IT wydaje się znać, choć nie jestem pewien jak sobie poradzi z administracją. Też nie do końca jestem czy specjalista od finansów będzie dobrym ministrem środowiska. Na pewno będzie dobrym ministrem, bo praktykę urzędniczą ma sporą.
Nowy minister finansów jest dla mnie tajemnicą. Jednak to co podnoszą media, to ze pochodzi z duzej instytucji finansowej, ma być wadą uważam za dość solidny idiotyzm. Każdy zarządzający finansami amerykańskimi od lat pochodzi z któregoś z dużych banków, i całkiem nieźle radzą sobie. Jestem pewien ze ING stanowiska głównego ekonomisty nie daje byle komu i dlatego jestem dość spokojny o umiejętności ministra Szczurka. Co do samej jego polityki , był bym raczej zaskoczony, gdyby kontynuował w całej rozciągłości politykę Rostowskiego. Co do OFE zapewne w krótkim terminie nic się nie zmieni. Rząd po prostu nie ma wyjścia. Jednak w dłuższej perspektywie wydaje mi się że minister raczej będzie działał na rzecz racjonalizacji i wzmocnienia OFE.
Na pewno świetnym posunięciem było mianowanie minister Bieńkowskiej na ministra transportu i wicepremiera. Jeśli poradzi sobie tak w ministerstwie Rozwoju regionalnego, to Sławomir Nowak raczej nie będzie miał do czego wracać i po co wracać, a nie wątpię że poradzi sobie znakomicie.
Prasa nawet mówi o niej "następca Tuska". Czy naprawdę byłoby to możliwe? Sama siebie określa jako technokratę, stroniła dotąd od polityki, trzymając się z dala od struktur PO. Bez wsparcia politycznego, byłoby trudno zostac premierem, choć mielismy juz prezesów rady ministrów technokratów - nie szukając daleko premier Belka. Wszystko wiec jest możliwe. Jeśli minister Bieńkowska po raz kolejny udowodni swoja skuteczność i efektywność, nie wykluczałbym jej dalszej kariery, mimo ze nie lubi tego słowa, politycznej.
Największe wątpliwości mam co do minister edukacji, pani Kluzik Rostkowskiej. Nie wiem jakie do końca sa jej opinie o naszej edukacji. Siła rzeczy, taka polityka rządu, broni idei 6-cio latków w szkołach. Z kolei jest przeciwna idei powrotu do systemu 8+4 który znajduje coraz więcej zwolenników w naszym społeczeństwie. Niestety jej argumentacja jest absolutnie nieprzekonująca. Za powrotem starego systemu, co sama przyznaje, przemawiają badania które mówią że nie powinno wyrywać się dzieci w najtrudniejszym wieku (14-15 lat) z grupy w której się wychowują, bo powoduje to problemy które znamy z gimnazjów. Pani minister twierdzi że jest to dobry argument, jednak w małych miastach szkoła i gimnazjum sę razem, więc nikogo sie na siłę nie wyrywa. Przeciw powrotowi starego systemu ma przemawiać kwestia 6-cio latków, którzy wg słów pani minister nie powinni być w jednej szkole z 14-15 latkami. Czy nie ma tu sprzeczności? Czy w chwili obecnej owe maluchy, w mniejszych miastach nie będą musiały być w tej samej szkole z 14, 15 a nawet 16 latkami?? Wg. mnie to się kupy nie trzyma.
Wracajac do samej rekonstrukcji. Pierwszy krok, mianowanie nowych ministrów, mamy za sobą. Drugi, ważniejszy, nowy program, w sobotę. To on zdecyduje czy plan rekonstrukcji znajdzie uznanie wśród Polaków. Jak wskazuje CBOS, głównym czynnikiem w jaki nasze społeczeństwo będzie oceniać posunięcia rządu jest sytuacja materialna. Jeśli nowy program da widoczne szansę na poprawę sytuacji materialnej Polaków, notowania pójdą w górę, jeśli nie, sytuacja premiera Tuska raczej sie nie poprawi. Może, w dłuższym okresie czasu, jeśli posunięcia nowych ministrów okażą sie spektakularnymi sukcesami, pojawi sie druga szansa dla rządu i dla premiera. Pierwsze odpowiedzi w sobotę.
Blog w którym prosto i jasno piszemy o polityce, wyjaśniamy jej mechanizmy i przyglądamy się działaniom polityków zarówno w kraju jak i za granicą.
czwartek, 21 listopada 2013
poniedziałek, 18 listopada 2013
11 listopada czyli jak się ośmieszyć.
Emocje po ostatnich obchodach 11 listopada nieco opadły i można pokusić się próbę podsumowania.
Niemal przez cały rok trwały poważne dyskusje o rosnącej sile i wpływach ugrupowań narodowych. Na tym blogu, w czerwcu o tym pisałem, wyjaśniając w jakiej sytuacji mogłyby stanowić prawdziwa silę na polskiej scenie politycznej, na co mieli szansę. Część komentatorów widziała w nich realne zagrożenie dla PiS, zapominając trochę że to rok temu, zaangażowanie PiS w marsz niepodległości nadało mu powagi w pewien sposób legitymizowało wobec prawicowego elektoratu. W tym roku PiS oficjalnie w obchodach nie uczestniczył. Narodowcy sami mieli zorganizować i odpowiadać za marsz. Jak się skończyło wszyscy widzieliśmy. Z pokazu siły Ruchu Narodowego wyszła farsa.
Może nie do końca wszyscy zdają sobie sprawę jak poważne straty wizerunkowe ponieśli narodowcy. Po zajściach w świadomości społecznej zostanie głównie obraz "narodowców" wyrywających z bliżej nie znanych powodów drzewka, zresztą bez powodzenia, i może jeszcze płonąca tęcza na placu zbawiciela. Tęcza której symboliki nie znają ani narodowcy ani szczerze mówiąc znaczna część społeczeństwa. Zapamiętany zostanie bezmyślny akt wandalizmu. Już po sieci krążą "nowe" hasła polskich narodowców: "drzewa na drzewa" czy też "polska nie zielona tylko biało czerwona". Są śmieszni. Ośmieszyli nie tylko siebie ale też i święto 11 listopada. Po tych wydarzeniach określenie "narodowiec" jest synonimem bezmózga w kolorowej kominiarce. Bezmózga i nieudacznika który nawet rachitycznemu drzewku nie potrafi dać rady. Te memy będą krążyć długo. Szansę jaka miał Ruch Narodowy zaprzepaszczono i to wydaje się na lata. Nie podejrzewam żeby taki a nie inny przebieg marszu był w planach organizatorów. Jednak całkowity brak kontroli nad nim, nad sowimi "sympatykami", też nie świadczy dobrze o przywódcach ruchu narodowego. Także absolutny brak zrozumienia tego co się stało.
Zajścia pod ambasadą rosyjską nie były ważne. Dla wizerunku Polski były katastrofalne, jednak samym narodowcom w naszym w znacznej części rusofobicznym społeczeństwie, uszłaby nawet próba podpalenia samej ambasady. Jednak z tego dnia pamiętane będą tylko nieszczęsne drzewka przed squatem. I hasłem Ruchu narodowego na długo zostanie "drzewa na drzewo".
Na pewno teraz znów zostaną zepchnięci na margines polityki. Raczej PiS nie będzie chciał oficjalnie z nimi utrzymywać kontaktów. Pewnie jeszcze dojdzie do jakiś wybryków czy tez burd z udziałem ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, które tylko spowodują ponowne wyciągniecie "drzewek" i ponowne ośmieszenie i ruchów i idei. Czy się z tego podniosą? Jak pisałem w poprzednim tekście - maja ogromne szanse, jednak muszą zmienić w sposób zasadniczy podejście i mentalność, szczególnie przywódcy. Inaczej na ruch narodowy na dłużej będzie dla polaków synonimem "mordeczki" w kominiarce targającej drzewko.
Niemal przez cały rok trwały poważne dyskusje o rosnącej sile i wpływach ugrupowań narodowych. Na tym blogu, w czerwcu o tym pisałem, wyjaśniając w jakiej sytuacji mogłyby stanowić prawdziwa silę na polskiej scenie politycznej, na co mieli szansę. Część komentatorów widziała w nich realne zagrożenie dla PiS, zapominając trochę że to rok temu, zaangażowanie PiS w marsz niepodległości nadało mu powagi w pewien sposób legitymizowało wobec prawicowego elektoratu. W tym roku PiS oficjalnie w obchodach nie uczestniczył. Narodowcy sami mieli zorganizować i odpowiadać za marsz. Jak się skończyło wszyscy widzieliśmy. Z pokazu siły Ruchu Narodowego wyszła farsa.
Może nie do końca wszyscy zdają sobie sprawę jak poważne straty wizerunkowe ponieśli narodowcy. Po zajściach w świadomości społecznej zostanie głównie obraz "narodowców" wyrywających z bliżej nie znanych powodów drzewka, zresztą bez powodzenia, i może jeszcze płonąca tęcza na placu zbawiciela. Tęcza której symboliki nie znają ani narodowcy ani szczerze mówiąc znaczna część społeczeństwa. Zapamiętany zostanie bezmyślny akt wandalizmu. Już po sieci krążą "nowe" hasła polskich narodowców: "drzewa na drzewa" czy też "polska nie zielona tylko biało czerwona". Są śmieszni. Ośmieszyli nie tylko siebie ale też i święto 11 listopada. Po tych wydarzeniach określenie "narodowiec" jest synonimem bezmózga w kolorowej kominiarce. Bezmózga i nieudacznika który nawet rachitycznemu drzewku nie potrafi dać rady. Te memy będą krążyć długo. Szansę jaka miał Ruch Narodowy zaprzepaszczono i to wydaje się na lata. Nie podejrzewam żeby taki a nie inny przebieg marszu był w planach organizatorów. Jednak całkowity brak kontroli nad nim, nad sowimi "sympatykami", też nie świadczy dobrze o przywódcach ruchu narodowego. Także absolutny brak zrozumienia tego co się stało.
Zajścia pod ambasadą rosyjską nie były ważne. Dla wizerunku Polski były katastrofalne, jednak samym narodowcom w naszym w znacznej części rusofobicznym społeczeństwie, uszłaby nawet próba podpalenia samej ambasady. Jednak z tego dnia pamiętane będą tylko nieszczęsne drzewka przed squatem. I hasłem Ruchu narodowego na długo zostanie "drzewa na drzewo".
Na pewno teraz znów zostaną zepchnięci na margines polityki. Raczej PiS nie będzie chciał oficjalnie z nimi utrzymywać kontaktów. Pewnie jeszcze dojdzie do jakiś wybryków czy tez burd z udziałem ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, które tylko spowodują ponowne wyciągniecie "drzewek" i ponowne ośmieszenie i ruchów i idei. Czy się z tego podniosą? Jak pisałem w poprzednim tekście - maja ogromne szanse, jednak muszą zmienić w sposób zasadniczy podejście i mentalność, szczególnie przywódcy. Inaczej na ruch narodowy na dłużej będzie dla polaków synonimem "mordeczki" w kominiarce targającej drzewko.
sobota, 9 listopada 2013
Rekonstrukcja rządu - o co w tym wszystkim chodzi.
Premier zapowiedział na listopad rekonstrukcje rządu. Jak wszyscy wiemy rekonstrukcja polega na wymianie niektórych ministrów. Połączona jest też często ze zmianami programowymi bądź tez z oficjalna zmianą kierunku polityki ekipy.
Z powodów oczywistych rekonstrukcje rządów inicjowane są po zmianach w koalicjach rządzących. Gdy ubywa bądź przybywa koalicjant. Najczęściej przydarzają się w ustrojach wielopartyjnych. Kiedyś w Europie były domeną państw śródziemnomorskich w szczególności Włoch.
W USA nierzadko prezydent przed drugą kadencją wymienia część ekipy, by zasygnalizować nowy poczatek, nowe otwarcie, nowe cele przed którymi będzie stał kraj i ekipa u steru.
Rekonstrukcje urządza się także po skandalach politycznych które zamieszani są ministrowie. Chodzi o jak najszybsze odcięcie się od skandalu i osób w niego zamieszanych, tak by ograniczyć straty i jak najmniej skompromitować ekipę rządzącą Tak było w Polsce po "aferze hazardowej".
Rekonstrukcja z która mamy do czynienia ma połączyć korzyści dwóch ostatnich rodzajów. Po pierwsze ogłosić "Nowy Początek" - od tego momentu wszystko będzie nowe i lepsze. Ma to odnowić kredyt zaufania jakim wyborcy obdarzają rządzących, a który wraz ze sprawowaniem władzy się wyczerpuje.
Po drugie wyzbyć się członków rządu którzy sa postrzegani negatywnie i źle wpływają na słupki poparcia. Wyeliminowanie ich ma poprawić postrzeganie rządu w społeczeństwie.
Tego typu rekonstrukcja ma poprawić oceny rządzących wśród wyborców. Zarządzana jest gdy słupki poparcia spadają i kierownictwo ugrupowań rządzących poszukuje sposobów na odwrócenie trendu.
Czy to działa? Oczywiście, jednak tylko do pewnego stopnia.
W 2009 po "aferze hazardowej" zaufanie do PO było na tyle duże że szybka wymiana ministrów zaowocowała utrzymaniem wysokich wyników sondaży. Po wyborach 2011 i ogłoszeniu "Nowego Otwarcia" umożliwił start rządu Tuska z wysokim poparciem społecznym. Czy obecna rekonstrukcja da szansę na złapanie "oddechu" Platformie? Wszystko zależy jak głębokie będą zmiany w rządzie i w polityce rządu.
Jest kilku ministrów których Polacy nie lubią lub nie szanują. Na pierwszym miejscu można wymienić wicepremiera Rostowskiego. Jest on co prawda jednym z członków rządu który ma stosunkowo wysoki wskaźnik zaufania, jednak ma też bardzo wysoki wskaźnik nieufności. Co najważniejsze, w długim okresie daje sie zauważyć trend wyraźnego spadku zaufania do wicepremiera oraz wzrostu nieufności. Związane jest to zapewne z problemami budżetowymi oraz źle rozgrywaną kwestią OFE, która przez większość społeczeństwa po prostu nie jest zrozumiała. Jednak pan Rostowski ma na tyle silna pozycję że raczej nie bedzie podlegał "rekonstrukcji". Często pod kątem rekonstrukcji wymienia się ministrów Arłukowicza i Muchę. Jeśli minister Arłukowicz cierpi z powodu stanu całej służby zdrowia i za ów stan do pewnego stopnia odpowiada (choć w jego obronie można powiedzieć że chyba nie ma kraju w którym działałaby dobrze), to minister Mucha odpowiada w większości nie za swoje winy. Po pierwsze większość kibiców, czyli męskiej części społeczeństwa, jest do niej negatywnie nastawiona, ponieważ jest ona kobieta i co najważniejsze, nie zna się na sporcie, czego zresztą nie ukrywa. Dla sporej części fanatycznych kibiców jest to niewybaczalne. Po za tym spada na jej głowę odpowiedzialność za porażki naszych sportowców. Na to akurat pani minister ma akurat niewielki wpływ gdyż bezpośrednim szkoleniem zajmują się związki na które ministerstwo ma w zasadzie wpływ teoretyczny. Źle postrzegana jest takze minister Szumilas, szczególnie za reformę sześciolatków. Czy zmiana ministrów przyniesie poprawę notowań rządu? Raczej nie.
Po poprzedniej rekonstrukcji, entuzjazmu społeczeństwa wystarczyło ledwie na kilka miesięcy. Od tego czasu notowania premiera i rządu oraz ich polityki są niezmiennie negatywne. Badania pokazują ze związane jest to przede wszystkim z negatywną oceną własnej sytuacji materialnej przez Polaków. Nie chodzi tylko o to ze sytuacja ta jest zła, raczej o to że niedostatecznie szybko się poprawia. Wymiana kilku ministrów tego nie zmieni.
Polityka "ciepłej wody w kranach", skuteczna w pierwszej kadencji, obecnie wyczerpała się. Szok po rządach PiS już minął. Po dwóch latach chaosu jaki zafundował społeczeństwu PiS oczekiwano jedynie normalności i stabilizacji. PO w pierwszej kadencji spełniła te oczekiwania. Jednak po 6 latach rządów, stabilizacja jest już odbierana jako stagnacja. Polacy nie chcą już tylko "ciepłej wody w kranach". Ona już jest. Chcą lepszej pracy, płacy, wymienić samochód. Bez ogłoszenia programu reform, który, chociaż teoretycznie, skutkowałby poprawą materialnego bytu Polaków nie wydaje się możliwe poprawienie notowań rządu. Ogłaszanie działań dzięki którym "nie będzie gorzej", zupełnie nie trafia do społeczeństwa, jak na przykład reforma OFE. Ma być lepiej i to w przewidywalnej przyszłości. Bez ogłoszenia tego typu planu, kosmetyczne zmiany w rządzie w niczym nie pomogą
Z powodów oczywistych rekonstrukcje rządów inicjowane są po zmianach w koalicjach rządzących. Gdy ubywa bądź przybywa koalicjant. Najczęściej przydarzają się w ustrojach wielopartyjnych. Kiedyś w Europie były domeną państw śródziemnomorskich w szczególności Włoch.
W USA nierzadko prezydent przed drugą kadencją wymienia część ekipy, by zasygnalizować nowy poczatek, nowe otwarcie, nowe cele przed którymi będzie stał kraj i ekipa u steru.
Rekonstrukcje urządza się także po skandalach politycznych które zamieszani są ministrowie. Chodzi o jak najszybsze odcięcie się od skandalu i osób w niego zamieszanych, tak by ograniczyć straty i jak najmniej skompromitować ekipę rządzącą Tak było w Polsce po "aferze hazardowej".
Rekonstrukcja z która mamy do czynienia ma połączyć korzyści dwóch ostatnich rodzajów. Po pierwsze ogłosić "Nowy Początek" - od tego momentu wszystko będzie nowe i lepsze. Ma to odnowić kredyt zaufania jakim wyborcy obdarzają rządzących, a który wraz ze sprawowaniem władzy się wyczerpuje.
Po drugie wyzbyć się członków rządu którzy sa postrzegani negatywnie i źle wpływają na słupki poparcia. Wyeliminowanie ich ma poprawić postrzeganie rządu w społeczeństwie.
Tego typu rekonstrukcja ma poprawić oceny rządzących wśród wyborców. Zarządzana jest gdy słupki poparcia spadają i kierownictwo ugrupowań rządzących poszukuje sposobów na odwrócenie trendu.
Czy to działa? Oczywiście, jednak tylko do pewnego stopnia.
W 2009 po "aferze hazardowej" zaufanie do PO było na tyle duże że szybka wymiana ministrów zaowocowała utrzymaniem wysokich wyników sondaży. Po wyborach 2011 i ogłoszeniu "Nowego Otwarcia" umożliwił start rządu Tuska z wysokim poparciem społecznym. Czy obecna rekonstrukcja da szansę na złapanie "oddechu" Platformie? Wszystko zależy jak głębokie będą zmiany w rządzie i w polityce rządu.
Jest kilku ministrów których Polacy nie lubią lub nie szanują. Na pierwszym miejscu można wymienić wicepremiera Rostowskiego. Jest on co prawda jednym z członków rządu który ma stosunkowo wysoki wskaźnik zaufania, jednak ma też bardzo wysoki wskaźnik nieufności. Co najważniejsze, w długim okresie daje sie zauważyć trend wyraźnego spadku zaufania do wicepremiera oraz wzrostu nieufności. Związane jest to zapewne z problemami budżetowymi oraz źle rozgrywaną kwestią OFE, która przez większość społeczeństwa po prostu nie jest zrozumiała. Jednak pan Rostowski ma na tyle silna pozycję że raczej nie bedzie podlegał "rekonstrukcji". Często pod kątem rekonstrukcji wymienia się ministrów Arłukowicza i Muchę. Jeśli minister Arłukowicz cierpi z powodu stanu całej służby zdrowia i za ów stan do pewnego stopnia odpowiada (choć w jego obronie można powiedzieć że chyba nie ma kraju w którym działałaby dobrze), to minister Mucha odpowiada w większości nie za swoje winy. Po pierwsze większość kibiców, czyli męskiej części społeczeństwa, jest do niej negatywnie nastawiona, ponieważ jest ona kobieta i co najważniejsze, nie zna się na sporcie, czego zresztą nie ukrywa. Dla sporej części fanatycznych kibiców jest to niewybaczalne. Po za tym spada na jej głowę odpowiedzialność za porażki naszych sportowców. Na to akurat pani minister ma akurat niewielki wpływ gdyż bezpośrednim szkoleniem zajmują się związki na które ministerstwo ma w zasadzie wpływ teoretyczny. Źle postrzegana jest takze minister Szumilas, szczególnie za reformę sześciolatków. Czy zmiana ministrów przyniesie poprawę notowań rządu? Raczej nie.
Po poprzedniej rekonstrukcji, entuzjazmu społeczeństwa wystarczyło ledwie na kilka miesięcy. Od tego czasu notowania premiera i rządu oraz ich polityki są niezmiennie negatywne. Badania pokazują ze związane jest to przede wszystkim z negatywną oceną własnej sytuacji materialnej przez Polaków. Nie chodzi tylko o to ze sytuacja ta jest zła, raczej o to że niedostatecznie szybko się poprawia. Wymiana kilku ministrów tego nie zmieni.
Polityka "ciepłej wody w kranach", skuteczna w pierwszej kadencji, obecnie wyczerpała się. Szok po rządach PiS już minął. Po dwóch latach chaosu jaki zafundował społeczeństwu PiS oczekiwano jedynie normalności i stabilizacji. PO w pierwszej kadencji spełniła te oczekiwania. Jednak po 6 latach rządów, stabilizacja jest już odbierana jako stagnacja. Polacy nie chcą już tylko "ciepłej wody w kranach". Ona już jest. Chcą lepszej pracy, płacy, wymienić samochód. Bez ogłoszenia programu reform, który, chociaż teoretycznie, skutkowałby poprawą materialnego bytu Polaków nie wydaje się możliwe poprawienie notowań rządu. Ogłaszanie działań dzięki którym "nie będzie gorzej", zupełnie nie trafia do społeczeństwa, jak na przykład reforma OFE. Ma być lepiej i to w przewidywalnej przyszłości. Bez ogłoszenia tego typu planu, kosmetyczne zmiany w rządzie w niczym nie pomogą
wtorek, 5 listopada 2013
Rozpad Platformy? Wcześniejsze Wybory?
Po awanturze w trakcie wyborów do władz dolnośląskiej PO, pojawiły się głosy wieszczące rozpad tego ugrupowania oraz także wcześniejsze wybory. Czy do tego dojdzie?
Uważam ze mimo wzajemnego nagrywania i dziwnych wyborów PO przetrwa. Widoczne to było na radzie krajowej gdzie oczekiwano mocnego wystąpienia "schetynowców" i... nic się nie stało. Porażka na Dolnym Śląsku była bolesna dla Schetyny, ale to tylko porażka. Do starcia z Tuskiem doszło szybciej niż przewidywał i okazało się ze nie był do tego starcia przygotowany. Niewątpliwie jego pozycja jest słabsza, ale wciąż mocna. Najprawdopodobniej teraz opozycja wewnętrzna w PO nieco przycichnie, w oczekiwaniu na kolejne wybory. Jeśli ze względu na swoja specyfikę wybory samorządowe nie będą miały aż takiego wpływu na pozycje premiera, to jednak możliwa porażka w wyborach do europarlamentu będzie sygnałem do kolejnych ataków na Tuska. Potencjalna porażka w wyborach parlamentarnych wywoła kolejna próbę rozliczenia premiera. I wtedy będzie miał poważne problemy. Schetyna teraz tylko musi grać na przeczekanie i czekać na wybory. Wszystko wskazuje na to ze wtedy nadejdzie jego czas. Uważam ze jest tego świadomy. Dlatego raczej PO się nie rozpadnie. Za taką diagnozą przemawia też rozpowszechniona w PO teza że poza głównymi partiami nie ma życia politycznego. Odejście z PO oznacza odejście w niebyt. Dlatego zdecydują się na trwanie w obecnej formie licząc na rewanż maksymalnie za dwa lata.
Co do wcześniejszych wyborów sprawa jest nieco inna. Obecna przewaga koalicji to tylko jeden poseł. Przez te 2 lata czeka nas szereg trudnych głosowań, których rezultaty trudno przewidzieć. Dobrym przykładem jest tutaj kwestia referendum w sprawie 6ciolatków. W samej PO opinie sa podzielone, PSL nie jest nichętne sprawie referendum. W retoryce PO zapędziła się tak daleko że w sumie błaha sprawa może doprowadzić do problemów z utrzymaniem koalicji. Stracie o projekt ministra który w samej PO jest oceniany słabo, i generalnie nie jest lubiany. Zapędzono się w sytuacje bez wyjścia. Jeśli referendum przejdzie oznacza to utratę kontroli nad sejmem i widoczną słabość PO i rządu, jeśli nie przejdzie PO zostanie przypięta łatka ugrupowania niedemokratycznego który nie pozwala się społeczeństwu wypowiedzieć w sprawach dla niego ważnych. I łatkę tę z satysfakcją przypnie platformie PiS, żeby było zabawniej. Jeśli koalicja przetrwa to głosowanie to w kolejnych latach czeka nas szereg podobnych prób i to w sprawach o niebo ważniejszych.
Co ciekawe, uważam ze wcześniejszymi wyborami są zainteresowani głównie PiS i SLD oraz po części PO. PiS, ponieważ liczy że wygra następne wybory. Jeśliby byli zainteresowani odwlekaniem terminu, to licząc na to że PO wkopie się jeszcze bardziej. Jest na co czekać, gdyż wyborcy zniechęceni do Platformy, tracą zainteresowanie polityką i deklarują brak chęci głosowania. To wzmacnia siłę żelaznego elektoratu PiS. Dlatego prezes Kaczyński grając na utrzymanie obecnego parlamentu jak najdłużej, może liczyć na zwycięstwo i samodzielne rządy, nie zdobywając ani jednego nowego głosu.
Z kolei SLD wierzy że w wypadku wcześniejszych wyborów PO będzie musiało utworzyć z nimi koalicję, by PiS nie rządziło. Nie jestem pewien czy optymizm Leszka Millera jest uzasadniony.
PSL wie że swoje zawsze ugra. Nie boją się wcześniejszych wyborów, choć możliwość zwycięstwa PiS ich na pewno niepokoi. Świadom losu Samoobrony, nie uśmiecha im się koalicja z PiS. Bycie w rządzie daje dostęp do szeregu ważnych stanowisk na których PSL zależy. Dlatego raczej do otwartego starcia z PO dążyć nie będą. Pozostałe ugrupowania, w tym ugrupowanie Palikota, raczej nie są zainteresowane wyborami gdyż oznaczają dla nich natychmiastowy niebyt polityczny. Paradoksalnie wczesnymi wyborami moze być zainteresowana część działaczy PO, ponieważ przegrana będzie oznaczać możliwość rozliczenia Tuska. Studzi ich zapał możliwość utraty władzy, gdyż dostęp do wielu synekur mógłby zostać odcięty. Dalszy los rządu zależał będzie jak zręcznym politykiem, szczególnie w polityce wewnatrzpartyjnej będzie premier. Czy uda mu się, odpowiednimi "nadaniami" zachować spokój w partii i przetrwać nadchodzące lata. Jak się skończy, trudno powiedzieć. Pamietajmy ze rząd Suchockiej upadł bo jeden z posłów zatrzasnął się w toalecie. Przewaga koalicji to jeden głos
Uważam ze mimo wzajemnego nagrywania i dziwnych wyborów PO przetrwa. Widoczne to było na radzie krajowej gdzie oczekiwano mocnego wystąpienia "schetynowców" i... nic się nie stało. Porażka na Dolnym Śląsku była bolesna dla Schetyny, ale to tylko porażka. Do starcia z Tuskiem doszło szybciej niż przewidywał i okazało się ze nie był do tego starcia przygotowany. Niewątpliwie jego pozycja jest słabsza, ale wciąż mocna. Najprawdopodobniej teraz opozycja wewnętrzna w PO nieco przycichnie, w oczekiwaniu na kolejne wybory. Jeśli ze względu na swoja specyfikę wybory samorządowe nie będą miały aż takiego wpływu na pozycje premiera, to jednak możliwa porażka w wyborach do europarlamentu będzie sygnałem do kolejnych ataków na Tuska. Potencjalna porażka w wyborach parlamentarnych wywoła kolejna próbę rozliczenia premiera. I wtedy będzie miał poważne problemy. Schetyna teraz tylko musi grać na przeczekanie i czekać na wybory. Wszystko wskazuje na to ze wtedy nadejdzie jego czas. Uważam ze jest tego świadomy. Dlatego raczej PO się nie rozpadnie. Za taką diagnozą przemawia też rozpowszechniona w PO teza że poza głównymi partiami nie ma życia politycznego. Odejście z PO oznacza odejście w niebyt. Dlatego zdecydują się na trwanie w obecnej formie licząc na rewanż maksymalnie za dwa lata.
Co do wcześniejszych wyborów sprawa jest nieco inna. Obecna przewaga koalicji to tylko jeden poseł. Przez te 2 lata czeka nas szereg trudnych głosowań, których rezultaty trudno przewidzieć. Dobrym przykładem jest tutaj kwestia referendum w sprawie 6ciolatków. W samej PO opinie sa podzielone, PSL nie jest nichętne sprawie referendum. W retoryce PO zapędziła się tak daleko że w sumie błaha sprawa może doprowadzić do problemów z utrzymaniem koalicji. Stracie o projekt ministra który w samej PO jest oceniany słabo, i generalnie nie jest lubiany. Zapędzono się w sytuacje bez wyjścia. Jeśli referendum przejdzie oznacza to utratę kontroli nad sejmem i widoczną słabość PO i rządu, jeśli nie przejdzie PO zostanie przypięta łatka ugrupowania niedemokratycznego który nie pozwala się społeczeństwu wypowiedzieć w sprawach dla niego ważnych. I łatkę tę z satysfakcją przypnie platformie PiS, żeby było zabawniej. Jeśli koalicja przetrwa to głosowanie to w kolejnych latach czeka nas szereg podobnych prób i to w sprawach o niebo ważniejszych.
Co ciekawe, uważam ze wcześniejszymi wyborami są zainteresowani głównie PiS i SLD oraz po części PO. PiS, ponieważ liczy że wygra następne wybory. Jeśliby byli zainteresowani odwlekaniem terminu, to licząc na to że PO wkopie się jeszcze bardziej. Jest na co czekać, gdyż wyborcy zniechęceni do Platformy, tracą zainteresowanie polityką i deklarują brak chęci głosowania. To wzmacnia siłę żelaznego elektoratu PiS. Dlatego prezes Kaczyński grając na utrzymanie obecnego parlamentu jak najdłużej, może liczyć na zwycięstwo i samodzielne rządy, nie zdobywając ani jednego nowego głosu.
Z kolei SLD wierzy że w wypadku wcześniejszych wyborów PO będzie musiało utworzyć z nimi koalicję, by PiS nie rządziło. Nie jestem pewien czy optymizm Leszka Millera jest uzasadniony.
PSL wie że swoje zawsze ugra. Nie boją się wcześniejszych wyborów, choć możliwość zwycięstwa PiS ich na pewno niepokoi. Świadom losu Samoobrony, nie uśmiecha im się koalicja z PiS. Bycie w rządzie daje dostęp do szeregu ważnych stanowisk na których PSL zależy. Dlatego raczej do otwartego starcia z PO dążyć nie będą. Pozostałe ugrupowania, w tym ugrupowanie Palikota, raczej nie są zainteresowane wyborami gdyż oznaczają dla nich natychmiastowy niebyt polityczny. Paradoksalnie wczesnymi wyborami moze być zainteresowana część działaczy PO, ponieważ przegrana będzie oznaczać możliwość rozliczenia Tuska. Studzi ich zapał możliwość utraty władzy, gdyż dostęp do wielu synekur mógłby zostać odcięty. Dalszy los rządu zależał będzie jak zręcznym politykiem, szczególnie w polityce wewnatrzpartyjnej będzie premier. Czy uda mu się, odpowiednimi "nadaniami" zachować spokój w partii i przetrwać nadchodzące lata. Jak się skończy, trudno powiedzieć. Pamietajmy ze rząd Suchockiej upadł bo jeden z posłów zatrzasnął się w toalecie. Przewaga koalicji to jeden głos
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)