poniedziałek, 30 czerwca 2014

Taśmy, co dalej?

Po eksplozji taśmowej dwa tygodnie temu sytuacja wydaje się stabilizować. PO, co widać w sondażach, zapłaciła za wpadkę i jeszcze bardziej nieudolne reagowanie na nią. Upadku rządu nie było, bo, jak przewidywałem, w zasadzie nie było zainteresowanych takim upadkiem. Zagranie premiera z wotum zaufania było ryzykowne, bo w takim układzie cała opozycje może a nawet powinna wystąpić przeciw koalicji, a jak pokazywały ostatnie głosowania, nie może być pewny wszystkich swoich "szabel". Jednak można liczyć na instynkt samozachowawczy posłów, który w tym wypadku również nie zawiódł. Obecna kampania PiSu w sprawie wotum nieufności jest organizowana z pełną świadomością organizatorów nieuchronnej klęski inicjatywy. Ale nie chodzi o odwołanie rządu. Chodzi o pokazanie, jak bardzo antyrządowy jest PiS i jak bardzo chce zmiany władzy, bez ryzyka samej zmiany. Chodzi o pokazanie ze jedyną, prawdziwą alternatywą wobec PO jest PiS, a po za nim tylko pustynia. Nie chodzi o to ze prezes Kaczyński nie chce władzy. Chce, ale liczy że przez najbliższy rok PO jeszcze bardziej się pogrąży, więc woli poczekać. Przy obecnej ponownej atomizacji sceny politycznej, może mieć szansę na samodzielne rządzenie po przyszłorocznych wyborach. Dlatego PiS gra na wykrwawienie PO, i kto wie, może nawet odnieść sukces.
Co do samych taśm, pozostaje problem co dalej z nimi. Czy warto szukać, kto za nimi stoi? Dla opcji rządzącej najlepszy był by układ, w którym okazałoby się że za tym stoi jakiś sfrustrowany biznesmen/polityk ogólnie osoba prywatna. Co prawda prawica usiłowałaby z niego robić męczennika, ale generalnie sprawa zakończyłaby sie mniejszymi szkodami. jeśli okaże się ze za sprawa stały jakiekolwiek służby, rozpocznie się atak na rząd za brak kontroli nad służbami i brak ochrony kontrwywiadowczej i generalnie narażanie kraju na atak z zewnątrz.Dlaczego uważam ze jest bardziej niebezpieczne od męczennika? Ponieważ męczennik trafi wyłącznie do elektoratu PiSu i ogólnie nieprzychylnego PO, a argumenty o zagrożeniu państwa trafia do wszystkich, nawet do wyborców PO. Przeciąganie tego tematu jeszcze bardziej by pogrążyło opcje rządzącą. Oczywiście standardowym pociągnięciem PR w takiej sytuacji, jest budowanie atmosfery zagrożenia i skupianie społeczeństwa wokół władzy. Problem jest taki że z taką retoryką PO po prostu sobie nie radzi, i ma za słabe zaplecze PR żeby poprawnie to rozegrać. Po za tym oznaczałoby to zaostrzenie retoryki w polityce zagranicznej, a nie jestem pewien czy obecnie mamy takie możliwości. Wobec Rosji, wiele opcji poza zerwaniem stosunków dyplomatycznych nam już nie zostało, a to by było posuniecie ekstremalne. Dlatego podejrzewam że władze nie będą zbyt energicznie szukać winnych, bo niepokoją się co mogłyby znaleźć, i co potem z tym zrobić.

czwartek, 19 czerwca 2014

Taśmy, czyli jak z wpadki zrobić pełnowymiarową katastrofę.

Od kilku dni, jeśli chodzi o politykę, żyjemy taśmami tygodnika "Wprost". Wydaje sie ze jednak w sposób znaczący zachwieją naszą scena polityczna, choć na początku było to wątpliwe. Jednak dzięki zbiorowemu wysiłkowi zarówno premiera jak i służb oraz prokuratury, udało się coś co było najwyżej wpadką przekształcić w pełnowymiarowa katastrofę.
Przyjrzyjmy się sprawie od początku. "Wprost" publikuje fragmenty taśm, niewiadomego pochodzenia na których w trakcie prywatnych spotkań politycy rozmawiają. Rozmawiają o rożnych rzeczach, począwszy od kwestii prywatnych, na Amber Gold i polityce rządu skończywszy. Oprócz byłego ministra Nowaka, którego rozmowa była faktycznie dość niejasna i w sumie nadal nie wiem czy tez były wiceminister coś blokował czy nie, a jeśli tak to co, to w sumie na tych taśmach nic nie ma. Tak, język jest gorszący, niektóre opinie bardziej niz kontrowersyjne ale tak wygląda polityka od kuchni. Niestety, politycy żeby ustalić jakiś kompromis, muszą ze sobą rozmawiać, i droga do wspólnych rozwiązań tak wygląda. I tak jest w każdym ugrupowaniu i na każdym szczeblu, nawet najniższym samorządowym, choć tam język jest jeszcze bardziej gorszący. W tych nagraniach, nikt jednak nie wymuszał łapówki jak w aferze Rywina, sugerował szantażu jak u Skorupy, nie handlował stanowiskami jak w taśmach PSL czy wcześniej Samoobrony. Cała sytuacja była gorsząca ale nie była przestępstwem.
Takie też zaczęły dominować komentarze w prasie i mediach. bardziej uwagę zaczął przykuwać fakt, kto i na jakie zlecenie dokonał tych nagrań i czy powinno tak być ze ktokolwiek może bez przeszkód nagrywać najwyższych urzędników w państwie. Po początkowym oburzeniu, jednak znacząca część krytyki społecznej dotyczyła funkcjonowania służb, niekoniecznie treści rozmów. Oczywiście opozycja usiłowała podgrzewać atmosferę jednak uwaga zaczęła przenosić się własnie na role ABW i BOR w sprawie. Sprawa mogła rozjeść sie po kościach, ale w tym momencie wkracza do akcji premier wspomagany przez prezesa Belkę. Stwierdzenie, że nic się nie stało, styl w jaki premier się wypowiadał w połączeniu z arogancją prezesa NBP, rozsierdziły wszystkich.I w tym momencie znów uwaga wszystkich skupiła sie na Premierze.
Co powinien powiedzieć? Wyrazić "głębokie niezadowolenie ze swoich ministrów", "wyrazić oburzenie sposobem wyrażania się i rozmowy o Polsce", zadeklarować "rozpoczęcia prac nad szczegółowym wyjaśnieniem sprawy" oraz wyrazić swoje "głębokie zaniepokojenie brakiem osłony kontrwywiadowczej". I tutaj mógłby spokojnie przejść na temat Ukrainy, rosyjskiego zagrożenia, i sprawę spróbować rozegrać w sposób korzystny dla siebie. Tak pozostało wrażenie arogancji władzy i całkowitego ignorowania opinii społecznej.
Do kacji wkraczają ABW i prokuratura i zachowując się jak słoń w składzie porcelany zaogniają sytuacje i zwracja niemal całe środowisko dziennikarskie przeciw rządowi. Rozumiem że prokuratura potrzebuje dowodów, a ABW wykonuje jej zalecenia, ale czy to tak musi wygladać? Cały czas miałem wrażenie ze obie strony nie do końca zdają sobie sprawę czego chcą. ABW żądała jednej rzeczy, "Wprost" kategorycznie odmawiał wydania innej. I tak w koło. Ale niestety za całą sytuacje winę ponosi ABW.
Oczywiście prokuratura i ABW deklarowały że chcą tylko taśm, a nie danych źródeł. Dziennikarze maja prawa chronić swoje źródła zagwarantowane przez przepisy prawa. Co robi ABW? Usiłuje przeforsować standardową procedurę przeszukania w redakcji. i Co by się stało jakby z taśmami znaleźli namiary na źródła? Powiedzieli "przepraszamy, nic nie widzieliśmy"? Absurd. Panowie ze służb z nakazem prokuratorskim powinni się zwrócić do "Wprost" o te nagrania, a "Wprost" musiałby je im udostępnić. Udostępnić w taki sposób by chronić źródła. To jednak broszka dziennikarzy. Jeśliby odmówili, należałoby rozpocząć dalszą procedurę prawną. Załatwić wszystko w ramach miłej rozmowy z redaktorem naczelnym, a nie w trakcie przepychanki i wyrywania drzwi. Odmowa udostępnienia samych nagrań postawiłaby "Wprost" w nie najlepszym świetle i dała pole do dyskusji kto za tym stoi, a tak zostali męczennikami w walce o obronę wolności słowa. Nie dało się tego chyba gorzej zrobić. No może jakby policja jeszcze spałowała dziennikarzy, choć wytworzyła się taka atmosfera jakby to zrobili.
Jest źle. Może być gorzej? Może. Wystarczy znów dopuścić do głosu premiera. Po pierwsze przed wściekłym tłumem dziennikarzy umywa ręce. Oczywiście premier nie jest odpowiedzialny za działania prokuratury a ABW do pewnego stopnia jest niezależne, ale nie jest to moment kiedy ktokolwiek chce słuchać logicznych argumentów, ani sytuacja w której mogłyby zadziałać. Premier powinien wyrazić swoje oburzenie sytuacją, stwierdzić że takie rzeczy nie powinny się dziać, że ktoś na pewno przekroczył swoje uprawnienia oraz że szef ABW będzie miał się z czego tłumaczyć i podpadł mu drugi raz w ciągu dwóch dni. Ludzie oczekiwali reakcji a nie kolejnego wzruszenia ramion. Co gorsza premier zaczął snuć teorie spiskowe. Na nie było miejsce dzień wcześniej, a nie teraz. Po sytuacji we "Wprost" rozsierdziły tylko dziennikarzy bardziej i zostały potraktowane jako nieudolne próby odwrócenia uwagi.
Mam jedną wątpliwość, która wyrażałem na tym blogu kilkukrotnie. Co z PR premiera i rządu? Nie istnieje. Kiedyś PO miała wzorcowy PR. teraz, nieistniejący. Nikt tam chyba nie słyszał o zarządzaniu kryzysem w PR, bo nikt nie próbuje nawet tego robić. Działania wydają się przypadkowe, nieprzemyślane. Nikt nad kryzysem nie stara się zapanować a co dopiero mówić o kierowaniu nim. Jeśli tak dalej pójdzie to faktycznie może się udać obalić rząd, a w zasadzie rząd obali się sam, bez specjalnej pomocy z zewnątrz, przez własną indolencję w zakresie zarządzania PR.
Czy będą wcześniejsze wybory? Zależy kto był by nimi zainteresowany. Obecnie do wyborów może przeć SLD, licząc że po wyborach, jako koalicjant, dojdzie w końcu do władzy. Na miejscu PSL był bym raczej ostrożny bo ich notowania nie wyglądają najlepiej. Drobnica parlamentarna raczej nie powinna ciążyć w kierunku wyborów, bo tak mają jeszcze rok działalności, a po wyborach czeka ich raczej niebyt. Co z PiS i PO? Tutaj nie wiem. PiS niekoniecznie musi chcieć wyborów teraz. Mogą czekać aby PO bardziej się pogrążyło i wtedy może mieliby nawet szanse na rządy samodzielne. Mogą już teraz spróbować zawalczyć, ale wtedy wątpliwe wydaje się ich dojście do władzy ze względu na zerową zdolność koalicyjną. Wszystko zależy od prezesa.
Dlaczego PO miałoby chcieć wyborów? Ucieczka do przodu. Przy braku wiary w powodzenie dalszych rządów, może pojawić się opinia by wybory zrobić jak najszybciej, gdy sondaże są jeszcze "jakie takie". Wtedy na prawdę zastanawiałbym się czy warto oddać głos na PO. Skoro sami nie wierzą w to co robią, to dlaczego mieliby wierzyć wyborcy?

środa, 4 czerwca 2014

Kilka słów na temat liczenia głosów.

Nie jest dla nikogo zaskoczeniem że PiS ma wątpliwości. Zawsze ma.  Tym razem maja zastrzeżenia do sposobu liczenia głosów. Co tez nie powinno dziwić, jeszcze przed wyborami ogłosili że wybory zostaną sfałszowane. Najbardziej bawi mnie fakt że jeśli wybory faktycznie były sfałszowane, to PiS musiał aktywnie w tym uczestniczyć. PiS mógł desygnować do każdej komisji wyborczej swoich ludzi - co najmniej jedną osoba. Nie mówię tu o mężach zaufania, tylko o członkach komisji, czyli osobach które aktywnie w liczeniu uczestniczą. Dodatkowo, tam gdzie były problemy z obsadą komisji, a były w wielu miejscach - 100 złotych traci swoją magie i nie wszyscy chcą za taka sumę siedzieć w lokalu 24 godziny a czasem i więcej- przyjmowano wszystkich zgłoszonych, jak leci i można było mieć w komisji więcej niż jedną osobę.  Plus oczywiście mężowie zaufania. Czyli w każdej komisji PiS mógł mieć minimum 2 osoby albo nawet więcej. Oznacza to ze bez aktywnego udziału PiS wyborów nie dałoby się sfałszować. Sfałszowane na wyższym szczeblu? Problem w tym ze część komisarzy wyborczych była mianowana za rządów PiS, a dodatkowo wszystkie protokoły komisji są jawne - można samodzielnie je podliczyć - robota żmudna, ale do wykonania. Zresztą PiS aktualnie próbuje to zrobić i nie podejrzewam żeby wynik się specjalnie różnił. PiSowi z drugiej strony rzeczywistość nigdy w niczym nie przeszkadzała, więc to co ogłoszą może być tez zabawne.
Jeśli chodzi o prace komisji, zarówno PKW jak i komisji niższego szczebla. Po pierwsze w obwodowych komisjach zsiadają zawsze amatorzy. Ludzie którzy się zgłosili zwabieni owymi 100 złotymi i pobłogosławieni przez ugrupowanie z którym sympatyzują. Mają oczywiście szkolenie, niestety dość krótkie. Większość z nich potem nawet nie zna ordynacji wyborczej a procedury w sposób bardzo ramowy. Przewodniczący często nie potrafi w sposób właściwy wypełnić protokołu, nie mówiąc o członkach komisji którzy maja problemy z liczeniem i po przeliczaniu głosów za każdym razem wychodzi im coś innego. Widziałem jak protokół był odsyłany z powodu błędów formalnych nawet kilkanaście razy i komisja musiała siedzieć jeszcze jeden dzień. Mówimy tutaj o ochotnikach którzy często robią to po raz pierwszy w życiu i najczęściej potem już nie chcą tego doświadczenia powtarzać. Oczywiście pomaga gdy w komisji są osoby dla których nie są to pierwsze wybory, ale nie w każdej komisji takie osoby są. Dlatego problemy z protokołami były zawsze, są i z całą pewnością będą w przyszłości. Nie zmienimy tego. No chyba że PiS chce zorganizować profesjonalne komisje wyborcze z pracownikami etatowymi... Na pewno pomoże to w zmniejszeniu bezrobocia, ale w sposób kosmiczny zwiększy dziurę budżetową.
Czy u nas są z tym największe problemy, i to, jak mówi poseł Hofman, wstyd przed Europą? Oczywiście że nie. W Wielkiej Brytanii na przykład niektóre komisje wyborcze skończyły pracę, t.j. podliczanie głosów dopiero w poniedziałek. Problem w tym ze wybory tam odbyły się w sobotę, i do poniedziałku nie były w stanie spłynąć wszystkie wyniki ze wszystkich komisji. Więc, mimo wszystko, u nas liczono cały dzień krócej. Akurat jeśli chodzi o nasz system wyborczy to on jednak działa, może nie bez zarzutu, ale działa.